REKLAMA
Anywhere logo

Juliusz Strachota: Przed zostaniem pisarzem warto skonsultować się z lekarzem

2015-09-21
...
Juliusz Strachota nową powieścią „Relaks amerykański” robi trochę zamieszania. Książka traktuje o uzależnieniu od różowych tabletek na nerwy. Specjalnie dla naszych czytelników autor rozprawia o szczęściu i rozmaitych rodzajach odlotów.

Ostatnio chodzę częściej na spotkania AA, bo dużo stresu sobie zgotowałem w związku z tą książką.

Ale odbiór jest dobry.

No, bardzo dobry.

Ile czasu w abstynencji?

Takiej całkowitej? Trzy lata.

strachota2

Najpierw rzuciłeś alkohol?

Wiesz, miałem w sobie tyle tych substancji... Najpierw, żeby trochę się okłamać, zrezygnowałem z nielegalnych narkotyków. Później, żeby jeszcze bardziej się okłamać, zrezygnowałem z papierosów, a z substancji typu benzodiazepiny i alkohol zrezygnowałem na samym końcu równocześnie. Chociaż miałem taki okres, że w końcowej fazie nałogu usiłowałem z alkoholu zrezygnować, zaszywając się. To są takie konstrukcje, które trudno mi wyjaśnić, ale uzależnieni tak mają. Zresztą teraz jak tu usiadłem, to się skapowałem, że oprócz krajobrazu ulubionych barów mam krajobraz aptek, do których przychodziłem. Z tych wszystkich nałogów ten jest najdziwniejszy. Zresztą, trudno się o nim mówi.

Stworzyłeś pewną niszę, jednocześnie wstrzeliłeś się w koniunkturę powstałej na fali alkoholicznych wyznań.

No tak, da się zauważyć. Nie planowałem (śmiech).

A dlaczego tak wyszło? Rok temu był artykuł w GW, „Doctor shopping”, czemu zdecydowałeś się na książkę?strachota4

Jak ukazał się ten artykuł, to książka już była. Czekała sobie. Tylko że z tej całej wieloletniej straty, straty czasu, energii, wszystkiego, co się da, to w tej abstynencji raczkującej pierwsze, co się zaczęło pojawiać, to niecierpliwość. Jak tu wykombinować, żeby w jakiś sposób odzyskać to życie, które tak puściłem. Próbą tego było mówienie, nazywanie tego. I do dzisiaj tak jest, tylko że ja przeholowałem, to nie ma elementu autoterapeutycznego. Rok temu ten tekst może tak zadziałał – że ja to powiedziałem, że ja tak mam. Z drugiej strony większość moich nałogów jest bardzo dobrze zdefiniowana, nie ma co o nich gadać, czy to alkoholizm, czy narkotyki. A te leki są taką sferą, którą trudno ogarnąć. A przecież to jest epidemia na świecie! To są narkotyki w tej chwili. Tak więc trochę czułem się zobligowany, żeby to opowiedzieć, bo jeżeli jakieś narzędzia posiadam, no to czemu nie. Ale ważne było też to, żeby powiedzieć o sobie prawdę. Po krążeniu, kręceniu przez lata to była taka ulga, jakbym naprawdę został sobą, cokolwiek by to nie znaczyło.

Otoczenie było zdziwione?

Wiele osób musiało to przetrawić. Najszybciej przetrawiła to najbliższa rodzina.

Nie wiedziała o tym?

To, że mam problem z alkoholem czy amfetaminą, to moi rodzice wiedzieli, bo ten problem pojawił się, jak miałem lat trzynaście, czternaście. Ale ta ostatnia faza, kiedy mieszkałem w Krakowie, to już jest faza totalnego zamaskowania. Xanax to idealna substancja, która pozwala funkcjonować i udawać, że sobie świetnie radzisz.

Przecież to lek!

To lek i ma swoje zastosowanie, które na pewno w wielu przypadkach jest istotne. Tylko problem jest wtedy, kiedy w gabinecie pojawią się dwie osoby, które nie potrafią tego leku obsługiwać. Jest to bardzo pożądany towar, dlatego jego dystrybucja stała się taka, a nie inna. Lekarze specjalizują się w handlowaniu receptami. Ćpuny trafiają... No właśnie, ćpuny, o sobie to tak mogę mówić, ale problem identyfikacji osób, które nadużywają leków, jest trudny.

