Anywhere logo

Andrzej Saramonowicz

Reżyser, scenarzysta, pisarz, dramaturg i dziennikarz. Autor największych polskich hitów komediowych w XXI w. (m.in. "Ciało", "Testosteron" i "Lejdis"). "Testosteron" - stale obecny w teatrach w kilkunastu krajach - jest również jedną z najpopularniejszych dziś polskich sztuk na świecie. W 2015 roku Saramonowicz wydał bestsellerową powieść "Chłopcy". Obecnie pracuje nad nowym filmem. Na łamach naszych magazynów będzie pisał o wartościowych jego zdaniem książkach, zachęcając do lektury.

2. Maria i Czarodziej

2017-03-27
 
...

Właściwie bez wielkiej przesady mogę powiedzieć, że moje przyjście na świat zawdzięczam Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. A konkretnie niechęci, jaką żywiła do niej moja Matka w czasach, kiedy to nie było jeszcze nadmiernie popularne.

Czytam w jej zapiskach, które poczyniła w 2004 roku, ćwicząc pamięć i pisanie po udarze mózgu:

„Lata 1953-54 przepracowałam w Państwowej Centrali Drzewnej z siedzibą przy Placu Trzech Krzyży 18. Bardzo miło wspominam tę pracę. Miałam bardzo dużo koleżanek i kolegów, wszyscy byliśmy młodzi i mimo siermiężnej rzeczywistości, próbowaliśmy szczęśliwie żyć: recytowaliśmy, śpiewaliśmy, urządzaliśmy zabawy taneczne.

Jednak dookoła na każdym kroku odczuwało się stalinizm. Trwało intensywne „upolitycznianie” społeczeństwa, tzw. szkolenia trwały cały czas. Codziennie zebrania pracowników, tak partyjnych, jak i bezpartyjnych, przez cały tydzień nie można było normalnie iść po pracy do domu.

Pamiętam, że szyłam sobie płaszcz u krawca i nijak nie mogłam pojechać do niego na przymiarkę, bo codziennie do wieczora były szkolenia polityczne. Zdesperowana poszłam do sekretarza organizacji zakładowej PZPR, żeby mnie zwolnił na tę nieszczęsną przymiarkę i wówczas od niego się dowiedziałam, że Związek Młodzieży Polskiej (do którego musiałam, niestety, obowiązkowo należeć) wystosował wniosek do tzw. „dzielnicy” o przyjęcie mnie do partii.

Nie było żartów. Musiałam szybko zmienić zakład pracy, aby się zgubić. Dzięki znajomościom przeniosłam się do Zakładów Wytwórczych Aparatury Oświetleniowej przy ul. Łopuszańskiej 22 do działu księgowości. I wówczas poznałam Bogdana, który pracował tam jako zastępca głównego księgowego, którym był Kazio Ziółkowski”.

O wspomnianym przez moją Matkę Kaziu Ziółkowskim, przyjacielu Ojca z okupacji, opowiem jeszcze raz czy dwa, teraz jednak – dla klarowności wywodu - pozostanę przy rodzicach.

W 1954 roku Ojciec ma 29 lat. Pracuje w księgowości, choć – jak się wydaje - nigdy go to nie interesowało. Po opuszczeniu komunistycznego więzienia we wrześniu 1945 roku zaczyna studiować medycynę, ale ją przerywa, bo jak twierdzi, nie było go stać, by się utrzymać. Wyjeżdża na Ziemie Odzyskane, gdzie mieszka jakiś czas u swego stryja Jerzego Saramonowicza. Potem wraca do Sobolewa, gdzie od października 1942 roku (po tragicznej śmierci męża i drugiego syna) mieszka jego matka, a moja babcia Leokadia Saramonowicz i gdzie również on sam ukrywał się podczas okupacji.

