REKLAMA
Anywhere logo

Gaba Kulka: Pracujący muzyk

2015-05-18
...
„Bycie artystą to nie jest bujanie w chmurach, tylko konkretny zawód” – tego nauczyli ją rodzice. Gabriela wzięła tę naukę do serca, bo ostatni album, „The Escapist”, to już czwarty autorski w jej karierze. A jeśli doliczymy do tego osobne projekty, to uzbiera się niezły dorobek.
Ile to już lat na scenie? 14?GabaKulka3

Trudno mi powiedzieć. Na scenie początki były sporadyczne. Miałam pierwszy swój występ w 2000, 2001 roku, ale fakt jest taki, że nie od razu zaczęłam regulaie koncertować. Pomalutku. Można powiedzieć, że pierwsze występy publiczne z moim materiałem były jakieś 14 lat temu.

Możesz się nazwać dojrzałą artystką czy okres dojrzewania jeszcze trwa?

Lubiłabym myśleć, że to dojrzewanie artystyczne jeszcze sobie może trwać właściwie przez całą długość kariery. Interesują nas przecież głównie ci artyści, którzy nie spoczywają na laurach, tylko cały czas szukają. Nie mówię, że zmieniają się na siłę na każdym kroku, ale są przenikliwi i poszukujący. Nie chciałabym powiedzieć, że jestem dojrzałą artystką, bo to mi taką stagnacją trąci. Na pewno wiem trochę więcej niż wiedziałam 14 lat temu i w niektórych aspektach czuję się pewniej.

Kiedy podpisywałaś kontrakt z dużą wytwóią, bałaś się, że utracisz coś ze swojej niezależności?

Nie, bo proces znajdowania wytwói był bardzo świadomym i intensywnym procesem. Oczywiście zawsze coś mogło pójść nie tak, mogłam trafić źle. Natomiast faktem jest, że w momencie, gdy szukałam współpracowników do rozprzestrzeniania mojej muzyki, która już wtedy nabierała poważniejszych kształtów, wiedziałam już, czego nie chcę. Miałam za sobą jedno nieprzyjemne doświadczenie z dystrybutorem, z umowy z którym musiałam jakoś się wykaraskać, więc chociaż nie byłam obyta, nie byłam zupełnie zielona w tym temacie. A po drugie, o ile Mystic teraz rzeczywiście ma jeszcze większe obroty i skalę działania niż 5 lat temu, to nie był i nie jest, jak my to brzydko nazywamy „mejdżorsem”, czyli jedną z kilku wielkich wytwói na terenie Polski. Rozmawiałam więc z wytwóią, która działała dość sprawnie, ale wówczas zajmowała się jeszcze głównie heavy metalem. Mystic nadal jest heavymetalową wytwóią, ale tak naprawdę kiedy ze mną zaczęli rozmowy, to na palcach jednej ręki można było wyliczyć polskich artystów spoza cięższych brzmień, którymi się zajęli, więc byłam jednym z takich pierwszych jaskółek tej gałęzi działalności Mystica, która teraz świętuje dość duże sukcesy.

Nazywasz swoją muzykę „progresywnym popem”.

To był taki żart, który trochę zamienił się w prawdę. Kiedy wypuszcza się taką drobną facecję i ona wraca do ciebie po raz enty, to znaczy, że się przyjęła. Trzeba uważać, co się mówi. Mówiąc „progresywny pop”, miałam tak naprawdę na myśli dwie rzeczy: „pop” – że nie odżegnuję się od muzyki populaej. Uważam, że słowo „pop” może oznaczać wiele fantastycznych rzeczy, których nie należy się wstydzić. Kiedyś nie było słowa „rock”, Beatlesi grali „pop”, wiesz, co mam na myśli. A „progresywny” – chciałam w jakiś sposób zmodulować to słowo „pop”, żeby dać jakąkolwiek wskazówkę, która miałaby przyszłemu słuchaczowi, który nie zna mojej muzyki, dać do zrozumienia, że trochę więcej dzieje się w narracji tej muzyki, jest tam trochę więcej nieprzewidywalnych zakrętów i jest to forma, która nie ogranicza się do zastanych schematów, tylko – tak jak w progresywnym rocku – wchodzi na różne dziwne, inne, czasem czerpiące z jazzu, czasem np. z muzyki poważnej, formy. To był taki trochę żarcik, ale...

