Wszyscy jesteśmy krakersami

Katarzyna Paczóska
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Zbierałam kiedyś kamienie. Różnokształtne i różnokolorowe. Każdy z nich – całkiem wytrzymały, na tyle, że nie martwiąc się o jego stan, mogłam zostawić do na półce, na parapecie czy nawet podłodze. Na tyle twardy, że prędzej zrani Twoją stopę niż swoje stałe ciałko, a i nigdy ukiszone w słoiku nie dostosują się do siebie – każdy zachowa własny kształt. 

Zdarzały się momenty, w których rzucano kamieniami do celu, na wodę, do człowieka. Nadal bez szwanku. Materiał idealny do styczności z rzeczywistością. Ba! Czasami nawet maluje po chodniku! Można z niego budować domy, wykładać podłoże na starówce, żeby ludziom było trudniej chodzić i robić większe rany dzieciakom w kolanach.

Pozostaje istotne pytanie – więcej szkody czy korzyści przynoszą nam – najwyższym z najwyższych istot. Jeszcze kiedyś w tłumach niezłomnych i w walkach skutecznych. Łza? Kobiecie jedynie przystoi uronić, kiedy jej Pan idzie na wojnę. Panu? Nawet, gdy w okopach zła znajdzie na udzie ranę od postrzału, może jedynie wykrzywić twarz w grymasie bólu, bo to ból za wielu znoszony. Na szczęście 4-latki jeszcze mogły, nie rozumiały, co tak naprawdę znaczy “być” i z jakimi wyrzeczeniami się to wiąże, ale jeszcze dwa lata i się im pokaże, że w życiu trzeba twardym, ni miękkim być.

Całe szczęście nadeszła i dalej postępuje zmiana. Osobiście, nadal lubię uciekać w kamienie (nie mylić z “lecieć w kulki”). Ze złamania raz na jakiś czas można nawet czerpać przyjemność (ulgę, dla mniejszych masochistów). Przecież de facto wszyscy jesteśmy krakersami, tylko czasem się jeszcze z tym kryjemy.

Reklama

Menel Kultury

Czasem wypada zastanowić się nad początkiem. Nad tą pierwszą chwilą,