REKLAMA
Anywhere logo

Tomasz Sobierajski

Grażyna Wolszczak: Kreacjonistka

2017-09-04
...
Grażyna Wolszczak to kobieta, która zdaniem niektórych podpisała pakt z diabłem. I nie chodzi tu tylko o jej urodę, która jest niekwestionowana i nieprzemijająca. Mam tu bardziej na myśli to, że chociaż wielokrotnie los poddawał ją bardzo ciężkim próbom, ona wychodziła z nich zwycięsko. Kilkakrotnie, dzięki swoim kreacjom filmowym, stała się symbolem. Obecnie swoją niespożytą, piękną energię wykorzystuje do stwarzania świata dla innych ludzi, po to, żeby było im łatwiej, weselej, milej, ładniej. Dzieli się tym, co uznaje za najważniejsze: miłością do siebie i innych.

Grażynko, poprosiłem cię o spotkanie, ponieważ, kiedy mieliśmy ostatnio okazję widzieć się w bardziej formalnych okolicznościach, zwróciłem uwagę na to, jak na ciebie patrzą ludzie. Kobiety, mężczyźni. Jak przyciągasz ich do siebie, jak są zasłuchani, jak są wpatrzeni. I zacząłem się zastanawiać, gdzie, albo w czym tkwi fenomen Grażyny Wolszczak.

Mhmmm...

I pomyślałem sobie – nie wiem, czy się ze mną zgodzisz – że tkwi on w pięknie, ale nie tylko zewnętrznym, które jest ewidentne, ale też w niewyrażonym, wewnętrznym. Jesteś bardzo piękną osobą w kontekście empatii i tego, jak energetycznie odbierasz ludzi.

Nie widzę tego, że ludzie tak mnie chłoną, jak mówisz, ale jedną rzecz zauważyłam: rzeczywiście mam w sobie jakąś wiarygodność. To znaczy: nikt nie ma podejrzeń, że coś ściemniam, komuś źle życzę, że mogłabym komuś zrobić krzywdę. Zastanawiałam się kiedyś nad tym, dlaczego tak jest i pomyślałam, że to może dlatego, ze mam prawdziwą ciekawość drugiego człowieka. W rozmowie całkowicie skupiam się na rozmówcy, staram się go zrozumieć, spojrzeć na jego świat i problemy jego oczami, nie oceniam, nie krytykuję. Niejednokrotnie myślałam o tym, że może powinnam uprawiać inny zawód, być psychologiem, terapeutą. Wiem, że ludzie mnie słuchają. Bardzo szybko i właściwie z każdym nawiązuję bliski kontakt.

Czuję to nawet teraz, kiedy siedzimy tu w środku lata i już, po niespełna kilku minutach, jesteśmy w tej historii. Czy tę relację z drugim człowiekiem wykorzystujesz potem jakoś w swojej pracy, do ról, które tworzysz?

Nie. Ale wiem, że te moje cechy charakteru powodują, że ludzie chętnie ze mną pracują. Wiadomo, że nie będzie ze mną żadnych problemów, żadnych konfliktów. A to nie takie częste. Aktorzy, może w ogóle artyści, mają bardzo duże ego. Niektórym czasem odbija i przelatują na drugą stronę, kompletnie lekceważąc innych ludzi. Ja nigdy tego nie miałam, ale może dlatego nie jestem jakąś wybitną artystką. Nie rób takiej zdumionej miny, jestem całkiem dobrą artystką.

GrazynaWolszczak_2

A co to znaczy – wybitną artystką?

Wybitny artysta ma w sobie jakieś pęknięcie, jakieś cierpienie, które powoduje to, że jego propozycje, to, jak buduje swoją postać, jak buduje rolę, są nieoczywiste, a przez to fascynujące. Jest w nim to coś, co wytrąca widza z jego zwyczajnego oglądu rzeczywistości. Przykład? Pamiętam jak pierwszy raz zobaczyłam Agnieszkę Grochowską, która grała w dużym spektaklu. Złapałam się na tym, że patrzę tylko na nią, mimo że była w tłumie kilkunastu innych osób. Charyzma, tak to się nazywa, prawda?

