Eryk Kulm Jr: Uchwycić Energię

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Julia Trojanowska: To nasz ostatni dzień na 47 Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, a ja mam przyjemność porozmawiać z bohaterem filmu Michała Kwiecińskiego, „Filip” – Eryk Kulm na naszej kanapie, dzień dobry.

Eryk Kulm Jr: Cześć.

Mam wrażenie, że wszyscy mówią o „Filipie”, a przede wszystkim o Twojej roli. Jak się z tym czujesz?

Super, że wyszło. Że ta praca – a to była bardzo ciężka praca – przeszła na druga stronę. Cieszę się, że te miesiące pracy nie poszły na marne. Najgorzej jest jak człowiek zapieprza, a potem dupa zbita.

Muszę przyznać, że troszkę obawiałam się tego filmu, bo nie znałam powieści Tyrmanda. Pomyślałam sobie, że ten temat został już wiele razy przedstawiony. Wszystko się zmieniło przy pierwszych scenach nad basenem – potem moje oczy robiły się coraz większe. Wojna i seks to nietypowe połączenie, zwłaszcza w przypadku polskich filmów wojennych. Miałeś wobec tego tematu jakieś obiekcje, czy już na początku zawierzyłeś reżyserowi?

Gdy zobaczyłem scenariusz to bardzo się ucieszyłem – przede wszystkim dlatego, że to nie będzie kolejny film o gloryfikacji wojny ze strony Polski i Polaków, i że to nie będzie kolejny napompowany bohater przesiąknięty wojennymi piosenkami, który z podniesioną głową i karabinem idzie umierać. „Filip” to opowieść o człowieku – o samotności, a nie próbie wyzwolenia kraju.

Filmy wojenne są często bardziej narodowe niż wojenne…

Tak, są bardziej o ideologii niż o człowieku – są propagandowe, podchodzące pod gloryfikację wojny i Polaków w czasie wojny. Tutaj to podejście do bohatera jest niejednowymiarowe. Ten film staje się współczesny przez to, że wojna jest w tle – ona oczywiście napędza całą sytuację. Ta rzeczywistość jest ekstremalna, a jednak w tej rzeczywistości najważniejszy jest człowiek.

Byłam wczoraj na waszym spotkaniu z twórcami. W trakcie dyskusji usłyszałam zdanie, że Twojego bohatera się nie lubi bo – i tu padł świetny argument – bo stracił rodzinę, więc powinien cierpieć, a nie cierpi…

A nie cierpi… znaczy cierpi, ale…

…ale w bardzo nietypowy sposób. Polubiłeś swojego bohatera? Miałeś wobec niego jakieś wątpliwości?

Chyba nigdy sobie nie zadałem tego pytania. Gdy myślałem na początku o tej postaci, co to w ogóle znaczy bronić postaci – bo jednak jest coś takiego, że zawsze chcesz, aby widz jakkolwiek się utożsamiał z bohaterem, którego tworzysz. Wtedy te emocje mogą przejść na widza. Tutaj chyba w ogóle nie odpowiadałem sobie na to pytanie i bardzo szybko przestałem je sobie zadawać. Myślałem bardziej o tym, żeby go zrozumieć.

Trudno jest chcieć polubić kogoś, kto jest tak zniszczony. Kogoś, komu życie właśnie się skończyło. Widząc pierwszą scenę i znając background Filipa… tu nie chodzi o polubienie go, bo jak można w ogóle próbować go nie polubić, próbując wejść w jego buty. Jak człowiek ma egzystować we wrogim kraju, gdzie na każdym kroku chcą go zabić. Gdzie jest traktowany jak ktoś niższej kategorii. Jak on ma być dobry? Jak mamy go chcieć polubić? Co on musiałby zrobić, by stać się pozytywną postacią na tle takiego hardcoru. Czegoś, co jest w ogóle nieprzystawalne do życia, które znamy.

Z jednej strony myślisz sobie, że jest okrutny dla kobiet i wykorzystuje je, ale  ty wiesz czemu jest okrutny. Wiesz, że on nie jest w stanie poradzić sobie z tym, że jest sam w środku kraju, gdzie od śmierci dzieli go zdjęcie spodni. Trudno jest więc mówić o próbie polubienia bohatera, który nie ma prawa w tych kategoriach istnieć.

Na pewnym etapie w produkcję filmu zaangażowany był syn Tyrmanda.

Z tego co wiem to tak, ale nie wiem tego bezpośrednio. Kiedy Michał tworzył scenariusz – zaczął go robić wiele lat wcześniej, zanim powstała finalna wersja – to wysyłał różne wersje scenariusza do Matthew, który odsyłał mu swoje uwagi. Żonglowali się trochę, żeby znaleźć wspólną wizję, jak widzi to syn i jak widzi to reżyser.

Ale w trakcie powstawania filmu miałeś okazję…nie, nie miałeś okazji. Czyli bez presji, bo z tego co wiem, to  jest to powieść mocno autobiograficzna.

Tak. Matthew powiedział mi wczoraj, że widział ten film siedem razy i płacze, bo  właśnie taki był jego ojciec. Że udało mi się uchwycić jego energię. Wszystko chyba zadziało się intuicyjnie, ale to być może dlatego, że scenariusz jest jasny – wiemy, co dzieje się z bohaterem i czym podyktowane są jego decyzje.

No to gratuluje – usłyszeć takie słowa od syna swojego bohatera musi być wspaniałą sprawą.

Prawda? Absolutny geniusz. Na przykład zbiegiem okoliczności było to, że w scenariuszu Michała Filip jest architektem i chce budować miasta. Okazało się, że Leopold też był architektem, a Michał o tym nie wiedział. Tak samo z zakończeniem filmu – mamy motyw ucieczki do Paryża, o której Michał też wcześniej nie wiedział, a okazało się, że pan Leopold zrobił dokładnie to samo.

Zatrzymując się jeszcze na koniec przy Michale – w trakcie spotkania z twórcami wspomniał o tym, że nie ma już ochoty kręcić filmów wojennych. Z tego co wiem, sam masz już kilka takich projektów w swojej filmografii. Też już nie chcesz robić takich projektów i szukasz czegoś nowego? A może już nad czymś pracujesz?

Chyba nie mam tak, że coś lubię, a czegoś nie lubię w filmie. Oczywiście ten okres przedwojenny w historii jest bardzo nęcący. Ja, jako widz, lubię oglądać filmy, których akcja nie toczy się w czasach współczesnych – ta podróż staje się wtedy ciekawsza. W ogóle kręci XVIII i XVII wiek, bardzo chciałbym spróbować zagrać w jakiejś peruce. Ale wojenne… chyba nie mam czegoś takiego, że nie chcę. Tak jak w przypadku „Filipa” – można pomyśleć, że jest to film wojenny, ale jednak nie do końca. Wszystko zależy od scenariusza i podejścia do tematu.

Dobrze, w takim razie życzę Tobie roli w peruce. Jeszcze raz gratuluje wspaniałej roli. Od kiedy możemy oglądać „Filipa”?

W kinach będzie od marca.

To trochę jeszcze poczekamy, ale zapraszamy od marca na film „Filip”, idźcie na niego!

Tak, idźcie!

Dziękuję za rozmowę.

Dzięki.

Fot. Michał Buddabar

Reklama

Menel Kultury

Czasem wypada zastanowić się nad początkiem. Nad tą pierwszą chwilą,