Większość twierdzi, że nie ma problemu.

„Nie mam problemu, bo biorę tabletki, które przepisuje lekarz”. Tylko że piętnaście lat, substancje, które służą do terapii krótkoterminowej, trzy-czterotygodniowej. Problem z Xanaxem, Valium i tak dalej jest taki, że oprócz tego, że psychicznie, uzależniają jeszcze fizycznie. Dlatego jak już połkniesz haczyk, to jest dupa.

Podobno najbardziej fizycznie uzależniającymi substancjami na świecie są heroina i nikotyna. Papieroski rzuciłeś na początku.

Jest taka wersja zdarzeń. Słuchaj, nie mam tego zracjonalizowanego. Taka była kolejność. Z papierosami jest ten paradoks, że jest po nich relatywnie niewielki haj, są uzależniające na poziomie behawioralnym. A zespół odstawienny po żadnej innej substancji nie trwa tyle, co po benzodiazepinach. Może trwać dwa miesiące, czyli że przez dwa miesiące jesteś narażona na to, że na przykład dostaniesz padaczki. Nie jak po odstawieniu alkoholu – po trzech dniach. Dlatego odtrucie ambulatoryjne często się nie udaje, bo ludzie nie wytrzymują tego i zaczynają łykać z powrotem, dużo więcej. A nikt ci nie pójdzie siedzieć do szpitala psychiatrycznego, no bo jak to, weź, ja? Do psychiatrycznego, na dwa miesiące? Jeszcze jak na zwolnieniu ci napiszą „oddział leczenia zespołów abstynencyjnych” czy coś takiego, no to jakby zespół najgorszy w historii.

strachota3Uzależnieni mają coś takiego, że muszą o tym mówić. To się dzieje tylko w pierwszej fazie, kiedy jesteś w euforii, czy pozostaje?

Trudno powiedzieć. Ja akurat musiałem to nazwać. Problem z tym jest taki, że wiele osób, które wychodzi z nałogów, nadal się tego wstydzi. A jak się tego wstydzisz, to coś tam ci się, kurna, międli i jakby coś tam musisz ukrywać i coś kombinować.

Alkoholicy najchętniej krzyczeliby z piętra wieżowca: „Jestem alkoholikiem!”

Na spotkaniach AA to ja akurat siedzę na dupie i nic nie mówię, ale są osoby, które perorują i perorują. Jest w tym coś superirytującego z zewnątrz jak się na to patrzy, z drugiej strony to jest taka choroba, że nawet jak nie pijesz, nie bierzesz, to to stoi cały czas. Nie ma z niej trwałego wyjścia. Pozostaje mechanizm nałogowego regulowania uczuć. To mówienie przynosi po prostu ulgę, ale ten mechanizm jest w ludziach w ogóle. Ludzie mówią, żeby doznać ulgi.

Wiesław Myśliwski powiedział, że każdy człowiek chce być „opowiedziany”.

Oczywiście. To jest bardzo ważny element tego wszystkiego. To jest bardzo widoczne na tych spotkaniach – każdy jest posiadaczem jakiejś historii.

To przez to, że przez lata tę historię ukrywali?

Lata kłamstw i nagle wylewa się jakaś prawda. I tę prawdę jeszcze, kurna, dziewięć razy o sobie powiem, bo za poprzednim razem nie dość prawdziwa była ta prawda. Następuje coś, co nie ma granicy. Analiza w głąb siebie bez końca.

Można zwariować.

Można się zachlastać. Dążenie do bycia świętszym od papieża, takie samopoznanie po tylu latach zakłamania, to jest takie coś, w co ćpuny wpadają. Ta wspólnota AA tak działa, że ludzie podmieniają substancje na chodzenie do AA, a żona siedzi i czeka.

Alkoholicy potrafią być na tyle zadowoleni z siebie, że zostawiając pierwszą rodzinę, zakładają drugą, nie patrząc już w te zgliszcza, które zostawili.

Tak, bo tamtego nie dało się już odbudować. Tych historii jest mnóstwo. Wyobrażam sobie, że z boku to może być bardzo irytujące, to stawianie siebie z powrotem w centrum uwagi.

Życia w strukturach społecznych trzeba się nauczyć od nowa?