W jakim stopniu jesteś osobą, która wchodząc w jakąś relację, czy to romantyczną, czy przyjacielską, polega na intuicji, a na ile na racjonalnych przesłankach?

Od zawsze miałam w sobie taką poprawność polityczną, społeczną i psychologiczną. Nawet wtedy, kiedy spotykałam osobę, która mnie intuicyjnie odpychała. Mówiłam sobie: a ty brzydka, jak tak można, nieładnie, trzeba dać każdemu człowiekowi szansę. I dużo czasu mi zajęło, żeby zrozumieć, że moja intuicja jest właściwa i powinnam się jej słuchać.

A widzisz…

Parę razy w życiu bardzo się przejechałam. Na przykład spotykałam kogoś, z kim miałam pracować, a moja intuicja mówiła, żeby uciekać. Tłumaczyłam sobie, że to przecież tylko krótkotrwała relacja, praca, kilkanaście spotkań. Wchodziłam w to pomimo, że moje całe ja, ciało, głowa, mówiło: nie rób tego! W końcu nauczyłam się słuchać tego wewnętrznego głosu. Zaufałam mu.

To oznacza, że teraz polegasz tylko na intuicji?

Nie, nie. Ta racjonalna część mnie jest bardzo silna. Intuicja jest impulsem, podpowiedzią. Ale oprócz tego szukam argumentów. Analizuję, z jakiego powodu co mi się podoba, a co nie. Dlaczego kogoś lubię, a kogoś nie lubię. Kiedyś starsza pani, mama mojego partnera Cezarego, potrzebowała już opiekunki, która mogłaby mieszkać z nią cały czas. Spotkaliśmy się z jedną panią, podczas rozmowy miałam gdzieś w środku, w ciele, takie mocne przeczucie na „nie”. Po spotkaniu, zanim zdążyłam coś powiedzieć, Czarek uprzedził mnie: Fajna, prawda? Odpowiedziałam z wahaniem: „może”…

Wewnętrzny głos nakazywał, żebyś dała jej szansę?

Tak, znowu ta poprawność. Było to tylko przeczucie, nie miałam żadnych argumentów. Niestety skończyło się to bardzo źle.

A jak u ciebie z przyjaciółmi? Mówi się, że przyjaźnimy się z osobami, które są do nas podobne.

To prawda. Fundamentalne sprawy muszą być wspólne. Ten sam światopogląd. Możemy pięknie się różnić, dyskutować, argumentować, natomiast takie zasadnicze dla nas sprawy, najważniejsze wartości, muszą być te same. Nie wyobrażam sobie związku, bycia z kimś, kto – na przykład – jest za karą śmierci.

GrazynaWolszczak_3

Twoim zdaniem kocha się pomimo, czy za coś?

Kocha się pomimo. Zawsze znajdzie się coś, co nas wkurza w drugim człowieku. Możemy starać się reformować, zgłosić problem, poprosić, np. „nie zostawiaj brudnych skarpetek na podłodze w łazience, bo tego nie znoszę” i prawdopodobnie nasz partner-fleja się postara, bo mu zależy, ale są przyzwyczajenia nie do wyplenienia. Wtedy trzeba je pokochać, nie ma wyjścia. Nie wiem, co ja z tymi skarpetkami, bo w naszym związku to ja jestem bałaganiarą...

Jest jeszcze jedna rzecz, którą ostatnio w tobie zauważyłem. Mam wrażenie, że nie ma w tobie lęku. Nawet w twojej sylwetce, postawie, błysku w oku, jest coś takiego, jakbyś mówiła światu, ludziom, że się nie boisz. Albo że się mniej boisz.

