REKLAMA
Anywhere logo

Magdalena Tulli: Kawał okrutny i zabawny

2015-11-04
...
Lubi wstawać rano. Wtedy kurort jest pusty. W tym roku była gościem Literackiego Sopotu. Za ostatnią powieść „Szum” otrzymała nominację do Nagrody Literackiej Nike 2015. To jej piąty raz.
 
Jak wrażenia po spotkaniu na Kulturalnej Plaży Trójki? O tej porze na plaży jest zawsze dużo ludzi.

Na przykład ktoś chce poleżeć sobie na piasku i nie myśleć o żadnych książkach. Taki ktoś padnie ofiarą nagłośnienia.

A jak pani wypoczywa?

Wypoczywam gdzie indziej. Mam pod Warszawą domek z ogrodem. Ogród duży, jest co robić, żeby wypocząć.

Brylowanie w kurorcie jest wbrew etosowi pisarza?

Nie wiem za dużo na temat etosu pisarza. Tyle, co z prasy.

Nie ma czegoś takiego?

Podobno jest, ale bardzo tajemniczy.

1-magdalena-tulli-czajkaCiekawa dyskusja wywiązała się w związku z innym nominowanym, Szczepanem Twardochem i jego mercedesem.

To już raczej ja się od pani dowiem czegoś o tym mercedesie, nie na odwrót.

A czytała pani książki innych nominowanych do Nike?

Ostatnio mało czytam. Książki czekają w długiej kolejce. To nic takiego, moje też czekają w różnych kolejkach. Mało kto czyta dużo i szybko.

Czyta pani tylko książki papierowe?

Czytam i takie, i takie, ale mniej niż bym chciała. Papierową przyjemniej wziąć do ręki, za to pliki elektroniczne nie zajmują miejsca. No tak, ale właśnie mówiłam, że mało czytam. Trudno powiedzieć, czy tych bardziej nie czytam, czy tamtych.

Pani powieść „Szum” wywołuje kontrowersje. Rozmawiałam o niej z moją mamą, pani rówieśnicą. Nie mogła zrozumieć postawy matki.

Matka może niepokoić, zgadzam się. Ale dużo ludzi rozpoznaje tam coś swojego, jeden to, drugi tamto. Więc jednak widać, że opisałam kawałek rzeczywistości. Opisałam przemilczaną przeszłość, która ciągnie się za rodziną i niszczy relację między dorosłymi i dziećmi. Stare nieszczęścia, zwłaszcza te przemilczane, mają ogromną siłę rażenia. Z każdym nowym pokoleniem ich siła rażenia trochę słabnie. Ale tymczasem już czekają w kolejce następne nieszczęścia. Tak działa świat. Gdybyśmy zapytali, gdzie się to zaczyna, nie będzie dobrej odpowiedzi. Nie ma w tym nic metafizycznego. Dźwigamy ciężary, o których niewiele wiemy, które odziedziczyliśmy jakoś mimochodem i nawet nie próbujemy się pozbyć. Matka dziewczynki, która jest bohaterką tej książki, przeszła przez obozy koncentracyjne. Nie wraca do tego, nie chce wspominać, ale przemilczany ciężar jakoś przechodzi na dziewczynkę. Nawet nie poprzez zachowania matki, raczej przez coś, czego matka nie zrobiła, bo ciężar przeszkadzał. Wszyscy przekazujemy dzieciom nasze ciężary, również w taki sposób. Myślę, że o przeszłości z dwojga złego lepiej mówić wprost.

Mimo traum jest w człowieku wola życia.

Tak, jesteśmy wyposażeni w wolę życia. Na tym świat stoi. Chociaż czasem to nie wystarcza i świat się wtedy przewraca.

To, co nas ratuje to też czasem poczucie humoru, ale może w niektórych przypadkach nie ma się już z czego śmiać?

Zawsze jest. Religia może nas jakoś godzić z życiem, a nawet ze śmiercią, ale nigdy na sto procent, bo prawdziwa wiara jest podszyta wątpieniem. Prawdziwy śmiech ma w sobie bezinteresowną lekkość.

Pozwala zrozumieć pewne rzeczy, przebaczyć?

Pozwala znaleźć dystans do życia, do śmierci. Małe dzieci czują się nieśmiertelne. Potem traci się nieśmiertelność, ale do pewnego momentu wierzymy, że czas płynie bardzo wolno, że taka jego natura. Nagle czas przyśpiesza. To ci dopiero niespodzianka. Życie nam robi taki kawał. Zauważamy to jakoś między czterdziestką a pięćdziesiątką. Życie jest krótkie, mówimy wtedy. A dzieci słuchają i nie wierzą. Życie nam robi kawał okrutny, ale zabawny. Kto chce, może się śmiać.

Po co jest pisanie?

Jeśli piszemy bestsellery, pisanie jest po to, żebyśmy mieli pieniądze. A jeśli przyświeca nam inny cel, to zwykle nie potrafimy się z niego dobrze wytłumaczyć.

Pisaniem można się wyleczyć?

Pewnie w cierpieniu czasem można sobie pomóc robieniem jakichś notatek. Ale nie jest to patentowany sposób na dobrą literaturę. W dobrej literaturze zawsze jest coś bezinteresownego. Żeby z pożytkiem wykorzystać osobisty materiał, trzeba zobaczyć w nim część większej całości, coś, co jest większe od naszych własnych spraw. Z drugiej strony – nie wyobrażam sobie dobrej książki oderwanej od osobistego doświadczenia autora. Zawsze to będzie szeleściło papierem. Z trzeciej strony – trochę dystansu do samego siebie nigdy nie zaszkodzi. Ale on nie przychodzi na zawołanie.

