Suzanne Jongmans. Królowa stylizowanych portretów

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

We wszystkim co robi jest perfekcyjna. Starannie złożone kryzy i stroje stylizowane na wcześniejsze epoki od lat są jej najważniejszymi znakami rozpoznawczymi. Suzanne Jongmans nie jeden raz udowodniła, że wiszące od lat w muzealnych salach obrazy wciąż mają wiele do zaoferowania.

Kostium

Jej zdjęcia są mieszanką przeszłości i teraźniejszości. Zaskakują formą, kształtem i ponownie użytymi materiałami. Niewiele wiadomo o je dzieciństwie; Jongmans bardzo strzeże swojej prywatności, rzadko też udziela wywiadów. Przychodzi na świat w 1978 roku w Holandii. Już w dzieciństwie kocha się przebierać i przeglądać w lustrze.

Od zabaw z rówieśnikami woli rysować, w takim samym stopniu interesuje ją sztuka współczesna co dawna. Z wypiekami na twarzy ogląda reprodukcje obrazów Jana van Eycka, Rembrandta czy Roberta Campina. Skomplikowane stroje to jedno, drugie to wydobywające się z mroku postacie. Jongmans jest nimi zauroczona. Wtedy wymyśla siebie na nowo.

Kolekcjonerka zwykłych rzeczy

Uniwersytet w Tilburgu, do którego kobieta się dostaje jest jedną z najlepszych uczelni świata. Aby się do niej dostać liczą się wyniki i talent. Tego ostatniego Suzanne nie brakuje. W pracowni projektowania tkanin uczy się szycia, rozpoznaje ściegi i czyta o historii ubioru. Już wtedy bardziej od współczesnych strojów intrygują ją XVI i XVII wieczne kostiumy. Zanim rozpocznie prace nad nowym dziełem długo nie wychodzi z muzeum. Podziwia detale, metodą prób i błędów wykonuje pierwsze zdjęcia.

Jongmans: „Kiedy patrzysz na dzieła starych mistrzów, naprawdę możesz zobaczyć, ile czasu poświęcono na obrazy. I t pasuje do opracowanej przeze mnie metody”. Obok szczegółów istotne są dla niej surowce. Używa nikomu niepotrzebnych pianek, styropianu, folii bąbelkowej i starych, nie nadających się do niczego koców. Przekonuje: „Kolekcjonuję różne rzeczy, takie jak koce, wełna, przedmioty naturalne. Chciałabym, żeby wszystkie materiały opowiadały jakąś historię”. Przyznaje, że nawet zwykłe, wyrzucone na śmietnik kartki papieru stają się dla niej diamentami. W jaki sposób je obrabia?

Pochwała dobrej sztuki

Przygotwanie jednego ujęcia to dosyć pracochłonny, skomplikowany proces. Zanim wykona kilkadziesiąt odbitek tej samej fotografii godzinami projektuje tkaniny, marszczy je na modelach. Finezyjnie obrobione zdjęcia do złudzenia przypominają dawne obrazy. Jongmans zwraca uwagę na makijaż postaci, woskowe twarze wyglądają jak figury z muzeum Madame Tussaud.

Wykadrowane, o mocnym światłocieniu odbitki szybko zyskują uznanie nie tylko koneserów sztuki, ale i ekologów. Ci ostatni chwalą artystkę za wykorzystanie niepotrzebnych materiałów. Już pierwsza wystawa w 2007 roku przynosi Suzanne dużo pozytywnych recenzji. Ona sama nieustannie dąży do doskonałości; stworzenie jednej fotografii zajmuje czasem kilka miesięcy, ale efekt przechodzi najśmielsze oczekiwania. „Mind Over Matter” i „Portrety” inspirowane twórczością Hiroshi Sugimoto zasługują na prawdziwe uznanie. Po tych realizacjach Jongmans zostaje obwołana królową stylizowanej fotografii.

Sztuka prostoty

We wszystkim co robi szuka prostoty. Znajduje ją w delikatnie marszczonych tkaninach, skupionych pozach modeli i niewyszukanych, statycznych ujęciach. Bardziej od dużej ilości ozdób ceni autentyczność. Sama dopieszcza każdą pracę, dokładnie wie, jakie emocje chce wywołać. We wszystkich dziełach można odnaleźć spokój i ciszę. Artystka zmusza widza do zastanowienia nad światem i własnym życiem, ale robi to w niezwykle przejmujący sposób. Nieustannie poszukuje odpowiedzi na pytanie czym jest piękno.

Suzanne Jongmans jest fotografką, o której coraz częściej mawia się, że tworzy nieszablonowe, wielowarstwowe arcydzieła sztuki. Największą inspirację stanowi dla niej dawne malarstwo, które utrwalone na fotografiach nie traci nic ze swej aktualności. I właśnie za to jest dziś uwielbiana i kochana na całym świecie.

Małgorzata Giermaz

Reklama