Jesień Niejedno Ma Oblicze – Wywiad Z Mariką Krajniewską, Autorką Książki “Fall in Love”

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Jesień niejedno ma oblicze. Może być pełna magii, kolorów i… słodkich wypieków. To właśnie w takim jesiennym Toruniu spotkają się Jagoda i Adam, dwójka bohaterów najnowszej książki Mariki Krajniewskiej „Fall in love”. Z pisarką o jesieni i ludzkich emocjach rozmawiał Maciej Lasota.

M.L. Lubisz piec?

M. K. To jest pytanie tak zwane z drugim dnem. Aby dokopać się do tego pierwszego, trzeba wrócić do mojego rozwodu. Lubiłam piec kiedyś. Potem się rozwiodłam. Wzięłam rozwód również z garami i całą kuchnią. Oczywiście gotowałam dla siebie i córki, ale mniej chętnie niż kiedyś. A potem przychodziły falami momenty, kiedy odzyskiwałam chęć na pieczenie lub gotowanie i zdefiniowałam w tym pewną zależność. Gotowałam i piekłam, gdy czułam się spełniona i szczęśliwa. A potem otworzyliśmy rodzinną piekarnię, więc… gdy jestem szczęśliwa zajadam się cynamonkami i „Elizkami Orzeszkowymi” z naszej piekarni.

M.L. Pytam, bo Fall in love jest pełna cudownych opisów fenomenalnych wypieków. Ta książka, aż pachnie słodyczą, gdy się ją czyta. Nie wspominając już, że człowiekowi zaczynają, przy każdym opisie wypieków, intensywniej pracować ślinianki. Ciekaw jestem, ile w tym własnych umiejętności i doświadczenia w pieczeniu, a ile czysto pisarskiej fantazji i warsztatu?

MK. W Fall in love jest i jedno, i drugie. Gdy spotykają się umiejętności z pasją oraz pisarska fantazja, to powstają malutkie dzieła sztuki. W tym przypadku kulinarne. Cieszę się, że udało się donieść do czytelnika nie tylko słowa, ale też smak i zapach.

M.L. Przyznam, że gdy czytałem Fall in love, to przecierałem oczy ze zdziwienia. Jestem wielkim fanem szarlotki, tej klasycznej, a Ty w swojej książce proponujesz szarlotkę, która po pierwsze, zamiast jabłek ma wiśnie, a po drugie, w kruszonce – kakao. Zresztą, takich cudowności jest tam więcej. Moje pytanie zatem brzmi: czy Twoja książka kucharska pochodzi z Hogwartu?

M.K. Gdyby była stamtąd, to pewnie by jej autorką była Hermiona Granger. Aczkolwiek coś w tym jest, ponieważ starałam się do każdego wypieku dosypywać trochę magii. A ściślej rzecz biorąc, robił to główny bohater, Adam, którego celem jest pieczenie z duszą, czyli z myślą o drugim człowieku.

M.L. Zresztą łamiesz konwenanse, nie tylko w kwestii słodkości. Fall in love, reklamowana jest jako “najsłodszy romans na jesień”. Jesienna książka powinna być przyjemna, lekka i wesoła. U Ciebie jest przepysznie, przyjemnie i wesoło, ale już niekoniecznie lekko. Twoi bohaterowie zmagają się poważnymi problemami: Jagoda jest ofiarą przemocy w rodzinie, zaś Adam boryka się z konsekwencjami trudnego dzieciństwa w domu dziecka, co wpływa na jego brak wiary w siebie. Dlaczego do jesiennej beczki miodu, dodałaś tę łyżkę dziegciu?

M.K. Ponieważ jesień to też plucha, której nie lubimy i przed którą staramy się uciec. Moim zadaniem było pokazanie, że żyjemy poza instagramowym cukiereczkiem i życie daje nam psikusy. Ale jesteśmy też obdarzeni w pewne magiczne zaklęcia i eliksiry, o których bardzo często zapominamy. A gdy zapominamy, to chwytamy miotłę, by nasze własne życie zamieść pod dywan. Eliksiry, o których wspomniałam to nic innego jak piwo, którego sami sobie możemy nawarzyć. Czyli: nasze reakcje na życiowe akcje. Nasza wiara w siebie, wiara w innych, poczucie własnej wartości i akceptacja nas samych takimi, jacy jesteśmy. To daje siłę i odwagę do działania i robienia z życiowej cytryny, pysznej lemoniady.

M.L. Zatrzymajmy się na chwilę, przy Jagodzie, bo jest to postać złożona. Artystyczna, introwertyczna, stłamszona na co dzień dusza, która rozkwita w pełni tylko w towarzystwie swoich lalek z teatru, w którym pracuje. Od początku taki był na nią pomysł czy wizja bohaterki ulegała zmianom?

M.K. Jagoda nosi w sobie tajemnicę, której się wstydzi. Komunikuje się ze światem poprzez swoje lalki i spektakle, które tworzy. To jej okno na świat. Taki był zamysł od samego początku, by pokazać, że czasami ludzie, którzy są zamknięci we własnym traumatycznym świecie, czasami nieświadomie znajdują dziurkę od klucza, by nie stracić połączenia ze światem zewnętrznym. Tak właśnie Jagoda, patrzy ze sceny na świat, szukając dla siebie w tym świecie miejsca.

M.L. A czy Jagodę da się lubić? Albo inaczej: czy ona daje się czytelnikowi polubić?

M.K. Oczywiście. Jest łagodna i odważna, choć po tę własną odwagę sięga dopiero po przemianie, po transformacji, jaką przechodzi na stronach powieści.

M.L. Na drugim biegunie jest Adam, gość rodem wyjęty z komedii romantycznych. Nieśmiały, uzdolniony, szukający szczęścia i miłości. Niemniej, mam wrażenie, że sprowadzenie go tylko do przeciwwagi dla Jagody, to klucz zbyt łatwy. Zgodzisz się?

M.K. Ależ Adam też swoje przeszedł, ale bardzo szybko zrozumiał, że wszelkie przeciwności losu wcale nimi nie są. Postanowił, że wszystkie zdarzenia ze swojego życia potraktuje jako zasób. Zaakceptował je, utulił (i to jest bardzo męskie) i czując za nie wdzięczność sprawił, że zaczęły mu służyć. Dzięki temu mógł nie przegapić na swojej drodze Jagody, lecz ją dostrzec, zauważyć w niej jej nieme wołanie o pomoc.

M.L. Obojgu bohaterom głównym, zdecydowałaś się dać swoistych pomocników w codziennych zmaganiach. Jagodzie towarzyszy pasierbica Zosia, zaś Adamowi dwie, przebojowe staruszki: Iwaszkiewicz i Mariaszka. Opowiedz proszę coś o tych postaciach, bo choć drugoplanowe, emanują swoim kolorytem na całą książkę. I to właśnie w nich najlepiej realizuje się humor sytuacyjny, którym Fall in love, aż się skrzy, niczym żółte liście w słońcu.

M.K. Co ciekawe, choć sama mam dzieci, to postać Zosi była dla mnie najtrudniejsza. Zosia to siedmiolatka, rezolutna, wyjątkowa, która wcale nie trzyma języka za zębami. I wie, czego chce od życia. Potrafi to też komunikować światu. Bardzo pomogła Jagodzie, choć z początku wydaje się, że są do siebie wrogo nastawione. Jednak moje własne życie pokazuje, że z wrogich relacji zawsze, bez wyjątku, bardzo szybko może się zrodzić zrozumienie, sympatia i przysłowiowe „oko za oko, ząb za ząb”. Mariaszka z Iwaszkiewicz z kolei przyszły do powieści same. Nie były ani planowane, ani zapraszane. Pojawiły się w pewnym momencie i zostały. To dwie staruszki, doświadczone życiem, które wyznają zasadę: „swoje przeżyłam, swoje wiem i pozwalam sobie na wszystko”. Ostatnio w rozmowie z Iwoną Rzeszotek z Radia PiK, dowiedziałam się, że czytając o tych dwóch bohaterkach, przed oczami miała własną mamę. Bardzo się na to ucieszyłam. Lubię łączyć w książkach pokolenia. Często w życiu przed tym uciekamy.

M.L. No i jeszcze Hilary! Jakże mogłem zapomnieć? Wybacz. Słówko o Hilarym, człowieku pełnym czarującej staromodności?

M.K. Hilary jest starym poczciwym romantykiem i dżentelmenem. Moja pani redaktor prowadząca nie była do niego przekonana. Ta jego szarmanckość trąciła myszką. Trochę się na niego uparłam i widzę, że dobrze, ponieważ zarówno Hilary, jak i starsze panie sąsiadki wnoszą dużo miękkości, czułości, ale i dziarskości do relacji bohaterów. Czytelnicy są stęsknieni za tym, co było kiedyś. Do szacunku do drugiego człowieka i widzeniu go całego z jego problemami i z jego radościami. Czy teraz to widzimy w innych, czy chcemy w ogóle?

M.L. Bohaterów mamy za sobą. Przejdźmy zatem do miasta, w którym rozgrywa się akcja powieści. Do Torunia. Dlaczego akurat to miasto?

M.K. Toruń to miasto pełne magii. Przynajmniej dla mnie. Piernikowe kamienice w centrum miasta, budynek teatru lalek Baja Pomorskiego. Kolory jesieni kojarzą mi się zdecydowanie z toruńskim krajobrazem. Toruń to też moja melancholia. Co też kojarzy się z jesienią. Moja melancholia, ponieważ w Toruniu poznałam smak tęsknoty za innym miejscem. Jednak też w Toruniu tej tęsknoty się wyzbyłam. To miasto z duszą, a dla mnie też ze wspomnieniami.

M.L. Czy osobisty sentyment, wspomnienia, tęsknota, ułatwiały oddanie na kartach książki jesiennej melancholii?

M.K. Trafiłeś w dziesiątkę. To nie mogło być żadne inne miasto.

M.L. Już na koniec, dwa szybkie pytania. Pierwsze: będzie kontynuacja przygód Jagody i Adama?

M.K. Bardzo bym chciała. W kontynuacji Jagoda i Adam wreszcie pozwolą sobie na większą ekspresję uczuć. Zimowy romans na rozgrzanie? Czemu nie!

M.L. I drugie: co Hilaremu wyszło w tarocie?

M.K. A to wyjaśnię również w kolejnym tomie J

„Fall in love”, Marika Krajniewska, Wydawnictwo Kobiece.

Reklama

Menel Kultury

Czasem wypada zastanowić się nad początkiem. Nad tą pierwszą chwilą,