REKLAMA
Anywhere logo

"Dunkierka", reż. Christopher Nolan

2017-09-22
...

Wojna jako sztuka ucieczki? Survival-horror zaczynający się od żołnierskiej strach-sraczki wśród wydm? Umundurowani bohaterowie jako wykończeni fizycznie i przerażeni chłopcy, stojący pod ostrzałem i czekający, aż ktoś zabierze ich do domu, do mamy, na drugą stronę kanału La Manche? To się nie może podobać wytatuowanym samczykom, wychowanym na polityce historycznej uwznioślającej wojnę i krew bohaterów. To nie jest plakatowa ramota o niesieniu śmierci wrogom ojczyzny, takiego filmu podwładni ministra Glińskiego nie mogliby dofinansować. Na plaży w Dunkierce wygrać oznaczało nie dać się zabić, przeżyć za wszelką cenę, kosztem innych, podstępem, instynktem przetrwania. Zamiast batalistycznej ejakulacji patrzymy na wielką ewakuację. Ale Nolan nie mógł zrobić kina czysto pacyfistycznego, wszak to superprodukcja: trzeba było oddać świeczkę Bogu i diabłu ogarek. Kiedy deheroizuje szeregowych żołnierzy, heroizuje cywilów, którzy przyczynili się do uratowania kilkusettysięcznej armii przy pomocy własnych jachtów i łódek. No i mamy cały szereg efektownych sekwencji walk powietrznych z moim ulubionym Tomem Hardym w roli asa przestworzy – on tu robi za superbohatera, musi wystarczyć za całą resztę.

dunierka

Gania w swoim myśliwcem za Heinkelami i Messerschmidtami do utraty tchu i paliwa, po czym zgrabnie ląduje na plaży, by oddać się w ręce wroga. W gruncie rzeczy to bardzo męczące, klaustrofobiczne kino, choćby z uwagi na rekordową ilość drastycznych scen tonięcia. Ale szlachetne w formie i zmyślne w intencji: wojna to nie jest męska przygoda na polu paintballowym, wróg pozostaje niewidzialny – jest nim po prostu okrutna, brzydka i powolna śmierć, która atakuje zewsząd. Nolan znowu wyczynia swoje sztuczki z czasem ekranowym, bardzo komplikując strukturę narracji: mamy tu karkołomnie zsynchronizowane trzy plany czasowe: tydzień na lądzie, dzień na wodzie i godzinę w powietrzu. Pomysł bardziej wyrafinowany niż w „uwstecznionym” Memento, równie szalony jak w szufladkowej „Incepcji”, a przy tym, pomimo chronologicznej żonglerki, nie utrudniający percepcji. Jak na sezon ogórkowy, to jest nadzwyczaj ambitna propozycja repertuarowa, najpewniej jeden z oscarowych pewniaków, co najmniej w dziedzinie montażu i reżyserii. Jedyną skazą na tym filmie pozostaje dla mnie nadobecna muzyka Hansa Zimmera, którą mam od dawna za hochsztaplerkę dla mas bojących się filharmonii poza godzinami abonamentowych poranków. Jakby nie dość było w „Dunkierce” topielców, film w tej muzyce także tonie.

REKLAMA
REKLAMA