Niektórzy zastępują sobie jeden do jednego.

Mówisz o zastępczych uzależnieniach?

Zastępcze uzależnienia to w ogóle osobny temat. Natomiast pytanie, gdzie jest granica odkręcania swoich różnych przypadłości. Czasami jest tak, że jednego dnia wydaje mi się, że mam tak nasrane, że musiałbym chodzić na terapię jeszcze mnóstwo czasu, żeby sobie coś naprostować. A z drugiej strony, jak słucham ludzi, myślę sobie: „O kurwa.” A oni nie są uzależnieni. Nie, gdzieś jest granica odpuszczenia tego wszystkiego i odnalezienia się. Po prostu jest sztywny podział, który zresztą uzależnieni pielęgnują: my jesteśmy uzależnieni, czyli nienormalni. To jest uwypuklane w tych wspólnotach. Ale, kurna, życie jest życiem. Każdy ma jakąś swoją nieporadność wobec niego. Każdy. Czy to wychodzi w uzależnieniach, które czasami są tragiczne w skutkach, czasami nie, ciężko to ogarnąć.

Opowiadanie o swoim uzależnieniu może nieść pomoc innym?

To ma taki wymiar. Opowiadanie sprawia, że ludzie przychodzą do ciebie po pomoc. To jest bardzo ważne. Ze dwa lata temu byłem przekonany, że super, ja teraz będę wszystkim pomagał. Ale jak się zderzam z taką sytuacją, która jest bardzo trudna w obsłudze, to znaczy przychodzi człowiek, strasznie cierpi i chce, żebym ja mu pomógł, a później okazuje się, że on wcale mnie nie słucha, w ogóle nie mam nad tym kontroli, to jest bardzo frustrujące. Ale nawet, jeśli jest w tym jakiś egocentryzm, to on może mieć pozytywne skutki.

Zadośćuczynienie bliskim brzmi bardzo chrześcijańsko.

Tak, to jest element Dwunastu Kroków. Bardzo ważny, ale myślę, że cały czas możemy go pod ten egocentryzm podciągnąć, bo to nadal sprawia, że tak naprawdę lepiej się czujesz. Ale nie trzeba być alkoholikiem, żeby naprawianie krzywd przynosiło pozytywne skutki na dwie strony.

strachota5Zastępcze uzależnienia. Teraz jesteś uzależniony od podróżowania, czyli odlatujesz dosłownie.

Tak, to się u mnie pojawia. Wcześniej też jeździłem, ale teraz to ma jakiś plan. Chociaż jak kupuję bilety, to cały czas mam wrażenie, że kupuję ich za mało.

Kompulsywność pozostaje?

Tak, ten mechanizm pozostaje. Są próby, żeby go rozbrajać, po to chodzi się dwa lata na terapię, ale w pewnym momencie nie ma na to rady. To jest też feler na poziomie chemii w mózgu, umówmy się. Możemy mówić o aspektach moralnych, zadośćuczynieniu, ale, kurna, jak mi coś tam nie działa, to nie działa.

Trzeba się zaakceptować.

Można próbować.

Kupujesz też kompulsywnie herbaty.

W tej chwili jest na przykład mate. Piję jedną za drugą.

A medytacja?

Tak, praktykuję zen.

Co zen robi z psychiką?

Odkręca takie korby na poziomie myślowym i daje bardzo dużo. Ja akurat mam swojego nauczyciela zen i to ma swój aspekt religijny, który ja nie do końca kupuję, ale...

Coś trzeba kupić?

Ja mam z tym problem, z poczuciem przynależności do czegokolwiek. Nigdzie nie czułem się na sto procent.

Co z tymi lekarzami jest nie tak, że zagubionym ludziom wciskają leki?

Psychiatra jest od wypisywania leków, tak rozumie leczenie. Ma do wyboru te inhibitory wychwytu zwrotnego albo benzodiazepiny, albo jedno i drugie. Na tym jakby kończy się cała zabawa.

Pacjenci powinni sobie to uświadomić zanim pójdą z problemem do psychiatry?

Trzeba zacząć od tego, że to lekarz powinien edukować pacjenta, a nie pacjent lekarza. Dochodzimy do takiej sytuacji, że nie bardzo wiem, kto tutaj miałby brać odpowiedzialność za tę całą sprawę.

