REKLAMA
Anywhere logo

Wojciech Zawioła: Lewy, Boniek i George Michael

2016-01-10
...
Miał być dziennikarzem muzycznym, ale zamiast do Marka Niedźwieckiego, trafił do redakcji sportowej. Dzisiaj ćwiczy z Mariuszem Czerkawskim i nakłania do zwierzeń Roberta Lewandowskiego. Wszędzie go pełno. Ostatnio rozwija się jako autor powieści. Mówi, że wstyd nie znać się na piłce nożnej, więc zawstydzona słucham.

 

Jesteś dziennikarzem sportowym i pisarzem.

Umówmy się, poziom mojego pisarstwa pozostawia trochę do życzenia.

Dlaczego tak mówisz?

Jestem realistą. Dopiero się uczę.

zawiola3Jak trafiłeś do swojego zawodu i dlaczego jesteś akurat dziennikarzem sportowym? Skończyłeś przecież nauki polityczne.

Tak naprawdę nigdy nie chciałem zajmować się polityką na stałe. Nauki polityczne wybrałem tylko dlatego, że była tam specjalizacja dziennikarska. Zawsze chciałem być dziennikarzem, a wtedy wydawało mi się, że żeby nim zostać, trzeba skończyć studia dziennikarskie. To nie jest prawda, teraz o tym wiem, ale wtedy byłem młody i niedoświadczony. Dlaczego jestem dziennikarzem sportowym? Trochę w tym przypadku, bo zaczynałem jako dziennikarz muzyczny. Działałem w radiu studenckim, miałem nawet własną audycję. Miałem dwie pasje – muzykę i sport. Po pierwszym roku studiów pojechałem na praktyki do radiowej Trójki z pomysłem, żeby współpracować z Markiem Niedźwieckim, który był moim guru. Przyszedłem do niego, powiedział: „No dobrze, to przyjdź na «Listę», coś pomożesz”. „Lista” była w piątek, a to był wtorek, więc pomyślałem sobie, co będę marnował czas, pójdę do dyrektora Trójki, żeby coś dla mnie wymyślił. No i wymyślił, że chłopaki z redakcji sportowej potrzebują na miejscu człowieka do obsługi Igrzysk Olimpijskich w Atlancie. To był 1996 rok. I tak już zostało. Nie wróciłem już do redakcji muzycznej. Ostatnio przypomniałem to Markowi Niedźwieckiemu. (śmiech)

Trenowałeś sport?

Nie, nigdy niczego nie trenowałem wyczynowo. Ktoś chciał ze mnie zrobić koszykarza, jako że zawsze byłem wyższy od swoich rówieśników, ale to nie wyszło, bo za koszykówką nie przepadałem. Takie moje najpoważniejsze trenowanie – to jest śmieszne – to badminton na studiach. Ale to jest bardzo poważny sport! Lotka porusza się z niebywałą prędkością i trzeba się nieźle nabiegać po korcie, żeby za nią nadążyć. Nie ma żartów!

I zawsze interesowałeś się sportem?

Tak, miałem nawet w pokoju plakaty reprezentacji i klubów. A zaraz obok plakat George'a Michaela. Do tej pory go lubię! Może nie z czasów Wham!, ale solowej kariery. Było jeszcze Bon Jovi – to już mocniejsze klimaty. (śmiech) Potem było U2. Teraz pewnie powiesiłbym plakat Archive.

No dobrze, a twoja ulubiona dyscyplina sportowa?

Oczywiście piłka nożna. To najprzyjemniejszy sport do uprawiania i do oglądania. Chociaż ostatnio z tym oglądaniem może nie jest tak dobrze, bo jest za dużo meczów. Piłka nożna zawsze będzie moim numerem jeden, chociażby dlatego, że to nasz sport narodowy i najpopularniejsza dyscyplina na całym świecie. Nie wiedzieć nic o piłce nożnej to trochę wstyd (śmiech). Zaraz potem jest hokej na lodzie. Od kilku lat sam gram, to fantastyczna sprawa. Lubię też narciarstwo alpejskie.

Czemu piłka nożna jest u nas sportem narodowym, jeśli ciągle przegrywamy? Może ostatnio jest trochę lepiej...

Kiedyś było jeszcze lepiej!

Kiedyś to w ogóle było lepiej.

No tak. Ale poważnie, jako reprezentacja mamy na koncie olbrzymie sukcesy, więc za tym poszła popularność. To sport numer jeden na całym świecie, bo jego reguły są jasne. Rzucasz piłkę na boisko i grasz.

W Kanadzie numerem jeden jest właśnie hokej.

Tak, tam już trzyletnie dzieci grają. W Nowej Zelandii jest żeglarstwo i rugby. W Stanach Zjednoczonych króluje futbol amerykański, koszykówka, baseball. To nieliczne kraje, w których piłka nożna nie jest na pierwszym miejscu.

W hokeju kibicujesz Kanadzie czy Rosji?

Chyba jednak Kanadzie, pewnie dlatego, że to kolebka tego sportu. Oni tam żyją hokejem. Mają ligę NHL, gdzie mają swoje gwiazdy. Rosjanie mają wiele dyscyplin, w których są dobrzy, więc już odpuśćmy sobie kibicowanie temu krajowi. (śmiech)

Twoim największym idolem w dzieciństwie był George Michael czy Boniek?

O, to naprawdę trudno stwierdzić! Chyba jednak Boniek. Muzyka pojawiła się w latach nastoletnich, a sport był ze mną od zawsze. Nasz tata pilnował, żebyśmy z rodzeństwem rozwijali się w tym kierunku. Pamiętam, że w '81 reprezentacja Polski miała zgrupowanie w Kamieniu niedaleko mojego rodzinnego Rybnika. To było za Antoniego Piechniczka. Tata mnie tam zabrał i pamiętam, że biegałem z notesem, szukając pana Bońka. Piłkarze akurat poszli biegać do lasu i nie udało mi się tego autografu zdobyć. Potem, kiedy już jako dziennikarz go poznałem, przypomniała mi się ta historia, pomyślałem sobie: „Ale fajnie! Teraz normalnie sobie z nim rozmawiam!”.

Dziś młodzi chłopcy mają łatwiejszy start w sporcie?

Łatwiejszy chociażby ze względu na sprzęt. Kiedyś, żeby trenować na przykład hokej, trzeba było jeździć do Czech, żeby dostać łyżwy. Mają za to inne trudności. Jest większa konkurencja. Powstało więcej szkółek i trudniej jest się wybić.

I nie jest to stresujące dla tych dzieciaków?

Jeżeli one tego chcą, to dlaczego im tego zabraniać? Później może im to przejdzie, a może nie. Dużo zależy też od trenerów. Wielu z nich rzeczywiście goni te dzieci, a to nie o to chodzi. Nie o wyniki, ale o to, żeby dzieci czegoś się nauczyły. Niełatwo znaleźć trenera, który nie wywiera presji, a stara się być też nauczycielem.

Jaki jest Robert Lewandowski?

Jako człowiek jest bardzo zamknięty i nieufny wobec obcych ludzi. Trudno go rozkręcić w rozmowie, zwłaszcza takiej, którą ja miałem z nim przeprowadzić jako autor jego biografii. Dopiero po jakimś czasie udało się namówić go na zwierzenia, a nie opowiadanie suchych historyjek. To jego podstawowa cecha charakteru: jest bardzo spokojnym i wyważonym człowiekiem. Jego przeciwieństwem jest żona, która jest wulkanem energii. Od niej dowiedziałem się o nim więcej niż od niego samego. Jego mama też jest żywiołowa. Poza tym Robert jest bardzo uczciwy. Mam wrażenie, że to nie jest człowiek, który podłoży komuś świnię albo obmówi za plecami. A jako piłkarz to wybitny profesjonalista. Byłem w totalnym szoku, jak słuchałem tego, co razem z agentem zaplanowali w jego karierze. To był idealny plan: tu trzy lata, tu trzy lata, pracujemy nad tym, tu uczymy się języka niemieckiego. Grał jeszcze w Lechu Poznań i już uczył się niemieckiego, bo chciał profesjonalnie wejść do Borussii Dortmund. Jest niebywale zdyscyplinowany. Do tego dieta, którą ustala mu Ania – to są rzeczy, które decydują o tym, w jakim miejscu się teraz znajduje.

Co to za dieta?

Zrobili mu badania w jakimś super profesjonalnym laboratorium, które wykryły, czego nie przyjmuje jego organizm. Dowiedzieli się na przykład, że nie przyjmuje, jak u większości dorosłych ludzi, laktozy. Wyeliminował więc mleko.

zawiola2To takie modne!

Modne, ale też prawdziwe. Mleko wywołuje więcej niepotrzebnych niż potrzebnych rzeczy. Do tego je same zdrowe rzeczy – chleb żytni na zakwasie, żadnego białego pieczywa. Obiad zaczyna się od deseru, potem jest drugie danie i na końcu zupa. To powoduje, że organizm nie jest zakwaszony – czy jakoś tak (śmiech). Stosuje się do tych zasad i dlatego wygląda tak, jak wygląda. Pamiętam go jak grał jeszcze w Lechu Poznań. Był raczej szczuplaczkiem, a teraz? To jest cyborg. I to nie tylko dzięki siłowni i mięsnym daniom. On po prostu się dobrze odżywia, a do tego jeszcze ćwiczy. Nie pakuje na siłowni, tylko zdrowo do tego podchodzi.

I będzie żył dwieście lat.

To może nie decyduje o długości życia, ale na pewno o tym, jak długo będzie grał w piłkę. Przy jego podejściu myślę, że spokojnie na takim poziomie pogra jeszcze z sześć, siedem lat.

Może więc inni piłkarze reprezentacji powinni stosować jego metody?

A wiesz, że zgłaszają się do Ani? Powiem ci, że od kiedy Lewandowski jest kapitanem, nasza reprezentacja gra lepiej. Oni widzą, że to ma sens, że polski piłkarz, wychowany i wytrenowany w Polsce, może tak grać. To w tej chwili dobra drużyna i dobrzy piłkarze – Krychowiak, Grosicki, Błaszczykowski – to wszystko profesjonaliści. Wiedzą, co mają robić. Jeśli ta reprezentacja niczego nie zwojuje w najbliższych latach, to już chyba żadna. Bo przecież mają jeszcze dobrego trenera.

Z dziennikarskiego punktu widzenia sportowcy mają jakąś szczególną cechę wspólną?

Oni są bardzo różni. Są pewne cechy, które powinni mieć. To determinacja w dążeniu do celu. Ci, którzy osiągają sukces, są bardzo zdyscyplinowani. Żeby osiągnąć wynik, trzeba się dostosować do pewnych zasad. W niektórych dyscyplinach to oznacza pobudkę o 5 rano, o 6 basen. Łyżwiarze o 6 rano muszą wejść na lód, bo później lodowisko nie jest dla nich otwarte. Nie mogą zarywać nocy, pić alkoholu, bo to od razu powoduje spustoszenie w organizmie. Kiedyś ktoś wyliczył, że wypicie jednej setki wódki to strata jednej jednostki treningowej. Bycie sportowcem to ciągłe dbanie o kondycję. Muszą zachowywać dyscyplinę, bo inaczej nic z tego nie wyjdzie.

Pomyślałam o swoim życiu – tu trening, tam piwko.

Piwo akurat nie jest takie groźne.

To napój izotoniczny, prawda?

Trenerzy często mówią, że piłkarze po meczu powinni napić się jednego piwa, bo to pomaga. W ten sposób dbają też o atmosferę w drużynie.

Oby to było tylko jedno piwo.

Tak, ale w dzisiejszym sporcie, w tej reprezentacji nie ma mowy o imprezach. One bywają, ale po sezonie, gdy czegoś dokonają. Myślę, że troszkę się zabawili po wywalczeniu awansu na Euro. Ale w trakcie sezonu, kiedy mecze są co trzy-pięć dni, nie mogą sobie na to pozwolić, bo to od razu odbija się na boisku.

O sportowcach, a szczególnie piłkarzach pokutuje stereotyp, że są, delikatnie mówiąc, trudni w rozmowie. Zaraz po meczu słyszymy: „No, strzeliłem gola...” Pewnie są zmęczeni. Jak to u nich jest z umiejętnością wysławiania się?

Kiedyś było gorzej. Były takie śmieszne wywiady z Janem Furtokiem, Ślązakiem, który nie potrafił po polsku powiedzieć zdania (Wojciech imituje wypowiedź po śląsku, nie do zacytowania). Rzeczywiście niektóre wywiady były bardzo kiepskie. Ale to się poprawiło, bo zaczęli o to dbać.

Mają PR-owców?

Też, ale po prostu są bardziej obyci. Poziom intelektualny chyba ogólnie w społeczeństwie się poprawia. Chyba, że to ja spotykam się z samymi fajnymi ludźmi. Są dyscypliny, w których nigdy nie było problemów z wywiadami. Lekkoatleci, siatkarze zawsze dobrze się wypowiadali. Gorzej było z piłkarzami i żużlowcami, ale to się znacznie poprawiło. Są piłkarze, z którymi można porozmawiać na wiele ciekawych tematów – kino, film, muzyka. Oczywiście, że zaraz po meczach używają tych kalek słownych: „Cieszymy się, że zdobyliśmy trzy punkty na trudnym terenie”. Może tak im wygodniej, oczywiście są też zmęczeni. Poza tym pamiętajmy o tym, że jeśli trenowali od dziecka, mieli mniej czasu na czytanie. Oddajmy im to, co im się należy.

Jak to jest z tą twoją literaturą?

Jest słaba. Wiem, że nigdy nie będę jak Paulo Coelho albo William Wharton.

A chciałbyś być?

Bardziej jak Wharton. Nie będę też jak Jo Nesbo, norweski pisarz, który pisze kryminały. Nie jestem zwolennikiem kryminałów, ale jego książki są dla mnie rewelacyjne.

Wolisz literaturę gatunkową?

Nie zamykam się na gatunki, bo to oznacza ograniczanie się. Zawsze staram się poszerzać swoje horyzonty, tak z literaturą, jak z muzyką. Nigdy natomiast nie sięgnę po horrory. Nie przeczytałem ani jednej książki Stephena Kinga, który jest wybitnym pisarzem. Kompletnie mnie nie ciągnie do tego typu literatury. Sięgam za to po kryminały – wtedy, kiedy chcę przeczytać coś szybko, żeby książka szybko mnie wciągnęła i szybko się skończyła. Uwielbiam książki z duszą. Trudno to opisać, ale to są książki, po przeczytaniu których myślę sobie: „Kurde, co to było! Co za historia!”. Po kryminałach tego nie mam. Kończy się historia i już. Sięgnąłem na przykład po „Chłopców” Saramonowicza. Rewelacja! Ale uprzedzam, to książka bardziej dla facetów. Kobiety opisane są tam jak takie kretynki.

Dlatego tak dobrze ci się czytało!

Dobrze mi się czytało, bo ma dobry język.

zawiolaCoś jeszcze?

W mojej ostatniej książce jest scena, jak bohater czyta „Middlesex” Jeffreya Eugenidesa. To świetna książka i wcale nie o seksie, a o genie, który przechodzi z pokolenia na pokolenie w organizmach ludzi z pewnej rodziny. To jest tak fajnie napisane, że momentami się wzruszałem. Potem przeczytałem jeszcze dwie książki Eugenidesa i zawsze, kiedy jestem pytany o to, co czytam, wymieniam go w ścisłym gronie. Bardzo zwracam uwagę na język, również ze względu na swój zawód. Podobnie jest, gdy czytam teksty moich współpracowników. Patrzę krytycznym okiem.

Jest taka strona „Cała Polska czyta dziennikarzom”. Im też zdarzają się językowe wpadki! Może przez pośpiech?

Niedouczenie. Dużo ludzi zostaje dziennikarzami z przypadku.

Dużo dobrych rzeczy może zdarzyć się z przypadku.

Czasami to się udaje, ale najczęściej jest to złe. Ktoś sobie wymarzył, że będzie dziennikarzem, nie ma ku temu predyspozycji, ale tak w to brnie, że przy mnogości mediów w końcu gdzieś się wepchnie – do portalu internetowego, nawet do telewizji, gdzie będzie pracował jako tak zwany „ryś”, czyli będzie jeździł po Polsce i trzymał mikrofon, żeby tylko nagrać wypowiedź. Bardzo łatwo wejść do mediów, gorzej się utrzymać. Ok, każdy tak zaczyna, ale wielu na tym kończy myśląc o sobie „pan/pani redaktor”

Po czym poznajesz dobrego dziennikarza?

Po tym, jak się wysławia i co pisze. Nie po stażu, chociaż nie nazwę dziennikarzem kogoś, kto pracuje u mnie miesiąc i napisał kilka fajnych tekstów.

Wyznajesz etos dziennikarski?

Staram się. W każdym zawodzie powinny obowiązywać jakieś standardy. Jeżeli ktoś pisze tekst, z którego nic nie wynika, jest nudny, albo w którym są błędy stylistyczne, to nie może być człowiek, który dobrze rokuje. To od razu widać.

Kiedyś „redaktor” był wielce szacownym tytułem, jak „mecenas” czy „doktor”.

Tak. Może mówię teraz jak stetryczały facet, ale to jest prawda. Ja doświadczenia nabywałem w Polskim Radiu. Kiedyś zupełnie inaczej szkoliło się ludzi.

Skąd u ciebie pociąg do opowiadania historii?

Zawsze lubiłem pisać. Już w podstawówce pisałem małe opowiadania. Na przykład na podstawie „Krzyżaków”. Napisałem własną historię o dwóch nagich mieczach. Żałuję, że tego nie mam, bo chętnie bym to opublikował, tak dla jaj! Napisałem kilka takich rzeczy. Potem w technikum nauczycielki języka polskiego zwracały uwagę na moje wypracowania, stwierdzały, że coś w nich było.

Dostawałeś szóstki?

Maturę z języka polskiego zdałem najlepiej w szkole. Myśl o napisaniu książki zawsze tkwiła w mojej głowie.

A pisałeś wiersze?

Zdarzało mi się, ale na początku studiów. Pisałem nawet pamiętnik. Nie dlatego, że chciałem się zwierzać, ale z chęci pisania. Jak tylko ktoś prosił mnie o stworzenie jakiegoś artykułu, ja od razu pisałem jak jakiś wariat. To mi zostało. Potem, jak zająłem się pracą, pisanie opowiadań poszło w odstawkę. Ale cały czas tliło mi się w głowie, żeby sięgnąć po kartkę i pisać dalej. Pojawił się pomysł napisania czegoś na podstawie mojej pracy w telewizji. Chodziło o wywiady. To nie wyszło, trochę mnie to zniechęciło do wydawnictw. Zbyt dużo zmian chciano wprowadzić w mój pomysł, więc pomyślałem, że to już nie będzie moje, stracę do tego serce. Odpuściłem sobie. Nagle przyszedł rok 2010, kiedy miałem trochę więcej czasu, bo wziąłem dużo wolnego. Siedziałem w domu i w pewnym momencie zacząłem pisać. Zawsze miałem uwielbienie dla starszych par, które siedzą w parku, trzymają się za ręce i jeszcze darzą się miłością, widać, że nie zdążyli się znienawidzić. Wymyśliłem więc historię. I poszło. Jak napisałem sto stron, to wiedziałem, że to nie może być opowiadanie. Pomyślałem, że pójdę z tym do jakiegoś wydawnictwa. Przeczytali, powiedzieli „tak”, spytali, czy mam jeszcze jakieś pomysły. Powiedziałem: „Biografia Mariusza Czerkawskiego”. Powiedzieli: „Bierzemy”. Umówiliśmy się na dwie książki. Pierwsza to była powieść „Jest takie miejsce”, rok później wyszła biografia Czerkawskiego.

Na razie utrzymujesz równowagę pomiędzy fikcją i nie-fikcją – 2:2.

Tak. Chociaż napisałem też książkę z bajkami dla dzieci. Właściwie to koordynowałem ten projekt, sam napisałem jedną bajkę. Moja praca polegała na zebraniu wszystkich dziennikarzy, którzy pisali. Był też poradnik fitness. „Bądź fit” z Mariuszem Czerkawskim. On przygotowywał ćwiczenia, robiliśmy sesję fotograficzną, a ja to wszystko redagowałem. Śmieszna sprawa. Rzadko o tym mówię, bo poradniki nie leżą u szczytu moich marzeń, ale było i to.

To poradnik z ćwiczeniami dla panów?

Tak. Wydawnictwo stwierdziło, że jest mnóstwo takich poradników dla kobiet, a nie ma czegoś takiego dla mężczyzn, żeby nie wstydzili się w księgarni złapać za poradnik fitness.

Chyba teraz się nie wstydzą, sądząc po zatrzęsieniu fotek z siłowni w social mediach.

My też mamy tam zdjęcia z siłowni. Ja na nich jestem. To było straszne, bo ważyłem trochę więcej niż teraz.

To znaczy, że wspólne ćwiczenia pomogły!

Trochę tak.

I taki duży chłop nie boi się być sentymentalny.

Nie. To jest ludzkie. Tak samo, jakby muzycy bali się śpiewać o miłości. Są to często rockmeni, którzy uważają się za twardzieli. Każdy może mówić, pisać, śpiewać o miłości.

Do czego dążysz w swoim pisarstwie?

Do tego, żeby być lepszym. Uważam, że ta druga powieść jest lepsza od pierwszej, bo przy pierwszej czegoś się nauczyłem, przy korektach, redakcji. Jak zobaczyłem swój poprawiony tekst, zobaczyłem, jak to działa. Poprawek drugiej książki było dużo, dużo mniej. Myślę też, że nauczyłem się trochę inaczej tworzyć historie. W pierwszej książce jest za dużo motywów autobiograficznych. To ja spotykam tych ludzi, opisuję ich, pewna część książki dotyczy mnie. Trochę żałuję, że tak się stało, ale być może to powoduje, że ta historia staje się bardziej autentyczna.

W „Szukaj mnie” przechodzisz wręcz na poziom hipertekstu. Mówię o aplikacji TAP2C, dzięki której można pobrać dodatkowe treści. Co się tam znajduje?

Znajdują się tam wspaniałe rzeczy! Kiedy w wydawnictwie powiedzieli mi, że jest taka możliwość, miałem ciarki. To jest kapitalna sprawa, jak kręcenie filmu! To ubarwianie książki czymś, co do tej pory w ogóle nie było możliwe. W Polsce podobno tylko jedna powieść została w ten sposób wzbogacona. Poza tym w magazynach można było zeskanować zdjęcie i obejrzeć dodatkowe materiały. Jest to więc totalna nowość, a wszystkie multimedia, które są tam włożone, są mojego autorstwa. Są filmy i muzyka, które wybrałem. W książce jest scena, w której bohater rąbie drzewo. Jeśli zeskanujesz obrazek przy tej scenie, jest film, jak robię drzewo. Sam go nakręciłem. Kapitalna sprawa! Jest też dużo zdjęć mojego autorstwa. Na przykład gdy bohater siedzi, ktoś przynosi mu kawę, a on zaczyna czytać książkę. Kiedyś tak siedziałem w domu z tą kawą, książką i pomyślałem sobie: „Kurczę! Co za fantastyczny moment! Włożę to do książki!”. I tak zrobiłem. Jestem zafascynowany tą warstwą multimedialną, na pewno użyję jej do następnej publikacji.

A o czym będzie następna książka?

Jeszcze nie wiem. Prawdopodobnie w przyszłym roku ukażą się dwie rzeczy. Jedna będzie sportowa, a druga taka „półsportowa”. Zakładam, że wszystko będzie okej i uda się według planu. Ale powieści na razie nie będzie, póki co nie mam na to czasu. Ale szukam.

Historia jest wokół nas.

Tak. Grzegorz Miecugow (śmiech).

 

fot.: Edyta Bartkiewicz

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA