REKLAMA
Anywhere logo

Tyle niesamowitych kolorów

2015-05-06
...
Do tej pory był twórcą filmów offowych. Nakręcił dokument o Bayer Full w Chinach. Postanowił wykorzystać swoją wiedzę o disco polo i nakręcić fabułę. Wyszła mu bajkowa komedia musicalowa dla wszystkich Polaków. Maciej Bochniak.
Jak to się stało, że po dokumentach zdecydowałeś się na film fabulay?

To naturalna konsekwencja. Zawsze marzyłem o tym, by zrobić film fabulay, wzięło się to gdzieś tam z fascynacji z dzieciństwa i dlatego w ogóle zainteresowałem się filmem. Zrobiłem dokument o Bayer Full w Chinach i nagle zorientowałem się, że – Chiny Chinami – ale mamy w ogóle taki temat jak disco polo, równoległy świat, zupełnie wyjątkowy i nad wyraz filmowy. Do tego należy dodać, że przez lata nikt się nim zupełnie nie interesował. Otoczyłem się nie tyle obowiązkiem, co szansą, bo miałem duży zakres wiedzy na ten temat.

To właśnie ciekawe, że nikt dotąd nie wpadł, żeby zrobić z tego film.

No więc właśnie, też mnie to zdziwiło.

DISCOPOLO

Zacząłeś interesować się disco polo przy filmie „Miliard szczęśliwych ludzi” czy jeszcze wcześniej?

Nie, nie. Nie miałem styczności z disco polo, może dlatego też z jakąś taką świeżością i szczerą ciekawością odkryłem ten świat parę lat temu. I zobaczyłem to, co właściwie mnie ominęło. Wychowałem się w Krakowie, zawsze byłem związany z tamtejszym środowiskiem muzycznym, czyli, powiedzmy, konserwatywnym, jazzowym, poetyckim, klasycznym, i jakby muzyka elektroniczna w ogóle mnie ominęła, disco polo to już zupełnie. Po latach, kiedy wiedziałem, że sobie kiedyś istniało i byłem pewien, że już dawno nie żyje, okazało się, że to jest świat muzyczny, który ma się świetnie. Do tego u boku jest tyle niesamowitych kolorów, efektów, warunków, motywów, że to się samo zaczynało układać w jakąś całość.

I teraz przyjaźnisz się z twórcami disco polo? Paru zaprosiłeś do filmu.

Przyjaźnię to za duże słowo, ale tak, mamy kontakt, który narodził się właśnie podczas pracy nad dokumentem. Potem wielu z nich mi pomagało przy konstruowaniu scenariusza, dzielili się chętnie swoimi historiami, przeżyciami. Oczywiście na etapie dokumentacji przedfilmowej też korzystaliśmy z ich gościnności, pomocy i otwartości, zwłaszcza w przygotowaniu z aktorami. Chodziliśmy na ich koncerty, rozmawialiśmy, żeby mogli poczuć, jak to jest być gwiazdą disco polo. Te kontakty się zacieśniały, wiadomo. Teraz spotykamy się przy promocji i myślę, że darzymy się dużą sympatią. Oczywiście nie z całym środowiskiem się zapoznałem, ale z niektórymi muzykami jak najbardziej.

Nie czuli, że trochę się z nich naśmiewasz?

Nie, bo ja od początku mówiłem, że moim celem jest właśnie robienie czegoś zupełnie w drugą stronę. Oczywistym jest, że jeśli przez 20 lat cała Polska się z nich śmiała, to pewna obawa była. Ale w momencie, kiedy zobaczyli, jak już konstruowałem film „Miliard szczęśliwych ludzi”, i że udało mi się zrobić komedię z zespołem Bayer Full w roli głównej, ale jednocześnie nie obśmiewającej zespołu Bayer Full, to zrozumieli, że być może będę chciał zrobić coś takiego w filmie fabulaym. Na początku naniosłem standard, mówiłem: „Słuchajcie, nie interesuje mnie w ogóle obśmiewanie tematu czy podchodzenie z góry. Chcę oddać to, czego nikt do tej pory nie oddał”. Próby filmowe o disco polo były, ale one oceniały, oceniały siłą rzeczy, bo oddawały tylko jeden wymiar tego świata, ten taki najbardziej kiczowaty, czyli wymiar wizualny, który był siermiężnością lat 90. w ogóle, a świata disco polo w szczególności. Moim założeniem było nie to, żeby ocenić, tylko wejść w wymiar emocjonalny, który wydawał mi się najciekawszy. To się przewijało przez ich wszystkie wypowiedzi: te historie z lat 90. to taki obraz rzeczywistości wokół nich zupełnie inny niż ta, którą widać chociażby na zdjęciach. Wtedy uświadomiłem sobie, że cały ten hype związany z szybkimi karierami, z przemianą, z tym, że nagle kraj się zaczął do życia budzić, spowodował, że oni przeżywali swój pewnego rodzaju amerykański sen. I to się dla mnie stało kluczem przy konstruowaniu świata w filmie.