Mniej się boję. To ciężka, niekończąca się praca nad osiągnięciem równowagi. Tu akurat mój racjonalizm jest bardzo przydatny. Kiedy zdarza mi się wpadać w panikę, potrafię spojrzeć na problem z dystansu, w kontekście prawdziwych nieszczęść, i spokój wraca. Traktowanie przeciwności losu jak problemów, łamigłówek do rozwiązania, jest jedynym słusznym podejściem. Lęk czy użalanie się nad sobą niczego nie załatwi, więc postawa „dlaczego mnie to spotkało?” nie ma sensu. Ale... jest jedna rzecz, której się obawiam. Utraty niezależności i samodzielności na starość. Także finansowej. Boję się, że nie będę mogła tego zabezpieczyć. Staram się, ale może się nie udać. Każdy się czegoś boi.

Ten strach przed zabezpieczeniem na starość sprawia, że jesteś zachowawcza?

Nie do końca, bo mam w sobie też żyłkę hazardzisty. Przez to wchodzę czasem w jakieś ryzykowne inwestycje. Raz zarabiam dużo, potem tracę... Nigdy nie policzyłam, ale pewnie bilans byłby bliski zera. Podziwiam skutecznych biznesmenów i bardzo im kibicuję. Bo, jak już rozmawiamy o moich fajnych cechach, ta jest najlepsza!

Co to takiego?

Nie jestem w ogóle zazdrosna. Ani w relacjach, jak je pięknie nazywasz, romantycznych, ani zawodowych, ani żadnych innych. To prawdziwy dar, bo zazdrość jest niezwykle wyniszczająca. Jeszcze bardziej chyba niż strach.

Może to jest odpowiedź na to, skąd masz w sobie tę pozytywną energię, o której mówiłem?

Być może…

Ostatnio stanęłaś przed kolejnym wyzwaniem. Zaczęłaś produkować spektakle.

Pewnie każdy z nas ma w sobie tęsknotę za tym, żeby robić rzeczy, które w pełni od nas zależą. Żeby nie czekać na telefon, na propozycję pracy, tylko samemu decydować. To poczucie, że teraz ja wezmę sprawy w swoje ręce i będzie cudnie.

W jaki sposób doszłaś do tego momentu? Czekanie? Zależność? Bezsilność?

Wiesz co, to nawet nie bezsilność. Jestem dzieckiem PRL-u. Rodzice pracowali na etacie i moja wyobraźnia, w związku z tym, była bardzo zawężona. Myślałam, że tak wygląda życie, tak jest ułożony świat. Że kończy się studia. Im się lepsze studia skończy, tym później masz lepsze możliwości zatrudnienia. Kiedy w latach dziewięćdziesiątych wybuchła w ludziach energia na rozwijanie swoich biznesów, nie zauważyłam tego. Przespałam to. Pewnie dlatego, że wybrałam drogę artystyczną. A przecież biznes, te działania, które wtedy podejmowali ludzie, robiąc coś z niemalże niczego, były bardzo twórcze. A jeszcze później zaczęły powstawać prywatne teatry: Buffo, Polonia, 6. piętro, Kamienica. Marzyło mi się, żeby też spróbować. Wiedziałam co chciałabym robić, pomysły kłębiły się w głowie, tylko jak je zrealizować? Nie zastawiając domu jak Krystyna Janda?

Czyli rozumiem, że te twoje produkcje to kolejne dzieci...

(śmiech) Nie chciałam ujmować tego tak górnolotnie, ale trochę tak.

To opowiedz coś o swoim ostatnim, najmłodszym dziecku.

To „Polowanie na Łosia” Michała Walczaka. Kryminalna komedia romantyczna, jak lekko przewrotnie nazwał swoją sztukę autor. Bo rzeczywiście będzie i kryminalnie, i o miłości, i mnóstwo komediowych sytuacji też będzie, ale to wszystko po to, by przyjrzeć się, jak współcześnie wyglądają relacje młodych ludzi, rzecz o niedojrzałości, zagubieniu we wchodzeniu w dorosłość, o potrzebie wolności, która często wchodzi w konflikt z potrzebą bliskości i miłości.

GrazynaWolszczak_1

Zdałem sobie sprawę z tego, że jesteś chyba pierwszą osobą, która, zajmując się produkcjami teatralnymi, traktuje to głównie jako sztukę, kreację…

Chyba dlatego, że jeszcze grosza na tym nie zarobiłam (śmiech).

