Anywhere logo

Andrzej Saramonowicz

Reżyser, scenarzysta, pisarz, dramaturg i dziennikarz. Autor największych polskich hitów komediowych w XXI w. (m.in. "Ciało", "Testosteron" i "Lejdis"). "Testosteron" - stale obecny w teatrach w kilkunastu krajach - jest również jedną z najpopularniejszych dziś polskich sztuk na świecie. W 2015 roku Saramonowicz wydał bestsellerową powieść "Chłopcy". Obecnie pracuje nad nowym filmem. Na łamach naszych magazynów będzie pisał o wartościowych jego zdaniem książkach, zachęcając do lektury.

1. Przychodzę na świat

2017-02-23
 
...

„Urodziłem się 23 lutego 1965 roku. Moja matka nie wiedziała, że to święto Armii Czerwonej” – tak zaczynał się mój życiorys, który popełniłem po odejściu z „Gazety Wyborczej” w 1995 roku na żądanie jednej z największych agencji reklamowych w ówczesnej Polsce. Proponowano mi w niej pracę copywritera (czyli układacza reklam, wyjaśniam, gdyby przypadkiem był jeszcze na świecie ktoś, kto tego nie wie).

Moje curriculum vitae miało sześć stron. Po zapoznaniu się z nim wyniosła sucz z działu kadr (w firmach z ambicjami mówi się chyba HR Manager lub coś w podobie; mimo siwizny ciągle średnio się orientuję w korporacyjnej nomenklaturze) uznała mnie za nienormalnego, a w każdym razie za totalnie niezdolnego do wymyślania reklam. Co oznajmiła zresztą ze stalowym wzrokiem, jakim potrafią przewiercać wyłącznie kostropate chimery łączące oprogramowanie homo sapiens z arkuszem kalkulacyjnym excel. A nim na zawsze zamknęły się za mną drzwi kariery w świecie pienistych jogurtów, nieprzepuszczalnego piwa i niskokalorycznych podpasek, zdążyła jeszcze rzucić: - Jak się pan nie nauczy pisać normalnych życiorysów, to nigdy pan przyzwoitej roboty nie znajdzie!

Trzeba przyznać, że nie kłamała. Rzeczywiście nie nauczyłem się pisać takich życiorysów i rzeczywiście nigdy przyzwoitej roboty nie znalazłem. Wielokrotnie natomiast – i wcześniej, i potem - słyszałem podobnie brzmiący „postulat”: bym wreszcie zwrócił się w stronę tak zwanej normalności.

Wrócimy jednak do mojej Matki, wszak wszystko zaczyna się od matek, a już szczególnie pobyt na tej planecie. Mój zaczął się - jak już zostało wspomniane - 23 lutego 1965 roku, w warszawskim szpitalu przy ul Karowej. Tamże moja szarpana potężną grypą i jeszcze potężniejszymi wątpliwościami Matka, o jakże matczynym imieniu Maria, urodziła mnie o pierwszej trzydzieści w nocy.

Tego samego dnia rano (a może po południu?) mój Ojciec pisał do niej – no i do mnie, nie da się ukryć! - jasnoniebieskim atramentem i z licznymi przekreśleniami (czyżby był przejęty?) następująco:

 

Moi ukochani!

Większej radości nie mogliście mi sprawić. Ty, rodząc mi syna, a On, że od pierwszej chwili, rozrabiając, dał znak, że jest stuprocentowym mężczyzną.

Jestem z Ciebie bardzo dumny, że mimo tak wielkiego wysiłku i bólu zniosłaś to zwycięsko. Nie myśl, że Twoja dzielna postawa mnie zaskoczyła; nie, ja zawsze wierzyłem w Ciebie, a tym bardziej kiedy stawką było dziecko, tak wymarzone przez nas.

Marychno, tak się raduję, że każdemu z przechodniów mówiłbym, że mamy synka, kochanego synka, na którego, i jego Mamusię, czekam w domu z utęsknieniem.

Przesyłam kilka skromnych kwiatów – trzymajcie się dzielnie.

Całuję Was mocno.

Ojciec i mąż

Bogdan

 

Saramonowicz

Nie wiem, co odpowiedziała moja Matka; poza dwoma, jej zwrotne listy ze szpitala nie zachowały się. Prawdopodobnie dlatego, że Ojciec nie przywiązywał do nich zbyt wielkiej wagi. Choć może jestem niesprawiedliwy i wiatr wyrwał mu je wprost do Wisły. Toć mogło tak być, więc wierzmy w to.

Zakładam wszelako, że tamtego dnia naprawdę był szczęśliwy, co potwierdzać może fragment listu, napisanego przez Ciotkę Monroe, siostrę mojej Matki, prawdopodobnie dnia następnego lub jeszcze dzień później i przekazanego (jak wszystkie listy, które cytuję) przez salowe:

 

Bogdan cieszy się bardzo.

 

A cały list zaczyna się tak:

 

Kochana Marysiu!

Bardzo się ucieszyłam, że masz synka. Wreszcie to upragnione dziecko. Szkoda tylko, że tak się namęczyłaś.

Przepraszam, że wczoraj nic nie napisałam po Twoim liście. Byłam tak szczęśliwa, że już po wszystkim i że masz synka, że aż się rozbeczałam.

Jutro Bogdan przyniesie Ci cielęciny. Nie brałam dużo szynki, lepiej świeżą, a częściej. Czy Ci przywieźć do picia bawarkę, czy wolisz kompot?

 

Pytania aprowizacyjne pojawiają się w owej szpitalnej korespondencji na równi z pytaniem o zdrowie rodzicielki i znacznie częściej niż pytania o nowonarodzonego. Czemu zresztą trudno się dziwić, wszak nie jest łatwo pytać o kogoś, kogo się jeszcze nie zna. W końcu jednak Ciotka Monroe zahacza o mnie:

 

Ile ważył? Już chciałabym tego bobasa zobaczyć.

 

Z tym zobaczeniem mnie, droga Ciociu, nie będzie jednak łatwo, o nie. Grypa Matki z dnia na dzień staje się coraz cięższa i lekarze decydują, że nie tylko nie możemy opuścić szpitala, ale że w ogóle nie powinniśmy mieć ze sobą kontaktu. Myślę dziś zresztą, że i bez maminej grypy byśmy nie wyszli. Poród był tak ciężki, że wydobywano mnie przy pomocy próżnociągu, czyli swego rodzaju odkurzacza, który, uczepiwszy się przyssawką do głowy dziecka, wyciąga je z matki. Konsekwencją tej operacji jest zazwyczaj obrzęk, który ustępuje zwykle w pierwszej dobie po urodzeniu.

Nie mam pojęcia, kiedy ustąpił mój, ale – co wiem, bo kilkakrotnie mi to sama mówiła – moja Matka doznała szoku, widząc mnie po raz pierwszy z przeraźliwie, tak jej się wydawało, zdeformowaną głową.

Więc myślę, że musiało Jej być naprawdę ciężko. Najpierw urodziła monstrum, a kiedy już łeb wrócił mu do normalności i okazało się, że dziecko jest niczego sobie, mogła je oglądać wyłącznie z daleka.

Rozumiem bardzo dobrze, że to przykre – pisała w kolejnym do niej liście Ciotka Monroe - ale chodzi o dobro dziecka. Żeby nie zaraził się grypą.

I pocieszała: Dobrze, że widziałaś małego, to się uspokoi.

 

To krótkie „się uspokoi” Ciotki Monroe opisuje prawdopodobnie jedną z najważniejszych okoliczności w całym moim życiu. Jak Wielki Wybuch zaważył na losach Wszechświata, tak pierwsze dziesięć dni stworzyło wszechświat mojego życia - z wszystkimi jego grawitacjami, przyciąganiami, odpychaniami, czarnymi dziurami, materią i antymaterią.

Dlaczego?

Bo przez pierwszych dziesięć dni życia nie miałem z Matką żadnego kontaktu.

Dziś jestem przekonany, że mnie to okaleczyło. I myślę też dziś z bólem, że na zawsze ukształtowało nasze relacje z Matką. Kochała mnie szaleńczo, ale ja, także ją przecież kochając, zawsze odczuwałem wobec niej kłopotliwy dystans, którego – zwłaszcza gdy byłem malutki – nie rozumiałem, którego się wstydziłem, i za który się po dziecięcemu obwiniałem.

I nigdy przesadnie nie lubiłem się do Niej przytulać, co musiało sprawiać Jej wielką przykrość.