DISCOPOLO2

Nie spodziewałam się, że ubierzesz ten temat w tyle konwencji – weste, historia poszukiwaczy złota, ale też to, z czym mi się skojarzyło, to Bollywood. Miałeś takie założenie?

No pewnie, że tak. To miał być w założeniach taki hiperrealizm bollywoodzki, jakieś odniesienia do LaChapelle’a, no bo ten świat taki miał być – to miała być bajka. Od początku do końca chcieliśmy wejść w sferę wyobrażeń, naszych marzeń o samych sobie, uwypuklić te najfajniejsze cechy, które na chwilę zaczęły w naszych społeczeństwie królować. Skoro wszyscy dookoła odnosili sukces, to siłą rzeczy energia, która w ludziach krążyła, była na zupełnie innym poziomie niż zazwyczaj. I dlatego decyzja, żeby cały ten świat przeenergetyzować, dodać mu niesamowicie żywych barw, odejść od tej szarości, którą mamy na co dzień i przypomnieć sobie szalone lata 90. w taki sposób, żeby młodzi widzowie, którzy tych czasów nie pamiętają, poczuli taką moc, że po wyjściu z kina pomyśleli: „Kurczę! Chciałbym w takiej bajce się znaleźć! Chciałbym coś takiego przeżyć!”

Ja pamiętam te czasy z dzieciństwa, wszystkie urodziny w podstawówce były przy kasetach disco polo, wszystkie dzieciaki oglądały Disco Relax. To było dziwne! Także świetna podróż sentymentalna. Właściwie to komu ten film miał się podobać? Wszystkim, fanom disco polo? Uważasz, że wszyscy Polacy to jedna rodzina, czy Polacy dzielą się na Polskę A i Polskę B?

Myślę, że może jest też Polska C, D, E, F i tak dalej. To wszystko strasznie subiektywne, nie chcę się bawić w socjologa i dzielić ani widzów, ani Polaków, bo dzielić możemy się na kierowców, na rowerzystów, na katolików, buddystów, Żydów i tych podziałów może być bardzo dużo. Nasz film przede wszystkim proponuje nową jakość w rozrywce i to jest jego główne zadanie. Nie ma łączyć discopolowców i nie-discopolowców, bo ten film może się tak samo podobać jednym i drugim. To jest film po prostu dla szerokiej publiczności, która ma ochotę na dwie godziny niezłej zabawy w kinie na naprawdę niezłym poziomie, również intelektualnym.

Faktycznie, jak prześledzimy komedie z ostatnich lat, które Polskę podsumowują, przychodzi mi na myśl „Ryś” Tyma albo „Obywatel” Stuhra. Ten ostatni – mocny, ale bardzo gorzki. A twój film jest przepełniony… radością! I to jest piękne.

No dziękuję, ja jestem ogólnie radosnym człowiekiem, to może dlatego.

Miałeś zamiar uczynić „Disco polo” taką kultową komedią opowiadającą o latach 90., tak jak filmy Barei opowiadały o czasach PRL-u?

Jak mam być szczery, to ja w ogóle nie sądziłem, że ten film będzie aż tak ludzi bawił. W ogóle nie spodziewałem się, że powstanie komedia. Myślałem, że to jest taki wytwór absurdu, ale to, co się dzieje, jak ludzie reagują, przerasta moje oczekiwania – sceny, z których się śmieją. Ja nigdy się nie śmiałem, pisząc je, a już tym bardziej później, oglądając. Dopiero w kinie, jak zobaczyłem, jak ludzie reagują, zrozumiałem, że to może kogoś bawić. Ale wynika to pewnie z tego, że do swoich żartów się przyzwyczajasz. Natomiast jest coś w tym, co powiedziałaś. Ja lubię sobie odświeżać filmy Barei i parę dni temu obejrzałem „Misia” i nagle zrozumiałem, że kurczę, zrobiliśmy „Misia” na miarę naszych czasów! Zupełnie przez przypadek. Wydaje mi się, że za 20 lat ten film może być podobnie odbierany, jak my teraz odbieramy „Misia” – absurdalny zapis rzeczywistości, która nas otacza.

DISCOPOLO1

W filmie jest mnóstwo pomysłów dopiętych na ostatni guzik. Na przykład Jacek Koman – Argentyńczyk z Moulin Rouge jako hochsztapler trzymający wszystko w garści, albo Jerzy Urban, nagle w więzieniu. To wszystko było twoim pomysłem?

W filmie występują 64 postacie, więc trudno mówić, kogo kto wymyślił. Większość pomysłów obsadowych jest moja, ale Jerzego Urbana wymyślił producent, Stanisław Tyczyński. Wiedzieliśmy, że chcemy obsadzić jakąś prawdziwą postać, nie wiedzieliśmy, którą, więc to on wpadł na to, że to będzie akurat Urban.