Przychodzi z wiekiem?

Może z wiekiem. Jeden znajduje go wcześniej, inny później, niektórzy nie znajdują nigdy, aż do samej śmierci.

Trzeba mieć też temat.

To nie pani powinna mieć temat, to temat wyskakuje z pani życia, łapie panią i trzyma. Tak to mniej więcej wygląda. Temat nie pojawi się na pustej kartce, w którą będziemy się wpatrywać codziennie po śniadaniu. Postawiłabym własne pieniądze, że w taki sposób nie napisze się dobra książka. Może bym przegrała...

Można generalizować i stwierdzić, że młodzi pisarze mają trudniej. Nie mieli wielkiego przeżycia pokoleniowego.

Każde pokolenie ma swoje przeżycie.

4-magdalena-tulli-czajkaCzasy są miałkie, nijakie.

Do oceny czasów przyda się właśnie dystans, czyli to, co zyskujemy, kiedy tracimy młodość. Wtedy najlepiej potrafimy wyłowić i opisać to coś, co było przeżyciem pokolenia. Zwłaszcza, jeśli nie jest to wojna ani rewolucja. Akurat te tematy dojrzewają szybko. A inne powoli. Ale i one się kiedyś objawią.

Paul Auster powiedział, że żeby pisać, trzeba już naprawdę musieć.

Jeśli o mnie chodzi, to się sprawdza. Bo jestem trochę leniwa.

Jak w takim razie wygląda życie pisarza, który musi czekać, aż temat w nim dojrzeje?

Czekać? W ogóle nikt nie musi czekać. Książki same zapolują na swoich autorów. Będą za nimi biegać i wołać: „Napisz mnie, napisz mnie!”.

To uczucie przyjemne czy dręczące?

Ja to nawet dosyć lubię. Ale dopiero wtedy, kiedy już mi się taka całość zawiąże i domyka. Wtedy zabieram się do roboty. Bywają momenty wspaniałe, porywające.

A potem?

A potem trzeba poprawić i skrócić.

A jak cała praca jest już wykonana, to jest poczucie pustki?

Nie. Pisanie książki się kończy, jak wszystko w życiu. Miłość się kończy, lato się kończy i książka też się kończy. Nie jest tak, że przez resztę życia za nią tęsknimy. Będzie następna. Albo i nie.

Jest normalne życie?

Życie jest normalne ze swej natury. Gdybym policzyła, ile dni w roku poświęcam na pisanie, to nie wyjdzie dużo. Skracanie i poprawianie zabiera więcej czasu. Ja akurat nie poprawiam zdań, tylko konstrukcję całości. Czasem na sam koniec przychodzą wspaniałe pomysły konstrukcyjne. Historia, która już się domknęła, sama mówi, czego jej potrzeba.

Gdyby była pani leniwą osobą, nie chciałoby się pani wracać do raz napisanego tekstu.

To nie jest tak, jak się pani zdaje. Porządna książka zawsze wypędzi lenia ze swojego autora. „Popraw mnie, popraw mnie!” – woła. A ja siadam i robię, co mi każe. Przenoszę bloki tekstu, puentuję wątki, skreślam spore fragmenty tekstu. Nie jestem przywiązana do pierwszej wersji. To chyba ważne, żeby się nie przywiązywać. Sto razy ważniejsze od pracowitości.

Ta skrupulatność bierze się też z tego, że jest pani też tłumaczką?

Ależ skąd. Żadna skrupulatność nie ma tu zastosowana, to nieporozumienie. Potrzebne jest coś odwrotnego, jakiś rodzaj nonszalancji, łatwość pożegnania się z czymś, co już było zrobione i nawet nieźle wyglądało. Powinnam się też przyznać, że wcale nie jestem tłumaczką. Od czasu do czasu słyszę o sobie: „pisarka i tłumaczka”. To robota Internetu. Tam wszystko samo się powiela. Raz ktoś się rąbnął i zostało, zresztą nie widzę problemu. Ale nigdy się tak nie przedstawiam.

Jakkolwiek, miała pani doświadczenie tłumaczenia.

Zdarzyło się parę razy, dawno temu. Niewiele rzeczy, raptem cztery. Nie ma o czym mówić. Nie ciągnie mnie do tłumaczeń. Wolę zrobić coś swojego. Są rzeczy ważne i ważniejsze.

Jak zajmować się prawdziwie ważnymi rzeczami i przeżyć?

Teraz mi pani powie, że te ważne są nieważne. Lubię mieć sprzątnięty dom, skoszony ogród, mieć naprawione to, co się popsuło, z dziećmi lubię porozmawiać, z przyjaciółmi, popatrzeć sobie na chmury. A oprócz tego lubię mieć zapłacone rachunki. Nikt ode mnie nie wymaga, żebym coś pisała, to z mojej strony swobodna nadwyżka fantazji. Za to płacenie rachunków jest przymusowe: spróbujmy nie zapłacić! Jeśli książki chcą mnie karmić, to bardzo ładnie z ich strony. Raz chcą, raz nie chcą. Publiczność jest kapryśna.

Co pani myśli o nagrodzie Nike?

Przyjemnie dostać nominację.

Trochę szkoda, że, nie licząc specjalistycznych czasopism, „Gazeta Wyborcza” jest właściwie jedynym medium, które pisze szerzej o kulturze.

To nie jest problem „Gazety Wyborczej”, że ma swoje typy, tylko innych mediów, że nie bardzo interesują się kulturą. Mogłyby też mieć swoje typy.

Wyobraziłam sobie nagrody literackie magazynu „Live&Travel”, które byłyby rozdawane na lotnisku.

Tak, to by było coś.

fot.: Magdalena Czajka

REKLAMA
REKLAMA