ojciecmlody1

29 listopada 1946 roku Ojciec – mając zaledwie 21 lat – żeni się w Sobolewie z Kazimierą Malinowską, kobietą starszą od siebie o lat osiem. Znają się jeszcze z czasów wojny, a teraz oboje działają w strukturach miejscowej Wolności i Niezawisłości (WiN) – organizacji antykomunistycznej, której trzon stanowiły pozostałości rozwiązanej w 1945 roku Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj. WiN domaga się, by Armia Czerwona i NKWD opuściły obszar Polski, odrzuca kształt granicy wschodniej ustalony w Jałcie i sprzeciwia się prześladowaniom politycznym oraz czynionej przez Sowietów i ich polskich akolitów dewastacji kraju. Ma silne oddziały zbrojne, zwłaszcza w obszarze centralnym w okręgach białostockim, warszawskim i lubelskim. Sobolew to niewielka miejscowość leżąca właśnie na trasie między Warszawą a Lublinem.

Nie sądzę, by mój Ojciec i jego nowo poślubiona żona byli całkowicie świadomi całej złożoności kontekstu polityczno-militarnego owego okresu i by nawet wiedzieli, jaki dokładnie – punkt po punkcie - program ma WiN. Ale z pewnością wystarczyła im świadomość, że Sowieci i ich polscy poplecznicy niczego dobrego Polsce przynieść nie mogą. Oni już tego po prostu doświadczyli na własnej skórze.

Mój ojciec, aresztowany - wedle sporządzonego przez siebie życiorysu - przez Wydział Informacji II Armii Wojska Polskiego w Siedlcach 25 stycznia 1945 roku, był więziony także w Mordach, Kąkolewnicy (zwanej Małym Katyniem Podlaskim) i ponownie w Siedlcach. Opowiadał mi, że przesłuchiwali go Sowieci w polskich mundurach, którzy ni w ząb nie mówili w naszym języku.

– Wyobraź sobie, że tłukąc mnie po twarzy, krzyczeli po rosyjsku: „Kakij ty Paliak?!” – śmiał się mój ojciec, choć sytuacja ani trochę, myślę, nie była do śmiechu. – A kiedy kazali mi podpisać stenogram z przesłuchania, również po rosyjsku i kiedy im powiedziałem, że nie podpiszę, bo to, co mówiłem, spisali nutami, a ja nie umiem czytać nut, tłukli mnie znowu.

26 maja 1945 roku - dokładnie w swoje dwudzieste urodziny – Ojciec został skazany na trzy lata za przynależność do Armii Krajowej. Odsiedział tylko cztery miesiące, bo na mocy amnestii z 2 sierpnia 1945 zwolniono go z więzienia w Siedlcach. Wyszedł 8 września i wrócił do Sobolewa. Babcia Leokadia wspominała, że kiedy go ponownie zobaczyła, prawie zemdlała, bo miała wrażenie, że widzi ducha. I trudno się dziwić - wcześniej ktoś ją „poinformował”, że jej syn Bogdan nie żyje.

saramonowicz_2_3

O późniejszych latach Ojciec pomieszcza w swoim życiorysie tylko jedno zdanie, zdumiewająco obojętne informacyjnie: „Niezwłocznie przystąpiłem do działalności w organizacji Wolność i Niezawisłość w Sobolewie, gdzie działałem do czasu ujawnienia się w Urzędzie Powiatowym Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Garwolinie, tj. do 18 marca 1947 roku.” Znacznie więcej na temat dramatyzmu tamtych chwil można się dowiedzieć z książki historyka Mirosława Suleja „Marian Bernaciak. Orlik”, opisującej działalność Żołnierzy Wyklętych m.in. w okolicach Garwolina. Również wystarczy jedno zdanie, ale jakże odmienne emocjonalnie: „Kazimiera Saramonowicz, łączniczka WiN z Sobolewa, była wielokrotnie gwałcona przez śledczego Henryka Wyszomirskiego podczas nocnych przesłuchań”. Z dokumentów wynika, że był to również marzec i kwiecień 1947 roku.

Równo po dwunastu miesiącach, 13 marca 1948 roku, rodzi się mój przyrodni brat Marek Zbigniew Saramonowicz. Rodzicielstwo po tak traumatycznych doświadczeniach – myślę, że trudno o bardziej wymowne świadectwo, że i Ojciec, i jego żona chcieli po prostu żyć. On - niespełna 23-letni student i ona - 31-letnia krawcowa (takie zawody zapisano w akcie urodzenia Marka Zbigniewa), pragną wydobyć się z „żaren historii” i najnormalniej w świecie żyć. Choć tragiczna przeszłość ciągle w nich tkwi – ich syn nosi drugie imię po Zbyszku: powieszonym przez Niemców bracie Ojca, moim wujku.

I wydawać by się mogło, że już nic złego spotkać ich nie może. Ale życiu równie silnie co wicher historii zagraża flauta codzienności. Spędziłem z moim Ojcem trzydzieści siedem lat i mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że codzienności nigdy się nie nauczył. I że zawsze tracił głowę dla życiowych bonusów.

Doskonale mogę sobie zatem wyobrazić ów dzień, kiedy 29-letni, mający 37-letnią żonę i sześcioletniego syna Bogdan Saramonowicz, niepomiernie znudzony powtarzalnością życiowych okoliczności, otwiera drzwi działu księgowości Zakładów Wytwórczych Aparatury Oświetleniowej na Łopuszańskiej 22 i dostrzega za biurkiem 25-letnią dziewczynę z wydatnym biustem i cudownym uśmiechem. I już wie – bo, nie oszukujmy się, takie rzeczy wie się od razu! - że znajomość z piękną Marią nie skończy się na koleżeńskich herbatkach i rozmowach o nieprzewidywalnościach meteorologii.

Więc nie mam wątpliwości, że Ojciec poczuł to od razu (a ów brak wątpliwości stąd, że odziedziczyłem po nim podobne intuicje), ale cholernie mnie ciekawi, kiedy to ich romansowanie, dzięki któremu znalazłem się po paru latach na świecie, zaczęło się w sferze praxis?? Czy eksplodowało od razu niczym Wielki Wybuch czy może – bądź pochwalona, polszczyzno, za kongenialność znaczeń – nabrzmiewało stopniowo?

Ani Matka, ani Ojciec nigdy nie udzielili mi w tej kwestii klarownych informacji. Ze szczątkowych wspomnień Ojca wiem jedynie, że byli ze sobą na randce, gdy pół miliona innych warszawiaków pognało pod Pałac Kultury i Nauki, by poprzeć na wiecu Władysława Gomułkę. Sprawdzam, że działo się to 24 października 1956 roku i uświadamiam sobie ze smutną zadumą, że moja przyrodnia siostra Mirka (drugie dziecko Ojca z pierwszego małżeństwa) miała zaledwie dziesięć miesięcy.

Po latach Ojciec opowiadał mi, że nie poszli z Matką pod PKiN, bo uznali, iż towarzysz Wiesław i jego obietnice odnowy socjalizmu to zwykła strata czasu. Ojciec nigdy nie darzył komunistów zaufaniem, ku czemu miał – jak nadmieniłem - istotnie powody. Wybrali więc tamtego dnia jakąś przytulną kawiarnię, całkiem pustą zresztą.

Ale kiedy znajduję w rodzinnym archiwum zdjęcie Ojca, podpisane ręką Matki: „Mazury 1955”, dociera do mnie, że ich romans zaczął się znacznie wcześniej. Kto wie, może rzeczywiście niemal od pierwszych dni, kiedy się poznali?

– Z Twojego ojca był niezły podrywacz, który żadnej okazji nie przepuścił – śmieje się Ciotka Irena, gdy pytam ją o początki związku moich rodziców. – A twoja mama była młodą, atrakcyjną, pełną życia, niezwykle radosną dziewczyną. Pamiętam, kiedy ją pierwszy raz zobaczyłam: miała taką cudowną sukienkę, wciętą w talii, z białym wykończeniem, a z tyłu były dwie wstążki, tak jakby puszczone. W tej sukience prezentowała się niezwykle efektownie, do dziś mam w głowie ten obraz. Z twoim ojcem tworzyli wspaniałą parę, napatrzeć się na nich nie było można.

saramonowicz_2_2

Oglądam ich kolejną fotografię; z jakiegoś balu z 1957 roku. Wpatrzeni w siebie, pochłaniający się wręcz wzrokiem. Ojciec w czarnym garniturze z białą muchą, Matka w połyskliwej, długiej sukni, śmiesznym kapelutku z krepiny i z promiennym uśmiechem, jakim tylko ona potrafiła zachwycać świat. Idylliczny wręcz obraz damsko-męskiego Raju, co piszę nie bez sarkazmu, patrząc na jabłko, które trzyma moja Matka. Jaki wąż jej je wcisnął w dłoń, mogę się tylko domyślać. Na odwrocie zdjęcia skreślone ręką Matki zdanie: „Jeszcze młodzi i szalenie w sobie zakochani”.

Atoli myślę, że Matka kochała w tym związku za dwoje. Nie chcę przez to powiedzieć, że Ojciec nie miał uczuć. Miał ich wiele, być może zbyt wiele, i nie chodzi mi o legendarnie mnogie afekty, o których się w rodzinie głośniej lub ciszej wspomina do dziś. Myślę raczej o kłębowisku pozaerotycznych emocji, które targały nim przez całe życie.

Powtórzmy jeszcze raz: mając lat siedemnaście, stracił ojca i brata, których Niemcy zamordowali w publicznej egzekucji, sam musiał uciekać, ukrywał się, działał w konspiracji w oddziałach wykonujących wyroki śmierci, został aresztowany, dostał trzy lata więzienia, wyszedł na mocy amnestii, ożenił się, działał w WiN-ie, nad jego żoną, również konspirującą w WiN-ie znęcali się komunistyczni oprawcy, później urodził im się syn, a wszystko to zdarzyło się, zanim mój Ojciec skończył dwadzieścia trzy lata. Nie miał możliwości, by dojrzeć.

I nigdy – co mówię z bólem - nie dojrzał.

Kiedy urodziłem się ja, miał czterdzieści lat. Kiedy urodził się mój brat – czterdzieści sześć. I ciągle był jak niesforny chłopiec, z każdym rokiem, niestety, coraz trudniejszy do zniesienia, zwłaszcza dla tych, którzy od niego zależeli.

Bo wobec świata nieustannie jawił się jako rozbrajający i pełen fantazji Czarodziej - o czym wspominają wszyscy, którzy go znali.

„Był pełen empatii.”

„Miał niesamowite poczucie humoru.”

„Uwielbiał się bawić.”

„Bardzo troszczył się o innych.”

„Był bardzo odważny.”

Takie rzeczy słyszę o nim od ciotek i wujków. I szczerze mówiąc, ciągle trudno mi w to uwierzyć, bo ja go pamiętam raczej jako człowieka, który nigdy nie interesował się bliskimi, niesłownego, wybuchowego, nierzadko agresywnego.

Ale muszę przyjąć, że potrafił być inny, choć nie dał mi tego poznać. Właśnie odważny, pełen empatii, dowcipny i czuły.

I że takiego właśnie Czarodzieja spotkała pewnego dnia moja uciekająca przez komunistyczną partią Matka w Zakładach Wytwórczych Aparatury Oświetleniowej przy Łopuszańskiej 22.

I straciła dla niego głowę na całe życie.

Podziel się swoją opinią.

Dzielenie się opiniami i sugestiami o miejscu dostępna jest dla wszystkich użytkowników posiadających aktywne konto na portalu społecznościowym Facebook.

33528 . 7103

NASI AUTORZY

INNE WPISY TEGO AUTORA