Ale tego wszystkiego dzień, dwa, czy nawet dziesięć po moich urodzinach jeszcze wiedzieć nie mogliśmy. Więc pisał mój uradowany Ojciec 26 lutego:

 

Kochana moja!

Napisz mi, jak się czuje nasz Andrzejek. Czy go widziałaś i czy jest grzeczny?

O Twoim stanie zdrowia wiem z korespondencji do Monroe. Napisz, co potrzebujesz, będziemy się starali wszystko załatwić. Przesyłam Ci trochę rosołu z kury.

Całuję Was bardzo gorąco, to jest mamusię i synusia.

Bogdan

 

Cieszyły się także koleżanki z pracy:

 

Kochana pani Marysiu,

Bardzo gratulujemy z Szefem syna, cieszę się, że spełniło się to, o czym Pani marzyła, i że chłopiec jest piękny.

Jesteśmy zaniepokojone tą Pani grypą. Czy już dają Pani dzidziusia do karmienia?

 

Nie, nie dawali dzidziusia do karmienia. Matka ściągała pokarm, a karmiły mnie pielęgniarki. W jednym z dwóch cudem zachowanych listów ze szpitala (czyżby dlatego pozostałym w zbiorze, że nigdy nie przekazanym?), a dotyczącym końcowych dni pobytu, moja Matka pisze do Ciotki Ireny:

 

U mnie w dalszym ciągu nic się nie zmieniło, jeszcze dzieciny mojej nie karmię, ale już przechodzę na salę mam karmiących i wreszcie będę miała przy sobie syneczka. Czuję się dobrze, rana goi się bardzo ładnie po zdjęciu szwów. Jedyne, co mnie dręczy, to płacz dzieci, jak Ci pisałam.

Wyobraź sobie, że tę ściągaczkę, którą mi dałaś, zbiła mi jedna z pań. A była doskonała, bo była duża. To znaczy ta część szklana była duża. Tutaj kupiłam drugą, ale taka jest maleńka, że nie mogę ściągnąć pokarmu, bo piersi mnie bolą od tego ściągania. Może przemęczę się do jutra.

 

Tymczasem w Ojcu mym z dnia na dzień (a byliśmy w szpitalu naprawdę długo, bo wyszliśmy dopiero 6 marca) jakby wygasał pierwotny entuzjazm, co daje się zauważyć z listu na list:

 

Kochanie!

Dzisiaj przyszedłem troszeczkę później, gdyż robiłem zakupy. Znalazłem wanienkę cynkowaną w cenie 93 złotych, ale na razie nie kupiłem. Emaliowanych nigdzie nie ma, podobno nie produkują. Garnek emaliowany dostanę jutro w Raszynie.

(...)

Droga,

jeśli jutro przyjadę do Ciebie, to dopiero wieczorem. Przepraszam Cię bardzo, że piszę tak mało, ale mam jeszcze napisać odwołanie do Wydziału Finansowego w Piasecznie.

 (...)

Marychno,

Przyjechałem dzisiaj rano i już muszę ponownie wyjechać do Ciechanowa. Nie odpisuj teraz, ponieważ spieszę się na autobus.

 (...)

Marychno,

Pisać o sobie nie mam co, gdyż nic się nie zmieniło. Pracuję, staram się, jak mogę, żeby wygospodarować trochę wolnego czasu na Was przyjazd. Przesyłam Ci babkę, ale tylko piaskową, gdyż mi nie piszesz na co masz ochotę.

 (...)

Kochanie,

witamin na Pięknej nie dostałem, postaram się nabyć w PKO. Krew oddam we wtorek i choć w ten sposób, w niewielkim stopniu, będę związany z porodem naszego syneczka.

 

No i jeszcze jedną rzecz obiecywał w tych wszystkich listach mój Ojciec mojej Matce.

Że się w końcu rozwiedzie. Że załatwi te wszystkie cholerne papiery, które są do tego potrzebne, i się rozwiedzie.

I owszem, słowa dotrzymał.

W 1981 roku.

Miałem wówczas 16 lat.

Podziel się swoją opinią.

Dzielenie się opiniami i sugestiami o miejscu dostępna jest dla wszystkich użytkowników posiadających aktywne konto na portalu społecznościowym Facebook.

24063 . 17979

NASI AUTORZY

INNE WPISY TEGO AUTORA