Ten termin funkcjonował w latach 60.

Naprawdę? Progresywny rock!

Progresywny pop! Jakiś dziennikarz tak opisał muzykę Beach Boysów.

Oj, to już większy zaszczyt nie mógł mnie kopnąć. W takim razie trzymam się tego terminu, spokojnie. Ja słyszałam, że dużo osób muzykę, która na jakimś etapie jest podobna do mojej, nazywa „barokowym popem”. Nie powiem, a propos jakich zespołów, ale pomyślałam sobie: „O, to by było też na miejscu”. Albo nie, przepraszam, to był „chamber pop”! Czyli pop kameralny, w nawiązaniu do muzyki kameralnej, a nie barokowej. Ale fajnie! Mnie takie mikro-gatunki trochę śmieszą, dlatego, bo jeśli rzeczywiście są tak mikro-, to jeśli artysta ruszy się o centymetr w lewo, już wypada z gatunku. Trochę nie wierzę w te mikro-gatunki, ale jest to zabawne pobawić się w opisywanie kolorów.

Dziennikarze muszą sobie jakoś radzić.

Można jakoś sprytnie to ominąć. Jestem zawsze pełna podziwu, jak ktoś pisze o muzyce i udaje mu się to oddać bez ani jednego dźwięku. Naprawdę ładne zajęcie.

Przez te wszystkie lata... Jak to brzmi!

Szmat czasu! (śmiech)

Przez te lata zdarzył ci się wywiad, w którym nie pytano by cię o Tori Amos albo Kate Bush?

Zdarzył się, ale później okazało się, że zostało to niepowiedziane z premedytacją i ta sama dziennikarka pochwaliła się pod koniec wywiadu: „A widziałaś, jak nie zapytałam o Tori Amos?”, a ja na to: „O, to się nie liczy!”. Nie, zupełnie mnie to nie rusza. Ludzie zakładają, że będzie mnie to w jakiś sposób denerwować, a to jest tak naturalna sprawa. Bardziej mnie dziwi to, że ktoś może widzieć wartość w tym, że ktoś nie przyznaje się do swoich korzeni muzycznych albo ich nie posiada. Albo chcieliby, żeby ich ukochany artysta był geniuszem, który wszystkiego co wie, dowiedział się tylko od siebie, spadł z nieba z gotowym zestawem umiejętności.

GabaKulka1

W ostatnim czasie na polskiej scenie jest dużo śpiewających kobiet-autorek.

Zawsze miałam wrażenie, że trochę więcej jest u nas wokalistek niż wokalistów. Ale może rzeczywiście nurt autorski jest teraz bardziej obecny. Nie tylko u nas, to trend który widać wszędzie. Obecnie kładziemy dużą wagę na tzw. autentyczność i jeżeli ktoś śpiewa to co sam napisał, uważamy to za bardziej prawdziwe. Wydaje mi się, że jesteśmy w takiej fazie.

Co powiesz o singlu „Wielkie wrażenie”? Kiedy usłyszałam go pierwszy raz, miałam wrażenie, że gdzieś już to słyszałam. Potem okazało się, że mnóstwo ludzi porównywało tę piosenkę to „A Forest” The Cure.

Tak, ktoś mi to powiedział. Nie słyszałam tej piosenki wcześniej. „Wielkie wrażenie” ma taką strukturę akordów, że myślę, że jakbyś mi dała dobę, to znalazłabym z 15 podobnych utworów.

Na koncercie powiedziałaś, że to jest wielki przebój.

Z przymrużeniem oka, bo prawdziwe wielkie przeboje... Pisząc „Wielkie wrażenie”, wiedziałam, że przynajmniej część tego utworu, sama struktura, była jak gdyby hołdem dla pewnego rodzaju piosenki. To, że ona nie ma nagle jakiegoś dziwnego zwrotu akcji w konstrukcji akordów, to jest totalnie zamierzone. Chciałam zrobić coś, co zabrzmi hitem. A to, że akurat trafiłam na „A Forest”, to dobrze. Wiedzieli, co robią. Ale tak jak mówię: to jest taka struktura akordów, która również jest pewnego rodzaju pastiszem.

Nie wydaje ci się, że współczesność narzuca nam pastisz? Wszystko zostało już odkryte, pozostają cytaty.

Nie sądzę. Na każdym etapie kultury można było powiedzieć: „O Jezu, wszystko już było” i na każdym etapie kultury byłoby to prawdziwe. Mamy teraz silne wrażenie, że tak jest, bo sztuka cytatu i sztuka przetworzenia – np. przez kulturę sampla, stała się centralnym elementem. Więcej myślimy o zapożyczeniu jako o świadomym artystycznym działaniu, więc cytat króluje i tym bardziej zdaje nam się, że wszystko już było. Ale ta sytuacja nie jest chyba inna niż kiedykolwiek – nauczyliśmy się doceniać sztukę cytatu, ale nie sądzę, że to oznacza, że nie ma oryginalności. Sztuka zawsze była sumą doświadczeń i przetwarzaniem bazy, na której się stoi. Mało kto odkrywa Amerykę, wstając z łóżka rano i nie patrząc na tych, którzy podróżowali przed nim.

GabaKulka4W tej chwili z jednej strony mamy talent showy, a z drugiej wysyp niezależnych artystów.

Wydaje mi się, że niekoniecznie to są dwie strony tego samego medalu. Zawsze były różne sfery. Jednych bardziej interesuje odtwarzanie i aspirowanie do już istniejących wzorów. Podejrzewam, że startując w talent show jesteś świadomy, że musisz wepchnąć się w jakiś konkretny wzorzec albo przynajmniej producenci w telewizji twierdzą, że powinieneś zaprezentować pewną wersję konkretnego wzoru. A będąc artystą autorskim bardziej masz parcie na to, żeby zaprezentować coś, co będzie inne. Ale czy od razu to znaczy, że jedno będzie lepsze, a drugie gorsze? Nie wiem. Mam jeden ciekawy przykład, dość bliski teraz. Pracowałam nad debiutancką płytą Piotrka Zioły. To młody wokalista, który właśnie w jednym z tych talent shows występował. Nie wygrał, odpadł – może nawet dobrze. Tę płytę, na którą napisałam 2 piosenki, 2 teksty, produkuje Marcin Bors, również mój producent. Widzę tego bardzo, bardzo utalentowanego i pięknie śpiewającego młodego chłopaka, który ma większy przekrój tego, co się dzieje niż ja. Był w talent show, był w telewizji, wiedział, z czym to się je, ma kontrakt z dużą wytwóią, a z drugiej strony robi płytę, która nie jest płytą „dla młodzieży”, super łatwą. On sam jara się naprawdę dobrą muzyką. Nie przełknie byle czego.

Czyli nie odradzasz talent shows?

Nie wiem. Szczerze mówiąc, osoby o takim charakterze jak ja nie nadawałyby się do tego. Ja nikomu niczego nie odradzam ani nie radzę, uważam, że każdy jest inny. Może być jedna bardzo zła rzecz w talent show – możesz wbić sobie do głowy, że twoja wartość jest zależna od oceny innych. Bo to, że się występuje, śpiewa, ktoś ma jakieś uwagi, jest ok, ale w momencie, kiedy myślisz o tym jak o konkursie – ten jest lepszy, tamten gorszy – uważam, że akurat to jest absurd. Jeśli chcesz robić autorskie rzeczy, to musisz wyłączyć ten obwód, który ci szepcze: „A co ludzie powiedzą, jak oni to ocenią”. Dla części osobowości, na przykład takich jak ja, to jest totalnie paraliżujące. Mnie w ogóle nie motywuje konkurencja. Dla mnie jest jakąś abstrakcją, w ogóle nie daje mi energii. Jakbym powiedziała: „Zrobię to, żeby być lepsza niż X, czy Y”, to równie dobrze mogłabym pójść do domu spać. Zupełnie nie daje mi to motywacji, a wręcz przeciwnie – jest demotywujące. Wolę współpracować. Cieszę się, gdy mogę być dla kogoś rodzajem wspomagania tego, co on robi. Wtedy rozkwitają ciekawe i nieoczekiwane rzeczy, a nie wtedy, kiedy śledzi się swój numer na liście przebojów i „O Jezu, żeby był wyżej niż ten”. To jest straszne. To jest w talent show złe – że poukładasz ich numerkami i wszyscy, którzy są poniżej numerku 4, wylatują. To może źle zadziałać na głowę kogoś, kto chce się zajmować sztuką.

Traktujesz swoją twórczość jako swój zawód?

Tak, no bo pracuję.

Zanim zajęłaś się tylko muzyką, robiłaś inne rzeczy. Kiedy nadszedł moment, gdy stwierdziłaś, że będziesz robić tylko to, nie bałaś się, czy sobie poradzisz?

Nie, bo ta decyzja, żeby rzucić pracę, która była dodatkowa – właściwie nie rzucić, tylko nie brać kolejnych zleceń – wynikała z tego, że te dwie rzeczy czasowo się już nie mogły zgodzić. Pracy związanej z muzyką było na tyle dużo, że żeby uczciwie wykonywać tę drugą pracę, musiałabym coś zawalać. A że działalność muzyczna zaczynała być coraz bardziej obiecująca, i dostarczała pierwszych, niedużych pieniędzy, to było naturalne. Tam nie było żadnej dramatycznej decyzji typu „rzucam studia i będę grał punk rocka”. Było w tym trochę pragmatyzmu.

W ogóle jesteś pragmatyczna?

Nie, ale żyłkę myśli logicznej, organizacyjnej, takiego profesjonalnego podejścia mam. Może dlatego, że moi rodzice przez całe życie byli pracującymi muzykami. Widziałam, że bycie artystą – poza tym, że dostarcza niesamowitych wrażeń i jest wspaniałe dla wrażliwych osób – to nie jest bujanie w chmurach, tylko konkretny zawód, który wymaga dyscypliny, podróżowania, przebywania poza domem, niekoniecznie w idealnych warunkach. Jest czasochłonne i trzeba też pilnować tej strony logistycznej.

No właśnie. Bardzo dużo pracujesz – udzielasz się w wielu projektach z różnymi muzykami. Jak znajdujesz na to energię?

W ostatnich pięciu latach rzeczywiście bardzo dużo pracowałam z innymi muzykami. To był też dla mnie proces nauki. Czuję, że najwięcej się uczę w cudzych projektach.

Ale nie jesteś pracoholiczką?

Chyba nie. Mam w sobie odrobinę lenia, który to wszystko mityguje. Jest pewna granica. A mówię tak dlatego, ponieważ znam prawdziwych pracoholików, muzycznych również, także wiem, jak to może wyglądać. Zawsze się tym pocieszam. A propos tych występów „gościnnych”: Nigdy nie nazywam tych projektów „pobocznymi”, bo zawsze są w danym momencie dla mnie najważniejsze, nawet jeśli nie są w pełni autorskie, jak Baaba Kulka, czy „The Saintbox”. Tym bardziej musiałam nauczyć się, że trzeba wiedzieć, kiedy odmówić. Nie można brać wszystkich interesujących projektów wszystkich utalentowanych ludzi, bo można by to robić przez całe życie i nigdy nie nagrać swojej kolejnej płyty. Przez ostatnią autorską płytą musiałam powiedzieć „stop”, odmówiłam paru bardzo fajnych rzeczy, ale ze świadomością, że teraz jest ten moment, kiedy muszę poświęcić się sobie i swojej płycie. Mam satysfakcję, że wyszła dobrze, jesteśmy z niej bardzo dumni. Może wyjdę na samochwałę. ale uważam, że jest dużym krokiem naprzód dla nas. Mówię „dla nas”, bo to nie jest tylko moja płyta, ale całego zespołu. Czujemy się zespołem.

Z kim, oprócz twojego zespołu, najlepiej ci się pracuje?
GabaKulka2

To jest ciekawa sprawa, bo wracając jeszcze do mojego zespołu – granie ze stałymi współpracownikami to jest prawdziwy luksus. Mam za sobą już pewne zmiany personalne, wiem, ile to kosztuje emocji, energii w momencie, kiedy coś nie gra. Ostatnio mieliśmy wspólnie taką fajną rocznicę, z trio, w którym gram...

5 lat!

5 lat, aż nie mogłam uwierzyć. Zawsze mi się wydaje, że z Wojtkiem (Traczykiem, bas - przyp. red.) i z Raszkiem (Robert Rasz, perkusja - przyp. red.)... Z Raszkiem już długo gram, ale z Wojtkiem? A tu patrzę: 5 lat. Oni są moimi najważniejszymi współpracownikami i to nie jest zespół akompaniujący, oni mają autorski udział w tym, jak brzmimy, w którą stronę moje myślenie o muzyce się rozwija. A z pozostałych? Każda z płyt była zupełnie inna. Na przykład z muzykami z Baaby pracuje się zupełnie inaczej niż z Olo Walickim, z którym nagrałam „The Saintbox”. W jednym i drugim projekcie nauczyłam się bardzo wielu rzeczy. W Baabie poczucia luzu i chaosu twórczego na scenie, przekuwania błędu w atut, poczucia dekonstrukcji. „The Saintbox” to zupełnie inna sprawa, rzecz osadzona bardzo mocno w sztuce wizualnej, Maciek Szupica zajmujący się działką wideo, wszystko bardzo teatralne, dopracowane co do szczegółu, bez miejsca na wypadki, poza improwizacją muzyczną. Kucz/Kulka, wczesny projekt, przed płytą „Hat, Rabbit”. Z Młynarskim też zupełnie inna historia, bo na początku album mocno dansingowy, z masą osób na scenie, na żywo nie do końca taki, w jakim czułabym się komfortowo - w pewnym momencie zdecydowałam się, żeby tego nie kontynuować. Ta współpraca nie do końca była wtedy udana, a odrodziła się w zupełnie innej formie w zeszłym roku – gramy teraz w kwartecie. Jesteśmy już trochę innymi ludźmi i nagle okazało się, że można wrócić do czegoś, co wtedy nie do końca wydawało się dopieczone i takie jak trzeba, a teraz świetnie nam się razem gra. To są takie lekcje życiowe. Każda historia idzie swoją trajektorią i z każdej można wyciągnąć coś bardzo fajnego dla siebie jako dla twórcy.

Twoi współpracownicy to głównie faceci.

No w większości, tak się jakoś zdarzyło. Chociaż ostatnio z Julią Marcell miałam przyjemność po raz kolejny wykombinować coś wspólnego na scenie – wprawdzie nie autorskiego jeszcze, ale z Julką bardzo dobrze mi się pracuje. Rok temu zorganizowałyśmy transmisję na żywo w inteecie, grałyśmy The White Stripes i gadałyśmy. Wcześniej grałyśmy Davida Bowie na scenie, ostatnio w Gdańsku miałyśmy wspólny koncert. Myślę, że z Julką jeszcze będziemy się zderzać. Teraz obie jesteśmy bardzo zajęte własnymi trasami i płytami, ale myślę, że przyjdzie taki moment, gdy zrobimy jakiś zamach na siebie.

Chciałybyście coś razem nagrać?

Myślę, że tak. To znaczy nie wiem, co Julia na ten temat myśli, ale ja bym bardzo chętnie coś zrobiła wspólnie. Coś rzeczywiście z tymi dziewczynami jest, że sporo ich jest, ale nadal jest ich troszkę mniej. Z Olą Bilińską z Babadagu miałam przyjemność śpiewać parę razy. Ola wydała dwie nowe płyty w krótkim odstępie czasu, jest super utalentowaną artystką. Wydaje mi się, że przeszkodą jest nie tyle płeć, ile to, że wszyscy są bardzo zajęci.

Z tymi facetami to czujesz się jak szefowa? A może gorzej się czujesz?

Nie, nigdy nikt nie dał mi odczuć, żeby moja płeć była problematyczna w kontekście muzyki. Nigdy nie było żadnych różnic. Od czasu do czasu zdarza się, że ktoś będzie chciał ci sprawić komplement, a powie coś takiego... Na przykład pyta cię o mikrofon, o charakterystykę, mówisz „można przełączyć kardioidę albo super kardioidę” i on mówi: „Ho ho ho, nigdy nie słyszałem z ust kobiety kardioida, super kardioida” i myśli, że prawi ci komplement, a ty myślisz sobie: „Stary, z czym do ludzi?”. Zdarza się, ale rzadko. Chyba obracam się w kręgach dość oświeconych osób i nie zdarzają się tu seksistowskie wycieczki, które pewnie są bardziej obecne w innych grupach. Mnie to raczej nie spotyka, może dlatego,że otaczają mnie ludzie na poziomie.

Może to jest kwestia tego, na ile sobie pozwolisz?

Nie, bo nawet silnym, zdecydowanym babkom przydarzały się bardzo przykre akcje, jeśli chodzi o traktowanie. Mentalność typu: „to jest wokalistka, a to jest zespół”, kiedy człowiek chce być traktowany po prostu jak muzyk. Nie chodzi o nastawienie, które odstrasza lub zaprasza tego typu chore wzorce. Nie możesz powiedzieć, że kobieta sama prowokuje tego typu mentalne nastawienie otoczenia. Jestem bardzo wrażliwa na te sprawy, ale staram się być osobą dość spokojną i jeśli coś takiego się dzieje, często kasuję to z głowy. Wolę się tym nie denerwować. Czasem zdenerwuję się na tyle, że chcę konfrontacji, ale jednak w większości przypadków puszczam to mimo uszu. Ale na pewno w najbliższym kręgu współpracowników nigdy nic takiego mnie nie spotkało. Myślę, że mam szczęście.

Jesteś spokojną osobą? Nie wyglądasz.

Ja w ogóle jestem nerwus, ale nerwus wewnętrzny. A jeśli chodzi o stosunki międzyludzkie, nie lubię konfrontacji, nie zawsze jestem asertywna, jestem dość miękka z ludźmi. Czasem muszę wręcz walczyć ze sobą, żeby coś komuś powiedzieć, zgłosić jakiś protest.

Musisz być asertywna, jeśli grasz swoją muzykę.

Ale muzyka i życie to są czasem dwie różne rzeczy. Może jest tak, że dziedzina muzyki jest dla mnie tak ważna, że o ile w życiu czasem odpuszczam, to tu nie dam sobie w kaszę dmuchać. W każdej innej sytuacji można mi wejść na głowę, ale jeśli chodzi o muzykę – to tak istotne i bliskie mojemu sercu, że będę tego bronić pazurami, co mi się nie zdarza w prawie żadnej innej dziedzinie życia.

Co w najbliższej przyszłości?

Plan jest taki: ponieważ album wyszedł we wrześniu, zrobiliśmy dużą trasę jesienią, teraz na wiosnę znowu mamy dość intensywną trasę, szczególnie w kwietniu. Wydaje mi się, że zagramy ten materiał przed bardzo szeroką publicznością. Ale nie ukrywałam już po premierze „The Escapist”, że nagraliśmy więcej materiału niż ten, który wypełnił ostatnią płytę. Nowy materiał nie jest wyprodukowany, zmiksowany i nie mamy jeszcze wszystkich piosenek. Ale już teraz pracujemy nad kolejną płytą. Kolejny etap po wiosennych koncertach to będzie powrót do pracy nagraniowo-produkcyjnej i mam nadzieję, że przed końcem tego skończymy pracę nad nowym albumem. Nie wiem, kiedy go wydamy, nie chciałabym tego przyspieszać, bo nie chcę ukracać żywota „Escapisty”. W każdym razie jest przed nami kawał pracy twórczej i na pewno jest na to energia.

tekst: Sylwia Gutowska

fot.: Monika Szałek

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA