#BookMorning – Marika Krajniewska i Izabela Janiszewska

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Marika Krajniewska: Bookmorning, dzień dobry państwu. Dzisiaj w studiu AnywhereTV, w Fabryce Norblina jest z nami Izabela Janiszewska, autorka powieści „Apartament”.

Izabela Janiszewska: Dzień dobry.

MK: „Apartament” swoją premierę będzie miał 15 czerwca, a dzisiaj porozmawiamy nie tylko o nim. „Apartament” jest thrillerem i czyta się go jednym tchem. Wiem, bo „wygooglowałam” sobie recenzje, które już zaczęły się pojawiać i jest ich całkiem sporo. Bardzo się z tego cieszę, ponieważ uwielbiam, gdy tuż przed premierą zaczynają się pojawiać pierwsze spostrzeżenia i opinie. Lubię, gdy to wszystko rośnie i buduje napięcie. Czy masz jakieś oczekiwania przy twoich kolejnych, pojawiających się książkach?

IJ: Przede wszystkim przy każdej książce, mimo tego, że dotychczas ukazało się ich już pięć, przeżywam tremę. Za każdym razem czuję się jak debiutantka, a jestem na rynku ponad dwa lata. Każda z historii, które opisuję kiełkuje we mnie, w moich emocjach oraz głowie, przez co nigdy do końca nie jestem pewna, czy zawładnie czytelnikami tak samo jak mną. Pisząc książki nie myślę o tym, by uwieść czytelnika. Stawiam na realność, na siłę opowieści, chcę, by była mięsista, miała ogrom emocji, by była prawdziwa, wciągająca, poruszająca, by ludzie mogli się z nią identyfikować, przeżyć ją, nie spać nocami i czytać do rana – to są moje cele. Ale tak naprawdę nigdy nie wiem, co stanie się gdy te cele zderzą się z rzeczywistością. I właśnie dlatego, gdy zbliża się premiera, drżę nieustająco.

MK: Powiedziałaś, że ważne jest dla Ciebie, by czytelnik się zidentyfikował z opowieścią, ale zastanawiam się, czy to możliwe w przypadku historii trochę bardziej mrocznych, niż powieści obyczajowe?

IJ: To, co jest dla mnie najważniejsze w moich książkach, czy to w trylogii „Wrzask”, „Histeria”, „Amok”, czy w powieści „Niewybaczalne”, czy w najnowszej książce „Apartamencie”, to by historie opowiadały o prawdziwych ludziach, prawdziwych zdarzeniach i o prawdziwych ludzkich dramatach. O tych momentach, kiedy zwyczajny człowiek, zupełnie nie ze swojej winy, znajduje się w niezwyczajnej sytuacji i musi podejmować decyzje, które mają często niebagatelne konsekwencje. W związku z tym, ta nieidentyfikowalność właśnie tutaj się wydarza, bo ludzie z moich książek, są tacy sami jak my. Mają rodziny, mają swoje prace, problemy, marzenia, swoją codzienną rutynę. I tak samo jak w naszym, w ich życiu również nagle coś się wydarza, czegoś doświadczają. Myślę, że w tych emocjach, w tych dramatach I dylematach czytelnicy mogą się przejrzeć i stąd może wynika sympatia do bohaterów, których dotychczas stworzyłam.

MK: Do bohaterów za chwilę przejdziemy, ale chciałam najpierw zapytać, czy wolisz w książkach happy endy, czy raczej nie?

IJ: To jest bardzo trudne pytanie, bo ono mogłoby być mocno spoilerujące, chociażby ze względu na zakończenie mojej trylogii. Tam zakończenie jest bardzo kontrowersyjne. Dostałam po nim mnóstwo wiadomości i pytań, zaczynających się od słowa „dlaczego”. Otrzymywałam nawet groźby na spotkaniach autorskich – podchodzili do mnie czytelnicy i zaczynali spotkanie od zdania „Urwę pani głowę”. Jestem zwolenniczką prawdy – autentyczność i prawda to jest to, co jest dla mnie ważne zarówno w życiu, jak i w pisaniu, w moich książkach.

MK: Czyli nienaginanie się do oczekiwań czytelników? Czy na przykład wydawcy? 

IJ: Nie, zdecydowanie nie.

MK: A czy zdarzało się tak, by to wydawca ze swoją wiedzą i wieloletnim doświadczeniem, chciał  wpłynąć na treść?

IJ: Mam to szczęście, że jakoś mocno ten wydawca nie chciał wpływać na historie, które tworzyłam. Może właśnie były one w miarę kompletne i tej ingerencji nie trzeba było aż tak dużo. Pracowałam do niedawna z redaktorem, który rzeczywiście bardzo umiejętnie prowadził mnie przez ten proces i jestem za to niezwykle wdzięczna, bo nawet jeśli coś wymagało poprawy, to dostawałam subtelne sugestie zapisane na marginesie w komentarzu: „Przeczytaj tę scenę jeszcze autorko”, albo „Autorko, przeczytaj sobie na głos ten fragment i sprawdź, czy rzeczywiście to brzmi tak, jakbyś chciała”.  Myślę, że miałam w tym aspekcie wiele szczęścia i mogłam pisać książki tak jak czułam i tak jak chciałam, a jeżeli coś nie do końca grało, to ja również szybko to zauważałam, że coś nie pasuje do siebie, i wtedy mogłam ulepszyć książkę.

MK: No właśnie, jakie jest twoje podejście do rzeczy, kiedy rzeczywiście coś się nie klei. Napisałaś, jesteś z tym związana, wierzysz w to, a później się okazuje, że to i owo jednak zgrzyta. Czy wówczas się denerwujesz i potrzebujesz czasu? Wszak wewnętrzny krytyk czasem ma rzeczywiście rację. Ale też wiemy, że nadmierna krytyka szkodzi książce. Jak to wyważasz?

IJ: U mnie ten krytyk istnieje nieustająco i często się odzywa. Na szczęście próbuję z nim negocjować i rozmawiać. Nie uważam, że jestem alfą i omegą, i nie popełniam błędów, wręcz przeciwnie, w pisaniu cały czas mam dużo wątpliwości. W ogóle myślę, że z rzeczy, które towarzyszą mi przy pisaniu, to wątpliwości jest najwięcej, może nawet więcej niż satysfakcji. Jest bardzo dużo pytań i zastanowień, „ale czy na pewno”, „czy to zadziała”, „czy to będzie dobre”. Pamiętam, jak dostałam swoją pierwszą książkę po redakcji, takiej właśnie od redaktorka prowadzącego, to był „Wrzask”. Przeczytałam uwagi i pomyślałam, że pójdę na spacer wokół bloku, pooddychać głęboko, żeby zrozumieć, że te uwagi to nie są uwagi do mnie, że coś jest ze mną nie tak, że ja nie umiem, że jest nie ok, że muszę zmienić pracę, tylko że po prostu muszę spojrzeć na to z dystansem. I ten spacer rzeczywiście pomógł mi nabrać dystansu – wróciłam do domu, odpaliłam komputer i nagle te uwagi były jakieś takie mniej drapieżne, mniej gryzące. Zauważyłam, że ok – to jest racja, pomoc, to jest ktoś, kto dba o mnie, o tę historię i o naszą wspólną przyszłość, kiedy to książka trafi w ręce czytelników. Teraz mam tak, że już mniej mnie takie uwagi dotykają, ale zwykle lubię sobie dać chwilę na przetrawienie, potem spokojnie przyglądam się jeszcze raz tekstowi.

MK: Dobrze, to powiedzmy sobie o „Apartamencie”. Apartament jest miejscem, w którym zaczyna się coś dziać, miejsce które tak naprawdę miało być sielanką, odpoczynkiem, romantyczną przygodą małżeństwa i tu pojawia się pytanie: czy wyjeżdżać na te romantyczne wojaże z partnerem/partnerką, czy nie?

IJ: To zależy, jakie sekrety kryje małżeństwo albo związek. Jestem przekonana, że każdy związek jakieś tajemnice drobne bądź większe ma, tylko pytanie, czy znajdują się wśród nich te, które są rzeczywiście przerażające. Małżeństwo, które opisuję w książce, właśnie takie sekrety posiada. Stąd ta ich wyprawa w Karkonosze, do upragnionego, ekskluzywnego kurortu, gdzie mieli cieszyć się sobą i wreszcie pobyć razem, bo wcześniej byli bardzo zajęci pracą. Niestety nie do końca im to wychodzi, ponieważ żona Tomasza, Nina, znika bez śladu, rozpływa się niczym poranna mgła. Wkrótce jej mąż musi zdecydować, dlaczego to, jak ich przyjazd do hotelu pamięta on, a jak pamiętają go pracownicy tego miejsca się nie zgadza i kto mówi prawdę. Musi też odpowiedzieć na pytanie, czy to miejsce jest rzeczywiście idyllą i sielanką położoną gdzieś wśród gór i pięknych pejzaży, czy może to zatruty punkt na mapie świata?

MK: Tu wchodzi też takie słowo, które bardzo ładnie się nazywa – zaufanie. Między innymi zaufanie do samego siebie. Zaczyna być nadszarpnięte, gdy człowiek dowiaduje się od innych osób, że pewne zdarzenia nie są takimi, jakimi je pamięta. Tu chciałam przejść do bohaterów, których stworzyłaś. Na czym ci zależało?

IJ: Zawsze, kiedy tworzę postaci, ważne jest dla mnie, bym znała je od urodzenia, aż do śmierci. Muszę wiedzieć o nich wszystko – w jakiej pozycji lubią spać, jak spędzają wolny czas, nawet, jeśli tych rzeczy nie ma w książce. Chcę czuć, że ich znam. Stąd, kiedy piszę, to często niemalże przebywam z tymi bohaterami w wyobraźni. Gdy jadę samochodem to wyobrażam sobie, że siedzą obok mnie, chcę ich tak kompletnie i dogłębnie poczuć, dzięki czemu potem, kiedy ich opisuję, mają szansę być bardziej prawdziwi, wyraziści. Chcę wiedzieć jak pachną, jakich perfum używają, w jaki sposób chodzą, kto zakłada nogę na nogę gdy siada. Naprawdę chcę ich w pełni zobaczyć, niemalże dotknąć. To jest jedna z rzeczy, na których mi zależy. Druga to to, że staram się zrozumieć ich psychikę. Aspekt psychologiczny w „Apartamencie”, w ogóle we wszystkich moich książkach, jest niezwykle istotny. Przeszłość, która wpływa na teraźniejszość, to jak los nas kształtuje i to, że choćbyśmy nie wiem jak szybko biegali, to przed przeszłością nigdy nie uciekniemy.

MK: Od czego, dla ciebie, zaczęła się ta książka? Nie pytam o pierwsze zdanie, tylko cały zamysł, pomysł. Kiedy ona do ciebie przyszła?

IJ: To jest niewiarygodne, ponieważ większość moich książek zaczęła się dawno, dawno temu. Mam poczucie, że kiedy one są gotowe, a ja jestem gotowa, żeby się z nimi spotkać, to wtedy wypływają gdzieś z odmętów przeszłości i nagle składają się w całość. Od dawien dawna chodziła za mną właśnie taka historia zagadek ludzkiego umysłu, kwestii pamięci, kwestii tego, że czasem największe tajemnice mamy nie przed innymi, a przed samymi sobą. Dużo później przeczytałam reportaż Pawła Piotra Reszki w „Gazecie Wyborczej”, ale też w książce „Białe płatki, złoty środek”. Był to reportaż o pewnej rodzinie zastępczej, będę mówić enigmatycznie, bo tutaj kryłby się spoiler, o rodzinie, która według mnie na miano jakiejkolwiek rodziny nie zasługuje i nigdy nie powinna rodziną się stać – gdzieś te dwie rzeczy chodziły za mną i pewnego dnia połączyły się właśnie w „Apartament”. Opowieść która jest mroczna, pełna dusznej atmosfery, niektórzy czytelnicy stwierdzili, że czytając ją czuli się jak u Stanleya Kubricka albo u Stephena Kinga, chociaż jest to taki delikatny mrok – taki, który mnie najbardziej interesuje. Subtelne zło, które właściwie jest w każdym człowieku i w odpowiednich okolicznościach może się uruchomić.

MK: W „Apartamencie” panuje mrok, ale nie ma tu rozlewu krwi. Nie pokusiłaś się nigdy o mocniejsze elementy kryminalne? A może nie chcesz tego spróbować? I dlaczego nie? (śmiech) Narzuciłam ci odpowiedź.

IJ: (śmiech) Właśnie widzę, ale umiejętnie się przed tym obronię. Myślę, że jeżeli taka scena byłaby uzasadniona w książce, miałaby sens, do czegoś miałaby prowadzić, mówiłaby o czymś ważnym czytelnikowi, to może kiedyś się o to pokuszę. Natomiast jeżeli sceny brutalności mają być tylko po to, żeby podkręcać emocje i tworzyć niezdrową atmosferę, to ja nie czuję takiej potrzeby. Przyznam szczerze, jeżeli czytałam u kolegów po piórze sceny, gdzie, nazwę wprost, są wyrywane wnętrzności, to są rzeczy, które mnie zniesmaczają, ja nie widzę sensu, by pisać w ten sposób. Wiem, że są ludzie, którzy chcą tak tworzyć oraz tacy, którzy chcą czytać brutalne kawałki i to jest dla mnie ok, ale ja niekoniecznie. Jedyna brutalność, jaka pojawia się w moich książkach, to brutalność psychiczna, psychologiczna. Jeżeli krew już gdzieś jest, to w momencie w którym widzimy ofiarę jakieś zbrodni. ,,Apartament” jest wyjątkowo delikatną książką, bo niemalże nie ma tam krwi. To jest książka, która w pełni opiera się na mroku duszy człowieka.

MK: Co w niej najbardziej lubisz?

IJ: Zakończenie (śmiech). Najbardziej lubię zakończenie, bo mam poczucie, że ono w pełni pokazuje z jednej strony naturę człowieka i wyjaśnia całą tę historię, która plecie się na niemal czterystu stronach. Z drugiej strony myślę, że to zakończenie będzie nagradzające dla czytelników, którzy być może czytają kryminały i thrillery po to, żeby zobaczyć, że dobro może jednak zatriumfować nad złem. Chociaż to rozwiązanie, według mnie, jest takie słodko-gorzkie, bardzo prawdziwe i życiowe.

MK: Czy przemycałaś w bohaterach, niekoniecznie pierwszoplanowych, jakieś spostrzeżenia z obserwacji realnych osób? Czy można się dopatrzyć jakichś perełek?

IJ: Staram się tego nie robić. Natomiast nie oszukujmy się, autor jak każdy inny człowiek nasiąka rzeczywistością. Ogląda określone rzeczy, czyta określone książki i to wszystko gdzieś w nim jest, dzieje się mimowolnie. Widzę jakiś gest u kogoś w kawiarni i zapominam o nim, ale pół roku później ten gest pojawia się w mojej książce. Mam poczucie, że autorzy nie piszą z próżni, tylko z głowy, a głowa rejestruje, fotografuje rzeczywistość. Te wszystkie kadry i ujęcia gdzieś w nas są. Nie opisuję ich świadomie i celowo, jednak myślę, że życie przeze mnie przepłynęło i też tam jest.

MK: Jakie bohaterki lubisz w literaturze? Jakie cię fascynują, jakie wkurzają, jakie zostawiają chwilę na refleksję „O! Ta to jest jakaś tam” – jaka?

IJ: Uwielbiam bohaterki silne, ale nie tak stalowo, nie te bez żadnych miękkich miejsc, tylko silne kobiety, które w środku są kruche, albo są kruche i nagle, na skutek tego co je spotyka w powieści, stają się silne. Trochę taką osobą jest bohaterka mojej trylogii Larysa Luboń, dziennikarka z głową ogoloną na jeża. Jest dziewczyną, która wydaje się być bardzo silna i niezłomna, a tak naprawdę jest niezwykle delikatną kobietą. Osobiście uważam, że największą siłą człowieka jest to, żeby czasem pozwolić sobie na słabość. Jeżeli ktoś sobie na tę słabość nie pozwala, to według mnie w ogóle nie jest silny, tylko jest w złym położeniu i powinien o siebie zadbać. Nie znoszę bohaterek naiwnych. Bohaterek, które pchają się w ewidentnie niebezpieczne sytuacje, w których nigdy nie powinny się znaleźć ani same, ani z tym człowiekiem, a one lecą jak ćmy do płomienia, zupełnie nie widząc zagrożeń. Zawsze mnie to zastanawia, mam poczucie, że takich ludzi już chyba nie ma, a może jednak są.

MK: Dużo jest takich bohaterek w polskim obyczaju. Ja też mało je lubię, ale czasem po jakiejś chwili refleksji przepraszam się z tą bohaterką, bo gdzieś ona rzeczywiście udowadnia mi, że miała rację bytu. A czy sięgasz po literaturę po to, żeby się odprężyć, żeby czegoś się dowiedzieć, dla rozrywki, czy jest to dla ciebie coś więcej?

IJ: Myślę, że moim głównym motywem jest odczuwanie, przeżywanie. Chcę przeżywać i to niekoniecznie literaturę rozrywkową, tylko literaturę piękną. Do dzisiaj pamiętam jak czytałam ,,Małe życie” Hanyi Yanagihary, bardzo przeżywałam tę książkę. To jest jedna z moich topowych powieści. Uwielbiam ją, płakałam przy tej powieści. To nie jest historia, w której dzieje się szybko, dynamicznie, jest pełno zwrotów akcji. Jest to książka głęboka emocjonalnie – myślę, że takich rzeczy szukam. Dlatego czytam reportaże, gdzie również często mnie trzęsie, bo pojawia się we mnie uczucie bezsilności, że wobec pewnych sytuacji w życiu nie da się nic zrobić, można o nich tylko czytać w książce i zaciskać zęby. Niekiedy dla rozrywki czytam też kryminały, thrillery. Skrupulatnie je wybieram, nie czytam wszystkiego, co jest bestsellerem. Raczej najpierw dosyć intensywnie sprawdzam recenzje, weryfikuję co to jest, bo nie lubię tracić czasu. Nie mam go zbyt wiele, więc jak już czytam, to chcę czytać dobre książki. Jednak na obronę tych odrobinę słabszych powiem, że też warto je czytać, bo są bardzo edukacyjne.

MK: Jeszcze Cię zapytam o twoje pisanie, o twój warsztat i sposób pracy, szczególnie nad powieściami, które muszą mieć punkt zwrotny, muszą zaskakiwać, zakończyć się najlepiej nie tak, jak czytelnik połączy kropeczki. Czy twój sposób pisania jest dynamiczny, czy wolniejszy, refleksyjny? I czy wszystkie kropeczki na osi czasu, od początku do końca książki, planujesz sobie zawczasu i się ich skrupulatnie trzymasz?
IJ: Nie planuję sobie punktów na osi czasu.

MK: Świetnie!

(śmiech)

IJ: Próbowałam tak zrobić przy jednej z książek. Miałam poczucie, że jestem jak w kajdanach. Jakby mi ktoś zapiął kajdany i zmusił do wykonywania punktu po punkcie, gdy wydawało mi się, że bohaterowie chcieliby zrobić coś innego. Czułam się jak więzień i nie wiedziałam czy iść za planem, czy za postaciami.

MK: Jeszcze tych bohaterów więziłaś przy okazji.

IJ: Tak, okropna sytuacja dla wszystkich. Pracuję tak, że najpierw chodzę i długo myślę o książce – może się wydawać, że ja wtedy nic nie robię. Moi bliscy i pewnie mój wydawca myślą sobie ,,Co jest grane? Ta dziewczyna nie siedzi przy biurku, nie pisze, tylko gdzieś chodzi, patrzy przez okno”.

MK: Medytuje.
IJ: Patrzy w sufit, tak. A ja mam taką metodę, że sobie niejako tę historię opowiadam wcześniej. Całą, od początku do końca. Nie wszystko wiem, ale wiem najważniejsze rzeczy – gdzie zaczynam i dokąd zmierzam. Wiem co chcę, żeby wybrzmiało. Zawsze sobie zadaję takie pytanie „Co ja chcę tą książką powiedzieć?”. Przy każdej książce tak mam, bo jest ta warstwa akcji i zdarzeń, ale jest też coś, co chcę, żeby zostało w głowie – płaszczyzna wspólnych doświadczeń. Książkę traktuję jako sposób rozmowy z ludźmi. Coś o czym może chcielibyśmy porozmawiać, a często jest trudno to zrobić, patrząc komuś prosto w oczy przy winie, na imprezie czy spotkaniu towarzyskim. Ja metafizycznie przez te książki rozmawiam z ludźmi. Najpierw chodzę, myślę o tym, a potem siadam i piszę. Pod koniec książki sprawdzam tylko, czy połączyłam  wszystkie sznurki, czy to ma sens, czy czegoś nie zgubiłam. Często się zdarza, że coś mi gdzieś uciekło, więc to szybko naprawiam.
MK: Tak, ja to znam. Na koniec opowiedz proszę o planach pisarskich. Czy już się coś rodzi nowego, czy potrzebujesz odpocząć?  Może nie potrzebujesz, ale chcesz odpocząć – tak sobie planujesz, żeby oczyścić głowę, pożegnać się z bohaterami?

IJ: Pożegnać się nie potrzebuję, ale myślę, że przydaje się reset głowy. Zrobienie przestrzeni na nową rzecz, nową historię. Choć tego odpoczynku w dzisiejszych czasach trudno mieć zbyt wiele, ponieważ świat pędzi, rynek książki pędzi.

MK: I oferuje dużo fajnych możliwości.

IJ: Tak, ale też to, że oczekiwania czytelników, wydawcy i tego mitycznego rynku są takie, żeby książki ukazywały się minimum jedna rocznie, a najlepiej dwie rocznie. Często jest się trudno w tym odnaleźć. Ja na pewno potrzebuję takiego momentu zatrzymania, żeby po prostu przez chwilę pożyć. Myślę, że jeżeli autor tylko pisze, a nie żyje, to zaczyna tracić kontakt z rzeczywistością. Uważam, że jeśli mamy pisać o prawdziwym życiu, to musimy też żyć. Ja sobie na to pozwalam i jak już pożyję, to siadam do nowej historii, układa się ona w mojej wyobraźni, a pewnego dnia po prostu otwieram komputer i ją zapisuję.

MK: Ostatnie pytanie, obiecuję. Twoje pisarskie marzenie to…?

IJ: Chciałabym zobaczyć ekranizację swojej trylogii. Dość szybko sprzedałam prawa do ekranizacji dla wytwórni Opus Film. Było to dla mnie zaskakujące jako dla osoby, która ledwie wydała swoje książki, minęło raptem pół roku i to się tak szybko wszystko wydarzyło. Książki trafiły do producenta, który zrobił chociażby „Zimną wojnę” i „Idę”, albo seriale  „Klangor” i ,,Kruk”, więc dla mnie to było niezwykłe i nadal jest nobilitujące, cały czas się szczypię i sprawdzam, czy mi się to nie śni. Jeżeli uda nam się tę ekranizację zrealizować, to będę przeszczęśliwa.

MK: Mam nadzieję, że niebawem nie tylko przeczytamy, ale i zobaczymy te duszne i mroczne przygody. Państwa zachęcam do sięgnięcia nie tylko po „Apartament”, ale też do pozostałych książek Izy. A Ciebie uprzejmie proszę, pisz dalej!

IJ: Dziękuję bardzo za rozmowę.

MK: Dziękuję.

Fot. Aleksandra Voy

Reklama