Oni wiedzieli, że jesteś uzależniony.

Widzieli, że przychodzi do nich ćpun.

To czemu nie reagowali?

To jest dziwne w tej sytuacji, że teoretycznie nie ma takiego drugiego uzależnienia, w którym można by kogoś tak szybko zdiagnozować i spróbować zawrócić. W sklepie alkoholika się nie zawróci. No, ale okazuje się, że to jest pułapka. Wpada się w próżnię. Nie trzeba dochodzić do takich spektakularnych historii jak w moja, można brać dużo mniejsze dawki i brać je przez lat piętnaście, dwadzieścia.

Nic ci nie pomoże, nikt cię nie uratuje.

Nikt cię nie uratuje i tu jest ten problem, przeciwko któremu ludzie się buntują. Co w ogóle ćpun będzie zwalał na kogoś odpowiedzialność? Nie, jak się nie będzie sam chciał uratować, to się nie uratuje, to jest jasne, natomiast ten system jest tak stworzony, żeby się nie uratował. A kończy się to tym, że jest to super biznes. Towar jest sprzedawany przez wysłanników korporacji. Te substancje z jednej strony są takim supersterylnym narkotykiem, a z drugiej pojawiają się tam, gdzie nie powinny się pojawiać. Na przykład w jakichś mniejszych miejscowościach ktoś, kto ma jakąś tragedię życiową, dostaje taką substancję i zaczyna ćpać. To są bardzo często ludzie starsi.

Jak w „Requiem dla snu”.

Tak, ta matka, która odchudzała się amfetaminą. Albo ADHD leczy się Adderallem ze śladowymi ilościami amfetaminy. To też jest pożądany towar. Tak więc to jest poważny rynek narkotykowy, a strasznie trudno się o nim mówi, bo podnosi się rękę na jakieś świętości.

Czyli jak ktoś z problemem pójdzie do psychiatry, to już po nim.

Nie, trzeba też pamiętać, że nie każdy ma predyspozycje do uzależnień. Jest od dziesięciu do dwudziestu procent ludzi, którzy mają z tym problem. Jak idziesz do psychiatry i czujesz się źle, a z reguły jak idziesz do psychiatry, to czujesz się źle – nikt tryskający zdrowiem i energią tam nie idzie – to z reguły pragnienie ulgi jest tak silne, że na wszystkich piętrach świadomości, podświadomości przychodzisz po to, żeby ten gość dał ci coś, co ci przyniesie ulgę. Więc on daje.

Personal Jesus.

No tak. A później masz w portfelu różowe tabletki i tylko utrzymujesz poziom tej substancji we krwi dzień i noc.

Czym tak naprawdę różnią się różowe tabletki od alkoholu?

Mają podobne działanie, ale różowe tabletki nad alkoholem mają jedną przewagę. Nikt nie widzi, że z rana jesteś nawalona. Problem z mówieniem o tym jest cały czas taki, że to są leki. Ktoś ma napady paniki, to łyka tabletkę. Tylko że jak przychodzimy do gabinetu lekarskiego z powrotem, to jest dwóch ślepych w tym gabinecie.

To nie jest tak, że każdy człowiek tworzy sobie jakieś światy alternatywne, jakąś fototapetę?

Każdy sobie tworzy, jedni większą, drudzy mniejszą. Jakoś się musimy z tym absurdem zderzać. Czego byśmy nie robili, i tak nie zakapujemy, o co w tym wszystkim chodzi. Chyba że boga sobie znajdziemy. Ja nie wiem, jak wygląda świat poza nałogowym mechanizmem funkcjonowania. Nawet, jeśli odstawiłem tę czy tamtą substancję, to ja tę rzeczywistość muszę sobie dostosowywać. Jak zabiorę się za coś, co ma dużo kofeiny na przykład, to piję jedno za drugim i dochodzę do takiego momentu, kiedy muszę w końcu to rzucić. Ciężko mi z tym dyskutować, to po prostu tak działa. Szukam czegoś takiego – na przykład przekraczanie bramki na lotnisku jest dla mnie czymś takim, takim regulowaniem stanów emocjonalnych. Wiem, że ja się tam czuję świetnie, ja to uwielbiam, w związku z czym co chwila sobie to organizuję. Pytanie, czy ja mam inaczej niż inni ludzie.

Nie próbowałeś się dowiedzieć? Pytać?

Czasem pytam. Największym odkryciem było dla mnie to, że jak pojechałem do mojej mamy i z nią dyskutowałem i tak jej perorowałem, klarowałem: „No bo wiesz, zawsze miałem, mama, taki głód i niezrozumienie tego absurdu”, a moja mama, która w ogóle alkoholu nie pije: „A co to, ja nie mam takiego niezrozumienia?” (śmiech). I trochę się zdziwiłem. Nie trzeba w związku z tym takiej afery wokół siebie robić.

Żartujesz sam z siebie. Nie śmieszy cię twoja praktyka medytacji?

Ja w ogóle nie cierpię słowa „duchowość”, a jeszcze bardziej nie cierpię słowa „samorozwój”. Ale to jest tak, że z pewnymi rzeczami przestałem dyskutować. Jak chodziłem na terapię jedną, drugą, trzecią, to pomyślałem: „No nie. Miałem super pomysły i właśnie dlatego tak się moje życie potoczyło, że słuchałem sam siebie”. W związku z tym zacząłem słuchać terapeutów i mojego nauczyciela zen. Jak robiłem to, co oni mi kazali, nie zagadywałem tego, to nagle się okazywało, że mi to na dobre wychodziło. Ogólnie to śmieszna czynność. Jakieś odosobnienia, gapienie się, dużo fajniej można się bawić. Tylko że to działa.

Śmiejesz się z własnych żartów?

(cisza)

Zaskoczyłam cię?

Tak, muszę nad tym pomyśleć. Na pewno śmieję się z własnego uzależnienia i na tym jadę. U mnie w pracy to jest podstawowy motyw żartów. I to mi pomaga łapać dystans do tego wszystkiego.

Kwestionowanie rzeczywistości może też pogrążyć?

W sensie, że można coś zaśmiać? Pewnie czasami przekraczam granicę.

Ta historia z substancjami nie zaczęła się od tego, że za bardzo kwestionowałeś rzeczywistość?

Nie pamiętam trochę, bo miałem trzynaście lat. To było dwadzieścia lat mielenia substancji. Może trochę tak było, ale jeżeli ja odstawiłem te substancje jak miałem lat trzydzieści trzy, to trochę przegapiłem. Niby parę rzeczy zrobiłem w życiu, ale to było zapite, zaćpane. Z tym śmiechem, nie wiem, bardzo to lubię, to jest cały czas dla mnie szalupa ratunkowa. Pewne rzeczy pozostały. On też służy temu, żebym zrzucał się z tego słupka, na którym się stawiam. Ten słupek rośnie, rośnie, buduję sobie piedestał heroicznej walki w tym całym egocentryzmie.

Ciężkie to życie.

Strasznie, nie? Ale to też jest właśnie zabawne. Nie ma nic trwałego. Chyba że jest.

Chyba, że masz boga.

Ale ja w ogóle nie chciałbym się wyśmiewać z tej opcji boga. Jeśli ktoś ma takie coś, to czasami zazdroszczę.

strachota1Można też spróbować gotowych sposobów na życie, typu coaching.

Tak, to jest jakiś odlot. Bardzo istotnym dla mnie jest nieetyczny wymiar tej działalności. To jest zarabianie na ludziach, którzy mają problem z samodzielnym myśleniem, nazwijmy to tak. Albo mają cokolwiek. Najśmieszniejsze, że ci goście zaczynali od jakiegoś NLP, które teraz już jest fe, teraz zajmują się praktyką uważności albo czymkolwiek, co się pojawi. Najbardziej mi się podoba, jak mi tak jeszcze tego Buddę wmieszają. Odlot jest w tym, że to działa.

Każdy chce być szczęśliwy.

No oczywiście, ale to jest jak łykanie tabletek.

To teraz porozmawiajmy o literaturze. We wszystkich dotychczasowych książkach opisywałeś tego samego bohatera?

Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, chociaż on zawsze nazywa się tak samo.

Julian przypadkowo.

Przypadkowo. To od Julka Seratowicza ze „Stawiam na Tolka Banana”.

„Relaks amerykański” to najdłuższa rzecz, jaką napisałeś. To twoje opus magnum, a Xanax – ideé fixe?