I dlatego nie mówimy o biznesie?

Bo to fundacja. Nasze pierwsze przedstawienie „Pozytywni” odniosło ogromny sukces, ludzie cały czas walą drzwiami i oknami, obojętnie czy gramy w Warszawie w Teatrze Imka, czy w innych miastach w Polsce. Ale wszystkie zarobione pieniądze idą na działalność statutową i zbieramy pieczołowicie fundusze na kolejną produkcję. A z tej uzbieramy na następny projekt. Nie wątpię, że tak będzie, bo i tym razem udało nam się zebrać brylantową obsadę – Agnieszka Więdłocha, Leszek Lichota, Maciej Musiałowski, Piotr Cyrwus i... ja.

Czego dowiedziałaś się o sobie jako producentka?

Kiedy patrzyłam na tę branżę ze swojego punktu widzenia, z punktu widzenia aktorki, wszystko wydawało mi się proste i oczywiste. Tymczasem nic nie jest proste, cały czas się coś wali, trzeba szybko reagować, żeby ugasić pożar, a za chwilę tli się w innym miejscu. To, nie ukrywam, frustrujące.

Pojawiły się jakieś bariery?

Pierwszą barierą była bariera psychiczna, że trzeba kogoś prosić o pieniądze. Rozumiem, że można prosić o pieniądze na chore dzieci. Ale na sztukę? Na realizację swoich marzeń? Wydawało mi się to czystą fanaberią. Dopiero gdy powstał plan biznesowy, kiedy okazało się, że możemy zaproponować program partnerski, że partner też może skorzystać na współpracy z fundacją, łatwiej mi umawiać się na spotkania i przekonywać do projektu. Ale to też nie jest proste.

Może to jest kwestia zmiany myślenia? Może to nie jest tak, że prosisz o pieniądze, tylko dostajesz pieniądze od osoby, która chce ci je dać, ale jeszcze o tym nie wie.

Moja obawa przed rozmowami o pieniądzach wynikała również z tego, że na fali zmian cywilizacyjnych w Polsce mnóstwo kolegów pomyślało, że wszystko się sprzeda. I rzeczywiście, był taki moment, że wszystko się sprzedawało i powstawały przedstawienia urągające…

Urągające etyce zawodu aktora, producenta?

Etyce, estetyce, no, wszystkiemu. I mówię – kurczę, wierzę w to, że można ludziom dać rozrywkę, ale nie chcę, nie zgadzam się na to, żeby to było durne, źle wyreżyserowane, byle jak zagrane, w okropnej scenografii. Przecież nawet realizując farsę, czyli czystą rozrywkę, zabawną historię, można ją zrealizować na najwyższym poziomie. Można pobawić się formą, konwencją, można zbudować wspaniałe role. Jak Krzysztof Tyniec w „Kolacji dla głupca” na przykład.

Pamiętasz dawny teatr Kwadrat? Teatr, który dawał same farsy. Ale za to jakie! Z fantastycznymi aktorami na scenie: Michnikowski, Brylska, Kobuszewski.

Pamiętam! Teraz też nie brakuje tam dobrych aktorów.

Przy okazji przywołania tych wielkich nazwisk polskiej sceny, chcę cię zapytać o autorytety. Kiedy myślałaś o tym, żeby zostać kreacjonistką, producentką, to miałaś osobę, na której się wzorowałaś?

Z pewnością była to Krystyna Janda, która postanowiła robić szlachetny teatr środka, kompletnie niedoceniany – delikatnie mówiąc – przez krytykę, ale uznany przez widzów, bo na wiele spektakli nie sposób się tam dostać.

A autorytety pozazawodowe?

Czuję się trochę skrępowana, bo…

Za intymnie?

Intymnie i… Wiesz, przy pytaniu o autorytety wiele osób ci powie, że autorytetami są dla nich Dalajlama, Kołakowski, Heller. I to jest też moja prawda. Ale to są mędrcy i czuję się przy nich jak żuczek.

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA