AnywhereTV; #burzawkinie Kinga Burzyńska w rozmowie z Karoliną Gruszką

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

#Burzawkinie. Karolina Gruszka – wybitna aktorka: teatralna, filmowa, serialowa. Laureatka wielu prestiżowych nagród za role filmowe i teatralne. Karolino, uśmiechałybyśmy się chyba dzisiaj szerzej, gdyby nie dzień, który zarówno dla Ciebie, jak i dla nas wszystkich, jest bardzo trudny. Rozmawiałyśmy o tym, zanim zaczęłyśmy spotkanie, że to dla Ciebie szczególny dzień.

Tak jak powiedziałaś, dla nas wszystkich jest to dzień wyjątkowo trudny. Muszę przyznać, że do końca byłam w grupie, być może naiwnych osób, które wierzyły, że jednak do takiej inwazji rosyjskiej w Ukrainie nie dojdzie, a przynajmniej nie na taka skalę, nie tak szybko, nie w tak bestialski sposób. Nie mogę wyrzucić tego z głowy. Moje myśli krążą teraz wokół Ukrainy, moje serce jest tam. Jestem w kontakcie z osobami, które są w Ukrainie, a także z moimi bliskimi, którzy są w Rosji, którzy, będąc po stronie opozycji, kompletnie nie podpisują się pod wojną Putina. Są moralnie zdewastowani.

Twój mąż – świetny reżyser, dramatur – Iwan Wyrypajew – jest Rosjaninem. Dostajesz telefony od ludzi z Rosji. Czy wszyscy stoją po tej stronie „złej”?

Niestety, duża część Rosjan uwierzyła w putinowską propagandę. Oni naprawdę żyją w przekonaniu, że Rosja ratuje Ukrainę przed ukraińskimi nazistami.  Prości ludzie żyją akcjami humanitarnymi na rzecz biednych ukraińskich dzieci, przygotowują paczki. Oglądają te same zdjęcia zrównanego z ziemią Mariupola, które widzimy my, ale zupełnie inaczej je rozumieją. Dla nich to dowód na okrucieństwo ukraińskich nazistów, którzy, jak im pokazują w mediach, cynicznie wykorzystują dzieci i kobiety jako żywe tarcze. Tak tłumaczy się im ilość ofiar wśród cywili. I wielu z nich w to wierzy. Jest część społeczeństwa, która wciąż próbuje żyć w oderwaniu od polityki, nie mając dostępu do elementarnej ludzkiej empatii. Ich najtrudniej jest mi zrozumieć. Na szczęście, są też tacy, którzy wszystko rozumieją, czują i którzy z narażeniem życia próbują walczyć z tym strasznym systemem. Na pewno nie należy ufać sondażom, które mówią o 80-procentowym poparciu dla Putina i jego inwazji. Musimy pamiętać, że w Rosji za mówienie prawdy o wojnie w Ukrainie grozi do 15 lat więzienia. Ludzie boją się mówić tego, co myślą. Boją się wyroków, pobicia, tortur. Boją się o swoich bliskich. Boją się, że zostaną zwolnieni z pracy, że zostaną ze swoimi rodzinami, dziećmi bez środków do życia. Boją się przymusowego wcielenia do armii i wysłania na front. Oczywiście, w obliczu koszmaru jaki przeżywają Ukraińcy, strach Rosjan nie wzbudza takiego współczucia. Domagamy się od nich raczej aktów odwagi, ale nie jestem pewna, czy mamy do tego moralne prawo. Kiedy na przestrzeni ostatnich lat setki tysięcy Rosjan wychodziły na ulicę, kiedy pisali petycje do zachodnich przywódców z prośbą o pomoc, o wprowadzenie sankcji po sfałszowanych wyborach, po skazaniu Nawalnego, nikt na to wtedy nie reagował. Europa Zachodnia dalej prowadziła swoje interesy z Putinem i przymykała oczy na jego, już wtedy oczywiste, zbrodnie, bo tak jej było wygodniej. Putin tymczasem wykorzystał te lata na całkowite wyeliminowanie w Rosji opozycji i udoskonalił wewnętrzną propagandę.

Nawet Wam, jako rodzinie, trudno było przez ostatnie lata pojechać do Rosji.

Tak. Już siedem lat temu zdecydowaliśmy się na to, że przeprowadzimy się z Rosji do Polski, mimo tego, że byliśmy bardzo mocno związani z publicznością rosyjską, z tamtejszym teatrem. Uwielbiałam tam grać. mamy tam przyjaciół, rodzinę, ale jednak poczuliśmy już wtedy, że nie chcemy żyć w kraju, który prowadzi taką politykę. Obecnie nie ma już o czym mówić. Mój mąż za jednoznacznie antyputinowskie poglądy jest tam uznany za zdrajcę ojczyzny i zaraz po przekroczeniu granicy zostałby aresztowany.

Całe szczęście możecie tworzyć i pracować tu, z czego bardzo się cieszymy. Żeby się trochę od tego oderwać, pomyślałam sobie, że zaczniemy też naszą rozmowę od takiego filmu, który ja już obejrzałam, a widzowie za chwilę zobaczą, gdyż w połowie marca będzie premiera. „Za duży na bajki”. Zagrałaś tam jedną z głównych ról i to jest absolutnie uroczy, przepiękny film familijny. Mówi się, że jak dzieci się pojawiają na planie, to kradną ten film i tutaj się pojawił taki główny bohater – Waldek, grany przez Maćka Karasia, którego grasz przewrażliwioną mamę.

Tak, nadopiekuńczą mamę, całkowicie przewrażliwioną.

Pamiętam, jak spotkałyśmy się na planie i mówiłaś, że ona jest przewrażliwiona, ale nie wiedziałam, że aż do tego stopnia. Dzisiaj pomyślałam sobie, że nawet trochę jej nie lubię i zastanawiałam się, na ile ja jestem podobna do tej mamy.

Tak, alepotem coś tam jednak zaczyna rozumieć, prawda? Poza tym, można ją usprawiedliwić o tyle, że sama dopiero co otrzymała diagnozę ciężkiej choroby i te wszystkie swoje lęki gdzieś tam przerzuca na swojego syna. Skoro nie może kontrolować swojego życia, chce kontrolować chociaż jego, żeby mu się nic nie stało. Oczywiście, bardzo w tym przesadza i całe szczęście, że zjawia się bohaterka grana przez Dorotę Kolak – szalona ciotka, która trochę pomaga temu chłopcu się usamodzielnić.

Czy Ty jesteś taką mamą nadwrażliwą?

No mam nadzieję, że nie. Bardzo się staram dawać dużo wolności i przestrzeni swojej córce.

Czy Twoja córka czytała scenariusz? Pewnie nie, ale opowiadałaś jej o tym filmie?

Trochę jej opowiadałam, ale nie widziała jeszcze, bo nie było premiery. Nawet ja nie widziałam. Ty jesteś pierwsza. Ale na pewno się z nią wybiorę, chociaż trochę się stresuję, bo jeszcze nie byłam z nią na filmie ze swoim udziałem.

Naprawdę? Nie widziała jeszcze?

Nie, ona chodzi z uwielbieniem na nasze przedstawienia do teatru. Na przykład, jej absolutnie ulubionym spektaklem jest „Wujaszek Wania” Czechowa w reżyserii mojego męża. Zresztą, ja też bardzo go lubię, W ogóle, kocham Czechowa. Ta moja miłość dostała się chyba w genach mojej córce, bo bardzo ją nasz spektakl porusza.

To pięknie, ale czy Ty jesteś taką mamą, która zabiera na przykład dziecko na próby do teatru, bo obydwoje jesteście z tym teatrem związani? Spędziła trochę czasu w garderobie?

Spędziła może trochę, ale nie aż tak dużo, jakby się mogło wydawać. Teraz na przykład będzie miała ferie, a my będziemy mieli w tym czasie serię prób wznowieniowych i na pewno będzie je oglądała. Bardzo na to czeka, interesuje ją to.

Czyli jest szansa, że pójdzie w ślady mamy?

Nie wiem. Absolutnie jej w tę stronę nie kieruję. Mam poczucie, że to jest bardzo specyficzny zawód. Ja to kocham. Uważam, że ma bardzo wiele dobrych stron i, jeżeli się odnajdzie swoją niszę, może być cudowny. Natomiast to trzeba bardzo dobrze wiedzieć, że to jest właśnie to, co się chce robić. Wolałabym, jeżeli miałaby kiedykolwiek iść w podobną stronę, żeby sama sobie do tego spokojnie doszła.

Miałaś 9 lat, jak zaczynałaś, więc ona jest już troszkę starsza.

Tak, to już ponad 30 lat w tym zawodzie.

Może jest ktoś taki, kto nie wie gdzie zaczynałaś. To była „Dyskoteka Pana Jacka”, tak?

Jeśli tak liczyć, to jeszcze wcześniej zaczęłam. Dziewięć lat liczę od swojej pierwszej roli kinowej. Roli, a raczej epizodu u Krzysztofa Zanussiego.

Jezu, gdzie to było?

To był taki film, którego chyba nikt nie widział – „Chopin na zamku” to się nazywało. To była jakaś koprodukcja polsko-japońska, film telewizyjny. Grałam tam dziewczynkę do nut, stałam przy Chopinie i przewracałam mu nuty. Miałam jedno zbliżenie, nie miałam żadnych słów. Ale Pan Krzysztof Zanussi to pamięta.

I potem zauważył Cię i już się Tobą zachwycał. Chociaż chyba nie grałaś u niego nigdy?

Nie grałam u niego potem nigdy. (śmiech)

Kiepsko Ci poszło. (śmiech)

Ale jak się potem spotkaliśmy to mówił, że pamięta. Że to on mnie odkrył.

Czyli „Dyskoteka Pana Jacka” to było jeszcze wcześniej. Wracając jeszcze na chwilę do filmu i do dzieci na planie. „Za duży na bajki” – to ten Waldek, grany przez Maćka Karasia, rzeczywiście jest niesamowity. Wiem już, że to totalny naturszczyk.

Tak, to był jego pierwszy film, debiut absolutny. Oprócz tego, że jest niezwykle naturalny, ma wdzięk i charyzmę przed kamerą, oprócz tego, bardzo szybko odnalazł się na planie. Właściwie po 3-4 dniach wszystko już wiedział: na kogo ujęcie, jaki dubel, co to znaczy zbliżenie, jak się gra na dalszym planie. Co więcej, zaczął nam wszystkim dawać rady, że może tu bym sobie zmieniła dialog, bo ma taka propozycję i niektóre te propozycje były w punkt, korzystałyśmy z tego z Dorotą.

Pytanie, jak reaguje aktorka z 30-letnim stażem na uwagi 10-latka?

To jest rozbrajające. Tym bardziej, że to nie były uwagi bez sensu.

Czyli skradł wasze serca? 

Tak, nas wszystkich. Jesteśmy w nim zakochani i nie mogę się już doczekać premiery, bo obiecał, że będzie przemawiał.

Naprawdę? Prowadzę tę premierę. (śmiech) Dopuszczę go do głosu.

Tak. Mam nadzieję, że nie zapomniał o tym.

Film rzeczywiście uroczy. Andrzej Grabowski, Dorota Kolak, Karolina Gruszka i Maciek Karaś, o którym wspomniałyśmy. Jeszcze jest dwoje młodych, zdolnych aktorów. Powiedziałaś o tym, że uwielbiasz Czechowa, że uwielbiasz grać w tego typu teatrze. Zagrałaś teraz w Teatrze Telewizji, który czeka i, jak mi wspomniałaś zanim zaczęłyśmy rozmawiać na antenie, że jest też aktualny.  Co to jest?

To jest tekst mojego męża, który napisał niedawno. „Badania Ściśle Tajne – New Constructive Ethics ” – taki jest tytuł. Jeden z krytyków napisał, że to jest trochę polska odpowiedź na „Don’t Look Up”, bo rzeczywiście  spektakl dotyka problemu kryzysu i klimatycznego, i w ogóle takiego kryzysu z którym się teraz zmagamy – ogólnoludzkiego. Tego, na jakim etapie ewolucyjnego rozwoju w tej chwili jesteśmy. Na ile jest szansa, że możemy się w ogóle jednoczyć w jakiś ważniejszych sprawach, po to, aby chociażby ratować naszą planetę. Na ile reżimy totalitarne (co dzisiaj jest jeszcze bardziej aktualne) stanowią przeszkodę nie do przejścia. W sztuce występują trzy postaci. ja gram psycholożkę integralną, Andrzej Konopka neurobiologa, a Wiktoria Filus biolożkę, która pracuje dla Watykanu. Bohaterowie biorą udział w badaniu, podczas którego są pytani przez ludzi, których nie widzą o to, w jakim punkcie znajdujemy się jako ludzkość, co nam grozi i co według nich należałoby zrobić, żeby temu zagrożeniu zapobiec. Obserwujemy też prywatne relacje, jakie łączą bohaterów i które okazują się być bardzo nieoczywiste. To historia także o tym, że nawet ci, najbardziej świadomi spośród nas ludzie, którzy, wydawałoby się, mają wszystko poukładane, mają odpowiedzi na każde pytanie, wiedzą, jak należy żyć i jak komunikować ze sobą, żeby zmieniać ten świat na lepsze, że nawet oni gdzieś tam w środku, mają w sobie jakąś taką nutę hipokryzji. Przez uwarunkowania kulturowe, społeczne. nie są w stanie do końca żyć w zgodzie z tym, co głoszą.

Jesteś bezkrytyczna w stosunku do tego, co pisze, reżyseruje Twój mąż?

To jest dobre pytanie. Jestem jego wielką fanką, rzeczywiście bardzo lubię jego dramaty. To jest tak, że jak je czytam, to mam ochotę wyjść na scenę, żeby to mówić, bo to są tematy, które mnie żywo dotykają i chcę się nimi dzielić z innymi. W przypadku tego Teatru Telewizji, wydaję mi się, że wyszło nam coś bardzo pożytecznego i ciekawego. Trochę brakuje takiego głosu w polskiej przestrzeni publicznej. Zapraszam bardzo, spektakl jest w bezpłatnym dostępie na VOD i można to tam oglądać.

Powiedziałaś, że sobie rekompensujesz, że spotykasz się z innymi twórcami w kinie, filmie, w serialu. Teraz zagrałaś w „Nieobecnych”, dołączasz w drugiej serii i to będzie zupełnie inne oblicze Karoliny Gruszki.  Taka zabawa w coś totalnie innego jest tym, co Cię w tym zawodzie najbardziej pociąga?

Ja to uwielbiam. I oczywiście najchętniej grałabym tylko takie role, żeby żadna nie była taka, jak poprzednia. Dlatego tak się ucieszyłam z tej propozycji. To, co mogę powiedzieć, to to, że gram tam niezwykle charyzmatyczną, duchową przywódczynie.

Nie do końca dobrą…

No wiesz, to jest tak, ona na pewno ma różne zdolności, na przykład umie oczyszczać aurę, jest bioenergoterapeutką i jest w tym dobra. Co więcej, ma wykształcenie psychologiczne, w związku z czym prowadzi warsztaty z kochania wewnętrznego dziecka, prowadzi medytacje, yogę (co jest mi bliskie). Ma swój ośrodek rozwoju duchowego, swoich podopiecznych, którzy bardzo jej ufają i którym pomaga radzić sobie z traumami z dzieciństwa, czy późniejszych lat. Trafia do niej bohaterka grana przez Justynę Wasilewską i też próbuje poradzić sobie z tym, co przeszła w pierwszym sezonie „Nieobecnych”. Nie będziemy za dużo zdradzać, ale niewątpliwie jest to postać złożona, nieoczywista. To było dla mnie duże wyzwanie.

W 2003 roku skończyłaś Akademię Teatralną, dobrze mówię?

Wiem, że zaczęłam w 1999 roku, bo pamiętam pierwsza linijkę hymnu naszego roku: „był to wrzesień 99’…gdy w budynku na Miodowej”, ale dalej nie pamiętam.

Kto napisał taki wspaniały hymn?

Napisaliśmy to my – nasz rok. Maciej Makowski na pewno napisał muzykę, a tekst jakoś wspólnymi siłami.

Skoro zaczęłaś w 1999 to skończyłaś w 2003, szybko licząc, bo byłaś świetną studentką, więc nie mogłaś się gdzieś tam zatrzymać po drodze i nie zdać z roku na rok.

Tak się nie da w szkole teatralnej, bo Cię wywalają.

To prawda. Spotkałyśmy się przy okazji takiego programu – „Absolwenci”, bo wy mieliście świetny rok, na którym oprócz Ciebie, był Marcin Bosak i Ania Dereszowska, Małgosia Socha – dużo takich osób, które funkcjonują, świetnie sobie radzą, każdy tam inną drogę obrał w zawodzie. Pamiętam, rozmawiałyśmy o tym, że przyszłaś już do tej szkoły teatralnej, mając doświadczenie filmowe, jako gwiazda.

Zupełnie nie miałam takiego poczucia. Miałam poczucie, że przyszłam jako osoba, która już coś tam robiła i że wszyscy myślą, że jej się wydaje, że ona coś tam już zrobiła. W związku z tym, coś więcej umie i teraz jej udowodnimy, że nie umie. Z taka myślą w głowie chodziłam po korytarzach.

Naprawdę? Byłaś wtedy już po „Bożej podszewce”?

Tak.

Czyli już przyszłaś jako doświadczona aktorka.

Bez przesady. Miałam kilkaset dni zdjęciowych na koncie, bo to był serial, a więc też jakieś obycie z kamerą, ale ja chciałam grać w teatrze.

To było tylko Twoja poczucie, że ktoś chce Ci coś udowodnić, czy rzeczywiście profesorowie próbowali Ci pokazać, że jeszcze troszeczkę Ci brakuje?

Raczej był to mój kompleks. Dostałam kilka komentarzy ze strony profesorów, takich delikatnie złośliwych, zdarzyło się. Trafiły na podatny grunt, ale bez przesady – nie był to na pewno żaden mobbing.

Zastanawiam się na ile ta krytyka, zostaje w głowie i też na życie. Przez jak długi czas, próbowałaś sobie potem coś udowodnić, że potrafisz, że jesteś warta, żeby grać w filmie, czy serialu? Czy potem bardzo szybko przeszłaś nad tym do porządku dziennego?

Lata spędzone w akademii teatralnej były pod tym względem najgorsze. Miałam ciągłą potrzebę udowadniania czegoś, poczucie presji, poczucie, że próbowano nas formatować, pewnie podświadomie. Może to wynikało z tego, że brakowało, moim zdaniem, większości profesorom (nie mówię, że wszystkim, ale większości) rzetelnej metody teatralnej, której by nas uczyli. Bazowali na swojej intuicji, swoim subiektywnym odbiorze każdego z nas i próbowali nas ulepić trochę na wzór tego, co oni widzą na nasz temat. Ja naprawdę miałam fajny rok – takich ludzi, którzy trzymali się ze sobą, ale atmosfera, która panowała na uczelni była dla większości z nas stresująca, toksyczna, pełna rywalizacji narzucanej nam z zewnątrz. A przecież ten zawód polega na współpracy, na partnerstwie, na tym, żeby wzajemnie od siebie czerpać. Wymaga lekkości, odwagi i wiary we własne umiejętności. Żeby to w sobie odnaleźć i rozwijać potrzebne jest bezpieczne środowisko. W moich czasach akademia teatralna takim środowiskiem nie była. Oczywiście, poznałam wielu cudownych ludzi i mam z tego czasu mnóstwo pięknych wspomnień, ale po jej skończeniu poczułam wielką ulgę.

W takim razie, gdzie nauczyłaś się najwięcej aktorstwa?

Mówiłam już o tym nieraz, że to jednak była Rosja. Moskwa, tak naprawdę. Był to czas formujący mnie jako aktorkę, na pewno.

A co w tym takiego było? Co było dla Ciebie najistotniejsze?

Istotne było to, że po raz pierwszy ktoś ze mną rozmawiał o tym, że, jak wychodzę na scenę (w ogóle jak gram jakąś rolę) to nie po to, żeby dobrze zagrać jakąś rolę, tylko po to, żeby o czymś opowiedzieć widzowi. To się wydaje banalne, oczywiste, ale ze mną nikt przez cztery lata w szkole o tym nie porozmawiał. Skupiałam się na emocjach wymyślonej postaci literackiej, zamiast tego, żeby ten wektor uwagi skierować na widza i zastanowić się, o czym konkretnie chcę z nim przez te najbliższe półtorej godziny spektaklu porozmawiać.

A w tej chwili, co jest dla Ciebie najważniejsze? Widzę, że rozmawiam z niezwykle dojrzałą osobą, z dużym dystansem, że Ty znasz swoją wartość, że Ty świetnie tę drogę poprowadziłaś. Widzę taką lekkość w Tobie. Czy jest tak, że to aktorstwo jest wciąż najważniejsze, na pierwszym miejscu, czy masz jakiś inny priorytet w życiu?

Oczywiście, że aktorstwo nie jest moim priorytetem, chociaż jest bardzo ważną i spójną częścią mojej drogi. Doskonałym narzędziem do realizowania swojego twórczego potencjału. Priorytetem jest jednak to, żeby przechodzić przez to życie maksymalnie świadomie i w miłości, co ma wpływ na każdy aspekt mojego życia, czy to jest życie zawodowe, czy rodzinne, czy jakiekolwiek inne.

Powiedziałaś o jodze, przy okazji postaci z „Nieobecnych”, czy abstrahując od postaci, czy to jest Ci bliskie?

Jogajest mi bardzo bliska, wspomaga mnie na co dzień. Im więcej jest jej w moim życiu, tym generalnie jest ze mną lepiej.

Uprawiasz jogę, tak na co dzień?

Tak.

Potrzebujesz jakiegoś nauczyciela, czy już jesteś na takim etapie rozwoju, że nie potrzebujesz?

Uprawiam jogę już od ponad dwudziestu lat chyba. Natomiast, zawsze dobrze jest raz na jakiś czas trafić do nauczyciela, który Ci pomoże, który Cię skoryguje. W ogóle, dobrze jest czasami popraktykować w grupie, bo to jest zupełnie innego rodzaju praktyka. Na co dzień praktykuję sama, bo trudno byłoby mi tak regularnie chodzić na jakieś zajęcia.

Jeszcze jest jedna rola przed Tobą, bo w „Nieobecnych” będziemy Cię oglądać za chwilę, za jakiś czas –  przed wakacjami. Ale jest jeszcze coś, o czym warto powiedzieć, to jest film „Wyrwa”.

To jest film w reżyserii Bartka Konopki, gdzie gramy z Tomaszem Kotem i Grześkiem Damięckim. Z Tomkiem gramy małżeństwo.

Zastanawiam się, czy graliście razem wcześniej?

Nie, właśnie nie. Ostatnio graliśmy razem w jednym filmie, gdzie ja miałam tak naprawdę jakieś trzy dni zdjęciowe, Tomek chyba też. To była polsko –nowozelandzka produkcja z Diane Kruger w jednej z głównych ról – „Joika”. Znowu jednak nie spotkaliśmy się z Tomkiem na planie, nie mieliśmy żadnej wspólnej sceny.

Będziecie pracować w „Wyrwie”. Na jakim etapie jesteście w tej chwili?

Właśnie zaczęliśmy zdjęcia.

Czyli można powiedzieć, że w tej chwili podchodzi się bardzo poważnie do tych polskich produkcji. Jest czas na przygotowanie, na próby, na taki okres przed-zdjęciowy. Konopka pracuje tak dosyć mocno przed zdjęciami.

Tak. Myślę, że to nie jest jakaś nowa rzecz. Odkąd jestem w zawodzie, byli tacy reżyserzy, którzy chcieli tych prób, znajdywali na nie czas, ale byli też tacy, którzy woleli na planie zaimprowizować.

Ale Ty u takich nie grasz?

Wiesz, czasem okazuje się że to też jest jakaś metoda. Ważne, żeby reżyser bardzo dobrze wiedział czego chce i potrafił to jakoś z aktora wyciągnąć.

A czy miałaś taki plan, z którego chciałaś uciekać?

Nie miałam takiej ewidentnej wpadki. Wydaje mi się, że gdzieś na przestrzeni lat udało mi się zrozumieć, co może mi pasować, a co nie. Natomiast faktycznie, raz czy dwa byłam na takich planach, gdzie poczułam, że miałam kompletnie inne wyobrażenie na temat tego, jak to będzie wyglądać i że jest mi trudno.

I co wtedy robi aktorka Karolina Gruszka? Próbuje się odnaleźć na takim planie, czy chce rozwiązać umowę i dzwoni do prawnika?

Takiej możliwości za bardzo nie ma. Trzeba nieść konsekwencje swojej decyzji. Staram się wtedy, uważam że to jest najlepsza metoda, znaleźć coś, co mnie w tym cieszy, cokolwiek by to miało być.

Kostium na przykład. (śmiech)

Na przykład. Nie wiem na ile sam kostium mógłby zapewnić to poczucie sensu. Ale znaleźć coś takiego, w czym czujesz , że możesz zrobić coś pożytecznego.

To trudne rzeczywiście.

Na razie mi się udawało. Miałam, pamiętam, jeden taki plan, że czułam, że to pewnie nie będzie taki film, jaki sama, jako widz, chciałabym obejrzeć. To już było czuć gdzieś tam na planie. Cóż, zdarza się i tak.

I wtedy na taki film, na pewno z córką byś już nie poszła.

To był film dla dorosłych.

Kiedyś dorośnie więc będziesz mogła jej pokazać.

Na pewno nie będę przed nią ukrywać swoich niepowodzeń. Każdemu się zdarza.

Zaczęłyśmy od filmu dla dzieci. W zasadzie myślę, że ten film jest dla dzieci i dla dorosłych, ale Ty zaraz wchodzisz na kolejny plan, który będzie też filmem familijnym, takim dziecięcym. Zastanawiam się z czego to wynika, że zaczęłaś grać w takich filmach?

Wiem, ja teraz mogę grać mamy wreszcie. O to chodzi.

Niewiarygodne, że Ty jako mama wciąż wyglądasz jakbyś miała 18 lat.

Ja się bardzo z tego cieszę. W tym zawodzie to jest piękne, że w miarę jak się starzejemy, przychodzą nowe role, zmienia się emploi. Pojawiają się nowe obszary emocjonalne do odkrycia. Nie ma miejsca na nudę.

I to jest to, co powiedziałaś, nowe odsłony samej siebie, tak?

Tak. Poza tym, ja sama jestem mamą i bardzo się cieszę, że robię filmy, które będę mogła pokazać swojej córce, bo nie ma tak dużo familijnych, polskich filmów.  Projekt, o którym mówisz to szansa na coś bardzo pięknego. Reżyseruje Magda Łazarkiewicz, scenariusz powstał na podstawie  „Kajtka Czarodzieja”, a Korczak zawsze był bliski mojemu sercu, więc myślę, że to może być coś bardzo wartościowego.

A kogo tam zagrasz? Możesz już mówić, czy jeszcze nie?

Mamę jednej z dziewczynek. Nauczycielkę.

Ale umowa już podpisana.

Tak. Pierwszy dzień zdjęciowy już w kwietniu.

Karolino droga, Mamo – bardzo Ci dziękuje za to spotkanie. Film „Za duży na bajki” już za chwilę i „Nieobecni” też już za chwilę. Zapraszamy do Teatru Telewizji i do Teatru Polskiego na „Wujaszka Wanie”. Karolina Gruszka – dziękuję Ci bardzo.

Dziękuję.

Reklama

Menel Kultury

Czasem wypada zastanowić się nad początkiem. Nad tą pierwszą chwilą,