Nie, nic z tych rzeczy, marzę o napisaniu powieści przygodowej.

Czemu jedziesz teraz do Rosji?

Bo ja strasznie lubię jeździć w tamte rejony. Trochę pod Elbrusem posiedzę, to sobie trochę popiszę tam.

O czym będzie ta powieść przygodowa? O Wschodzie?

Nie. Nic nie powiem. Ale bardzo lubię jeździć na Wschód, bo moją ulubioną książką z dzieciństwa jest „Turysta polski w Związku Radzieckim”.

W ogóle lubisz przaśność PRL-u, bo handlowałeś rekwizytami „z epoki”. A to było bardzo modne!

Było. Ogólnie mam problem z przemijaniem, to jest jakaś paranoja, że jak ktoś ma dwadzieścia lat, to zabiera się za tropienie rzeczy, które pamięta z dzieciństwa. Miałem taki epizod, że takie rzeczy wyszukiwałem, sprzedawałem, później wydawałem na narkotyki. Czasami jeszcze na jakieś graty trafię.

Zaopatrywałeś puby?

Tak, wtedy powstawały takie lokale. Pamiętam, że nawet był jakiś taki w Sopocie. Przyjeżdżał do mnie facet stamtąd i zamawiał saturator albo budkę telefoniczną. To było fajne. Chyba najfajniejsze zajęcie, jakie miałem. Ten wątek się skończył, ale coś mi z tego pozostało. Chociaż staram się zabić w sobie tę nostalgię. Tu zen mi pomaga, żeby zostać w tym miejscu, w którym jestem, nie patrzeć wstecz. Dlatego też cały czas jeżdżę. W marcu byłem w Uzbekistanie, wcześniej w Azerbejdżanie, teraz jadę do Dagestanu, ale już na wiosnę do Tybetu.

Religijnie?

Nie, tak po prostu. Do tego historycznego Tybetu, poza autonomię.

Podróżujesz sam?

Z reguły sam. Lubię tę taką samotność. Ale do Tybetu, mam nadzieję, nie sam.

I będzie z tego wielka powieść.

No, wielka, czyli może dwieście pięćdziesiąt stron.

King rozkręcił się z pisaniem, kiedy wyszedł z alkoholizmu.

W ogóle gdybym ten nałogowy mechanizm zaprzęgł do działania, to może by to miało sens.

Czyli mania przydaje się w twórczości.

Tak, ja też musiałem, muszę nauczyć się to obsługiwać, bo jak się tymi substancjami stymulowałem przez większość swojego życia tak naprawdę, to teraz, żeby znaleźć się na takim haju, to trzeba pokombinować.

A kiedy kończysz pisać jedną rzecz, masz poczucie straty i lęku, że nagle nie masz co ze sobą zrobić?

(chwila ciszy) Czekaj, zastanawiam się. Pomiędzy rzeczywiście są takie krótkie stany, że już bym skoczył do czegoś innego. Ale mnie to na przykład ratuje, jak już mam kupiony bilet lotniczy, wiem, że samolot czeka na mnie, już ucieknę. Pisanie to też jest trochę taka ucieczka.

Musisz naprawdę dużo zrobić, żeby sobie wszystko z powrotem racjonalnie poustawiać.

Tak. Ale to jest chyba próba ucieczki od ucieczki od ucieczki. Z drugiej strony gdzieś trzeba skończyć z tym dyskutować. Tak mam. Przez picie i ćpanie zniszczyłem swoje życie małżeńskie, to już dawno przeszłość, ale teraz tak mam. Czasami trudno mi odróżnić to, co mnie fascynuje od nałogowego mechanizmu. Można się, kurna, „przeterapeutyzować”. Można się rozłożyć na części pierwsze, a po cholerę mi to. Przecież ludzie nie zajmują się takimi bzdetami jak analizowanie siebie całkowite.

Niektórzy mają skłonności i wtedy zostają pisarzami.

No tak, ale to jest ciężki kawałek chleba, lepiej się z lekarzem skonsultować najpierw. (śmiech) Na szczęście jestem pracownikiem etatowym, więc nie muszę pisać za dużo. Mogę pisać wtedy, kiedy mi się podoba.

 

tekst: Sylwia Gutowska

fot.: Edyta Bartkiewicz

REKLAMA
REKLAMA