A Dawid Ogrodnik to na zasadzie opozycji do czao-białej „Idy”?

Nie, jedno z drugim nie miało nic wspólnego. Dawid był jedynym aktorem, który do tej roli mi pasował. Zrobiłem przegląd, bo wiadomo, że bardzo mi zależało, żeby główną rolę zagrał aktor już z doświadczeniem, wyrobionym nazwiskiem, ale jednocześnie młody i taki, który te najlepsze chwile ciągle jeszcze ma przed sobą i ma głód nowości. Oczywiście jeszcze musiał być przystojny, spełniać fizyczne założenia. Nikogo innego nie widziałem, to był mój jedyny typ.

Podobno teraz zajmujesz się dokumentem o etiopskim jazzie.

Tak, właśnie dlatego jutro jadę do Etiopii. (śmiech) To jest projekt, który robię już ze 2 lata. Wydaje mi się jednym z najtrudniejszych filmów, które stoją przede mną. Próbuję sobie z tym poradzić i to jest mój plan na najbliższy rok.

To znaczy, że jednak najbliższy jest ci dokument?

Nie. Jestem człowiekiem niezależnym, to znaczy wywodzę się z filmu offowego, więc nie mam na sobie ciężaru szufladkowania samego siebie. Wręcz przeciwnie, bawi mnie robienie nowych rzeczy. Mam nadzieję, że całe życie będę sobie swobodnie skakał między fabułą i dokumentem, bo oba gatunki lubię, i jako widz, i jako twórca.

Możesz coś więcej opowiedzieć o tym etiopskim jazzie? To jest jakaś zupełnie egzotyczna historia.

To jest coś, co odkryłem przy filmie „Broken Flower” Jima Jarmuscha. Na ścieżce dźwiękowej usłyszałem dźwięki, które mnie niesamowicie znęciły. Odkryłem całą serię płyt „Ethiopiques” z funky jazzem, a potem zorientowałem się, że ta muzyka powstała u kresu panowania Hajle Selassje. Nagle stanął przede mną obraz Etiopii, której bliżej do Nowego Jorku czy Londynu niż do jakiegokolwiek kraju w Afryce i stwierdziłem, że to jest dobry pomysł na film. Zacząłem kopać dalej, okazało się lata 60. i 70. to był niesamowity okres rozwoju kultury, muzyki, który nagle został brutalnie przerwany przez sytuację polityczną i nadejście komunistów. Całe pokolenie etiopskich artystów nie mogło tworzyć przez następne dwadzieścia parę lat. Dopiero w latach 90. zostali odkryci przez pewnego Francuza, który resztę swojego życia poświęcił na to, żeby to uratować i przekonać tych muzyków, żeby wrócili do grania. Część z nich znalazła się na uchodźctwie w Stanach jako taksówkarze albo pomocnicy na stacjach benzynowych. Się śmieję, że taki trochę Sugarman, tylko pokoleniowy.

DISCOPOLO3

Albo etiopskie Buena Vista Social Club?

Też trochę. Wszyscy znawcy muzyki mówią, że gdyby nie fakt, że komuniści przyszli i zrobili to, co zrobili w Etiopii, to ta muzyka na pewno byłaby znana tak, jak jest znana muzyka kubańska. Ona dopiero teraz pokonuje pewną drogę, której nie mogła pokonać na skutek polityki.

Na koniec: Czujesz się przytłoczony sukcesem „Disco polo”?

(gromki śmiech) Nie, bo jeszcze nie ma sukcesu. Sukces będzie, jak będziemy wiedzieć, ile ludzi poszło na niego do kina. Rzeczywiście, są bardzo dobre wyniki po pierwszym weekendzie, ja się z tego cieszę, absolutnie, ale nie jestem przytłoczony, jeszcze nie świętowałem.

Myślisz, że ten film może odnieść sukces za granicą, czy tylko Polacy mogą go zrozumieć?

To się okaże, mamy go przetłumaczonego i na pewno będziemy go na zagraniczne festiwale wysyłać. Nie mam bladego pojęcia. Z doświadczenia wiemy, że czasem jest tak, że takie najbardziej „narodowe” filmy z powodu swojej egzotyki zyskują zainteresowanie za granicą. „Miliard szczęśliwych ludzi” z Bayer Full za granicą kompletnie się nie przyjął. W Polsce odbiór publiczności był bardzo dobry, ludzie się świetnie bawili przy tym filmie. Za granicą nie – ludzie nie zapraszali nas na żadne festiwale, prawdopodobnie dlatego, że ten film był zbyt lokalny. Opowiadał o zetknięciu cech typowo polskich z mieszanką orientu, taką bardzo romantyczną. Ciężko mi powiedzieć, jak to będzie. Oczywiście jako twórca bardzo bym sobie tego życzył.

fot.: Alveia Studios/NEXT FILM

REKLAMA
REKLAMA