Piotr Trojan: Fluktuuję

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Jakub Wejkszner: Miło mi cię widzieć. Spotkaliśmy się już na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, gdzie miałeś okazję porozmawiać z nasza koleżanką redakcyjną Kingą Burzyńską. Rozumiem, że to była wspaniała dyskusja.

Piotr Trojan: Oj wspaniała. Na Festiwalu, w festiwalowej atmosferze i ze świadomością, że premiera „Johnn’ego” była świetnie przyjęta przez widzów.

To prawda. Dzisiaj jesteśmy w naszym studiu w Fabryce Norblina, skąd pozdrawiamy naszych wideosłuchaczy, oglądaczy, czy osoby inaczej postrzegające rzeczywistość.

I to samo studio było w Gdyni.

To samo studio było w Gdyni, zostało teleportowane.

Teleportowane, tak jest.

Tak to u nas wygląda. Dużo się u ciebie dzieje odkąd zakończyłeś Festiwal wielkim zwycięstwem i niesamowitą mową końcową. Powiem szczerze, spałem dzisiaj siedem godzin i myślę sobie tak: czy ja jestem w ogóle w stanie podołać tej rozmowie?

Tak miałeś?

Tak miałem, tak sobie pomyślałem. Jesteś w tym kraju nad Wisłą człowiekiem człowiekiem niepokornym, tak dobrze o sobie mówisz. Myślę sobie – ten człowiek czuje się dobrze we własnej skórze. On czuje, że wybudował pomnik trwalszy niż ze spiżu. A ja tu przyjdę tylko po siedmiu godzinach spania, więc jak dam radę? 

Szczęśliwie jestem na takim etapie życia, że mogę być szczery przede wszystkim sam ze sobą. Zawdzięczam to terapii oraz wielu mądrym ludziom, których miałem okazję poznać. Zgadzam się z tobą – Polacy, ale na pewno nie tyko oni, mają problem z mówieniem nawet nie tyle o sukcesie co o jakichkolwiek pozytywnych aspektach swojego życia. Czujemy pod skórą, że będzie to odebrane jako przechwałki, pewna wyniosłość. Dlatego wolimy sobie umniejszać żeby się dopasować, wtopić w tłum. Tylko po co? Sam wiem najlepiej ile wysiłku, ile lat pełnych wyrzeczeń kosztował mnie mój sukces. Dlaczego miałbym sobie dzisiaj odmawiać prawa by się nim cieszyć? Ale z tym pośmiertnym pomnikiem ze spiżu to przesada. Ja to widzę raczej jako mały kamyk (śmiech).

Jak to wygląda u ciebie? Bo w Polsce jest to raczej postrzegane semi-negatywnie, gdy ktoś mówi o sobie dobrze.

Musiałem dużo w życiu doświadczyć, żeby siebie pokochać. Cały czas się tego uczę. Podobnie jak ty nie mogłem wczoraj długo zasnąć. Bardzo często, zwłaszcza w nocy, kotłują mi się w głowie myśli, pojawiają irracjonalne lęki. Dlatego lubię oglądać filmy przed snem. Po pięciu minutach już zasypiam. Obojętnie, czy to będzie horror czy tragedia, to od razu mnie odcina. Moje myśli przekierowują się na to, co oglądam. Gdzieś przeczytałem, że żeby to sobie usystematyzować, to trzeba dać sobie godzinę w ciągu dnia, kiedy będę myślał o tych wszystkich rzeczach. I to powoli zaczyna pracować. Zacząłem rozumieć te procesy po terapii, trochę dzięki znajomym, przez książki. Lubię patrzeć, jak moja maszyna – ciało i psychika – reaguje, działa. Jak zarządzam tym okrętem, siedząc sobie i nim sterując. I w ten sposób pracuję nad sobą, żeby jak najbardziej się dobrze ze sobą czuć.

Wydaje mi się, przynajmniej tak wnioskuję po rozmowach z osobami z mojego środowiska czy z aktorami, że nie często ludzie zwracają się ku sobie. Mają takie chroniczne bóle egzystencjalne przechodzące z pokolenia na pokolenie, które ciążą im na barkach, na duszy i nie są w stanie nawet dojść do tego momentu, w którym stwierdzają: okej, mam problem, powinienem się nad tym zastanowić. Jak to było u ciebie? W jaki sposób doszedłeś do tego, że musisz coś z tym zrobić?

Nie ukrywam, że ja tego nie potrafiłem sam odkryć. Pomogło mi kilka lat terapii. Przede wszystkim nie umiałem poradzić sobie z emocjami. Wyjście na scenę czy na casting wiązało się z myślami – zaraz na pewno się ośmieszę. Ktoś pozna moją wrażliwość. Na pewno będę źle oceniony. Widziałem kiedyś taki obrazek, że stoi na scenie mały człowieczek, a za kurtyną chowają się gigantyczne potwory. Ja się mniej więcej tak czułem w teatrze. Pamiętam te trzęsące się nogi. Wydaje mi się, że tej nabudowanej wrażliwości było za dużo. Za dużo było lęków, strachów, a za mało wiedzy jak wywalić z siebie te emocje. Na scenie, kiedy na przykład płaczesz, ciało się zmienia, zaczyna płakać z tobą. Kiedy się śmiejesz, to ciało też się śmieje. Kiedyś miałem olbrzymie problemy z wyrażaniem złości, którą tłamsiłem. Przez to pojawiły się problemy z bruksizmem, bólem w miednicy, spiętym ciałem i różnymi innymi lękami. Zauważyłem, że kiedy wyrażam się i umiem to zrobić, jestem z siebie dumny i widzę, że ciało mi dziękuje za to wszystko. Miałem duży problem ze słuchaniem swojego ciała. Tego uczyła mnie terapeutka. Bo nie wiedziałem czy mnie boli brzuch, bo ja się zatrułem, czy boję się czegoś, co ma się wydarzyć za dwa dni.

Powiedziałeś też coś ciekawego à propos tego, jak zostaje rola w tobie. Biorąc pod uwagę twoje poprzednie role dramatyczne, czy to w „Johnnym”, czy w „25 latach niewinności” – jak to na ciebie wpływa tak osobiście? Przez ten ciężar emocjonalny prawdopodobnie nie możesz tego odłożyć gdzieś na półkę i wrócić do gotowania jajek rano.

W moim przypadku jest to długi proces, gdzie ciało i psychika zaczynają się coraz bardziej odcinać od mojego życia prywatnego, a zaczynam żyć sytuacją, życiem mojego bohatera. Głos mi się zmienia, w pewnym momencie zaczynam inaczej chodzić. To nie dzieje się świadomie, a pod wpływem ilości materiału, który przyswajam, ale też spotkań, czy prób. Pamiętam sytuację, gdy pracując przy „Johnnym”,  osiem miesięcy po zakończeniu zdjęć, miałem iść do studia i nagrać postsynchrony. Nie umiałem już mówić jak mój bohater. Nie znałem już tych słów, to było dla mnie obce. Jeżdżąc na spotkania z publicznością oglądam końcówkę filmu, żeby trochę wejść w sytuację, w której jest widz. Czyli w ogóle nie znam u siebie tych stanów, tego głosu. Potem to zawsze w jakiś sposób odreagowuję. Dopiero teraz zaczyna docierać do mojego ciała to, co się wydarzyło na planie. I ono nagle jest strasznie ciężkie, ospałe, zmęczone. A od zakończenia zdjęć i premiery upłynęło już sporo czasu.

To jest bardzo trudne, szczególnie biorąc pod uwagę całe skomplikowanie naszej rzeczywistości. Ludzie mają jedną mentalną rolę w swoim życiu, czyli bycie sobą i ciężko jest się połapać.

To jest trudne i nie każdy potrafi ją zagrać. Nawet umierając cały czas nie umie znaleźć siebie.

Dokładnie. Ja zacząłem takie coś zauważać w swoim życiu. Myślę, że są takie ścieżki, które za każdym razem się pojawiają, kiedy zaczynam robić jakąś rzecz. I mogę iść tą ścieżką, którą powinienem. Na przykład wiem, że kupiłem złe baterie, to powinienem pójść do sklepu i się pokłócić z kasjerką. Tak powinienem zrobić, to jest słuszna droga. Ale idę tą boczną czasami i myślę sobie: no dobra, będę stał w tym sklepie pół godziny i ona będzie na mnie krzyczeć, powie mi, ze jak nie mam paragonu, to nie mogę zwrócić i teraz jestem w tej sytuacji. Masz też coś takiego?

Często tak mam. To dlatego, że nie chcę się konfrontować, bo nie wiem, jak moje ciało zareaguje. Że się rozlecę, że zacznę się jąkać i pocić, że będę się wstydził, że wyjdę na jakiegoś wariata. Lubię kupować online, gdzie nie ma konfrontacji.

Dokładnie.

Wracając jeszcze do kwestii roli, jaką każdemu z nas przyszło grać – warto pamiętać, że z wiekiem ona ewoluuje. Jakieś sześćlat temu myślałem, że jestem bardzo nieśmiałym, zakompleksionym chłopakiem, który nie chce mieć z nikim nic wspólnego. Teraz czuję u siebie zupełnie inne emocje. Lubie, kocham ludzi. Chcę się wyrażać, wychodzić ze strefy komfortu. I te zmiany są w porządku, potrzebuję nowych doświadczeń. I to cały czas skacze. Nawet ciężko mi brać odpowiedzialność za słowa, które powiedziałem rok temu, bo wiele się w moim życiu zmieniło.

No tak, zmieniamy się cały czas, ale to chyba dobrze? Wyobraź sobie, że gdybyś myślał tak samo, jak myślałeś, jak miałeś dwanaście lat, to kiepsko z tobą.

Pamietam, gdy przychodziłem na castingi i na początku myślałem o tym, żeby się ładnie ubrać, żeby było fajnie, żeby dać z siebie jak najwięcej energii. Teraz mam inne podejście: bierzecie mnie dlatego, bo chcecie, żeby widz się utożsamił z tym bohaterem. Widz jest taki, taki lub taki. Wesoły, smutny, brzydki, ładny. Nie przebieram się, nie udaję nikogo. Przychodzę zmęczony, bo jestem zmęczony. Mówię o tym. Tego też musiałem się nauczyć – żeby mówić. Nie nabudowywać sobie. Ostatnio grałem w kopalni, a boję się zamkniętych przestrzeni. Mam tak od pielgrzymki z Wrocławia do Częstochowy. Poproszono mnie wtedy, żebym przewiózł wszystkie bagaże w ciężarówce. Zasypali mnie tymi torbami. Ja byłem zamknięty w tej małęj przestrzeni, wpadłem w panikę. Od tego czasu nie umiałem sobie z tym radzić. I ja się tak bałem tych zdjęć, że dzień wcześniej zadzwoniłem do agenta, z prośbą żeby powiedział, że mam Covid, żeby skłamał. Ale poszedłem. Na śniadaniu powiedziałem jednak o tym reżyserowi i producentowi. Od razu mi ulżyło. Oni mnie oczywiście zrozumieli i zapewnili, że będę zaraz przy wyjściu, że będzie bezpiecznie, że gdybym czegoś potrzebował, to oczywiście wszyscy wskażą mi drogę. Mój bohater miał być tym pierwszym, który idzie i jest hej do przodu. Ale ustaliliśmy z chłopakami, że będę szedł jako ostatni, który się wszystkiego boi. Dostosowaliśmy sytuację do moich możliwości. Mogłem być szczery na planie, a widz oczekuje od nas przede wszystkim szczerości. Czułem się dumny, że umiałem powiedzieć o swojej słabości reżyserowi i producentowi. Cokolwiek o mnie myślicie, ja jestem przerażony dzisiejszym dniem i wejściem do kopalni. Okazało, że ktoś miał taki lęk, ktoś miał inny lęk. I to jest w porządku bo takie jest życie.

Mam wrażenie, że dużo reżyserów, czy twórców, postrzega cię w pewien określony sposób. Może też dlatego, że jesteś taki otwarty jeżeli chodzi o swoje potrzeby, swoje słabości, swoje silne strony. Wydaje mi się, że często wykorzystują ciebie, żeby pokazać osobę, której się współczuje. Która doświadcza strasznych rzeczy, jest zaszczutym zwierzem. Szczególnie w przypadku „25 lat niewinności”, kiedy po prostu byłeś taki skulony, jak jakieś przestraszone zwierzątko. Zauważasz coś takiego? Z czego to wynika?

Na pewno wynika z tego, że kiedy już ktoś zagra rozpoznawalną rolę, to automatycznie zaczyna być kojarzony z konkretnym typem bohatera i takie też dostaje propozycje. Skończyłem kurs reżyserii w Szkole Wajdy i miałem obsadzić u siebie aktorów. I też myślałem sztampowo, mimo że wiedziałem, kto jakim jest aktorem. W popularnych u nas wojennych serialach, wszyscy są w pełnym make-upie, biegają po lesie i strzelają, chodzą na szpilkach. Grają tam najprzystojniejsi chłopcy, dziewczyny mają perfekcyjnie ułożone włosy.  Czy naprawdę tak wyglądała wojna? Producenci czasami boją się myśleć „out of the box”, czyli niesztampowo. Ogranicza ich lęk związany z milionowym budżetem na film. Dlatego powielają i utrwalają pewne schematy, które potem oglądają widzowie. Wolą wybrać aktora, który wizualnie przyciągnie widza choć artystycznie nic nowego nie wniesie. Na szczęście widać światełko w tunelu. Zaczynają dziać się wyraźne zmiany, w Gdyni wygrywają debiutanci, aktorzy na planach zaczynają być traktowani podmiotowo, a nie przedmiotowo. W zagranicznych produkcjach widzimy ludzi różnych ras, również w filmach historycznych i kostiumowych, powstaje co raz więcej ciekawych ról dla kobiet i to tych pierwszoplanowych. Ci dotąd przeźroczyści wychodzą z cienia i robią świetne kino.

Ale to jest czasami takie krótkowzroczne widzenie. Masz kilku aktorów na krzyż, którzy występują powiedzmy w większości polskich filmów przez jakiś czas. Tak są w stanie się ludziom przejeść w pewnym momencie, że się zastanawiam, czy to nie jest działanie na niekorzyść pracy tych reżyserów, czy scenarzystów. Bierzesz coś, co się sprzedaje, zamiast  zastanowić się, czego potrzebujesz.

Wiesz co, ja na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych najbardziej lubię filmy niskobudżetowe i filmy krótkometrażowe. Bo widzę odwagę, bo widzę sztukę, bo widzę nowe kino, które przyjdzie. I to mnie też najbardziej zachwyca. Widzę też nowe twarze aktorskie, których w ogóle nie znam.

Myślisz w takim razie, że im więcej pieniędzy, tym ludzie stają się bardziej zachowawczy?

Myślę, że duży budżet wiąże się z większą odpowiedzialnością, większym stresem i wszechobecnym lękiem. Im większa produkcja, tym moje castingi są dłuższe, pojawiają się kolejne etapy, nowe osoby, które uczestniczą w procesie decyzyjnym. Wygląda to tak jakby nikt nie chciał sam zdecydować i wziąć odpowiedzialność za swoją wizję. W związku z tym często kończy się to przeciętnym kompromisem. A nie o to w sztuce chodzi.

Czyli na najniższym poziomie robimy film o transseksualnych dzieciach, a na samym końcu to będzie taka komedia.

Znam takie przypadki, że ktoś z produkcji zmienił totalnie wizję reżysera. Z resztą sam kiedyś uczestniczyłem w sytuacji, gdzie producent przerwał ujęcie i próbował narzucić ekipie swoje pomysły. Ja i inni aktorzy przyglądaliśmy się i słuchaliśmy, jak oni się kłócą ze sobą o wizję tego, co my zaraz mamy zagrać. Reżyser musi mieć swobodę, poczucie bezpieczeństwa i przestrzeń kreatywną by tworzyć, a nie być wyrobnikiem.

Myślisz, że to jest taka polska przywara? Czy tak po prostu jest wszędzie, niezależnie od szerokości geograficznej?

Nie wiem, jak to wygląda gdzie indziej. Kilka tygodni temu miałem przyjemność zagrania w produkcji zagranicznej. I to było o tyle dla mnie miłe, że mogłem doświadczyć innego podejścia do pracy na planie. Nikt ode mnie nie oczekiwał, że będę pracował po szesnaście godzin. Do tego z zaangażowaniem na sto procent. Tam masz czas na próby, masz czas na poprawki. Na planie nikt z tobą nie rozmawia, tylko reżyser i inni aktorzy. Na planach które znałem dotychczas, bywało tak, że mam zagrać jakąś bardzo trudną scenę, a wszyscy dookoła rozmawiają o wszystkim i niczym, np. o samochodach. Tam reżyser do mnie dzwonił, dziękował i się pytał jak się czuję, czy mi się podobało, co o tym myślałem. Bardzo miłe doświadczenie, gdy ktoś traktuje cię jako partnera, liczy się z twoją opinią i pomysłami. To naprawdę później procentuje.

Więcej czasu.

Tak. Dużo też dałem od siebie, bo byłem skupiony. Jesteś trochę jak bateria. Ostatnio reżyser się mnie zapytał, które chce pierwsze ujęcie – bliskie czy szerokie. I wiesz, ja mówię bliskie, bo wiedziałem, że na szerokie nie będę miał siły. Bo na szerokim będę tylko istnieć, a na bliskim jeszcze coś zagram.

Wracając do filmu „Johnny” i Festiwalu w Gdyni – jest pewna ciekawa rzecz, która się wydarzyła. Biorąc pod uwagę ten film, tam były dwie postaci, które wystawiały się na pierwszy plan – ty i Dawid Ogrodnik. Rola Dawida Ogrodnika była typową rolą, gdzie aktor może sobie poszaleć w jakiś sposób, bardzo charakterna postać, bardzo wyrazista. On mógł tam zrobić dużo rzeczy, jeżeli chodzi o ruch, jeżeli chodzi o wymowę. To była postać, taki trochę Joker, gdzie właściwie możesz jako aktor pokazać swoje pełne emploi. Twoja rola z kolei była bardziej subtelna. Na przykład w scenie, kiedy filmujesz w hospicjum ostatni film kobiety, która ma raka – grasz właściwie bardzo subtelnymi zmianami na twarzy, które się dzieją. Dobija cię świadomość, że faktycznie ona ostatni raz mówi do swojego dziecka, swoich bliskich. I zostałeś doceniony za tego rodzaju subtelność, że właśnie w jakiś sposób idziemy w tym kierunku, ze chcemy doceniać tego rodzaju głębię. Może ta wyrazistość jest zbyt wyrazista w pewien sposób?

Byłem bardzo zaskoczony, że mnie docenili za tę rolę. Wiedziałem, ile mnie ona kosztowała, ale nie zdawałem sobie sprawy, że to widoczne również dla odbiorcy, co mnie bardzo ucieszyło. Po pierwszym przeczytaniu scenariusza pomyślałem, że jest jedna rola, w której możesz poszaleć i druga rola, która jest bardziej constans. Ale uświadomiłem sobie, że ona jest pozornie prosta, łatwa do zrobienia, ale mieści w sobie iluś bohaterów. Mieści w sobie chłopaka z więzienia, mieści w sobie genialnego kucharza, wrażliwca, skurwiela – wszystkie te postaci w jednym bohaterze. Czasami sobie myślę, obserwując moich bliskich, na przykład moich braci, którzy mogą powiedzieć: moje życie jest takie zwykłe, normalne. To życie w ogóle nie jest zwykłe. Widzę tyle rzeczy, które nimi targają. Z iloma sytuacjami się zmagają. Wiesz, ile rzeczy ja bym mógł zagrać – od nocy, kiedy nie możesz spać, po każde twoje… to jest wszystko piękno życia. Te perwersyjne niuanse, które możesz z tego wydobyć. Tak naprawdę jesteśmy bardzo podobni w tych swoich lękach, radościach.

Jesteśmy ludźmi, wszystko jest kwestią skali. Jesteśmy superbohaterami, tylko w skali. To, co pokazują w kinie, że ktoś ma niesamowitą siłę – ty też masz tę siłę, tylko ona jest po prostu mniejsza i możesz być najsilniejszy wśród ludzi, nie musisz podnosić głazów czy samochodów. Możesz być tak jak te charyzmatyczne postaci o których rozmawialiśmy, czyli Joker, ale możesz też być wewnętrznym chaosem na swoją małą skalę.

Kiedy jesteś dumny, jakbyś poszedł do tego sklepu, o którym mówiłeś i powiedział: chce to zwrócić.

Dokładnie.

Miałem raz taką sytuację, że mnie pies zaatakował i pogryzł. Normalnie bym powiedział, że nic się nie stało, to zwierzę. Ale wtedy coś we mnie pękło. Byłem z siebie taki dumy, że umiałem powiedzieć: to było złe, jeżeli widzi pani, że pies atakuje ludzi, którzy biegają po Polu Mokotowskim, to powinno się go trzymać na smyczy i w kagańcu. Czułem się na tym Polu Mokotowskim jak w tej reklamie, bohater w swoim domu. Udało mi się w tym moim życiu znowu zrobić krok do przodu.

W konfrontacji.

Na castingach jestem przerażony tym wszystkim. Niby wbrew pozorom prosta rola, a już nadbudowuję sobie tyle tych wszystkich rzeczy, że może nie muszę tego robić. Za każdym razem skupiam się na swoich wadach, niedoskonałościach. Uczę się, żeby w porę te myśli odciąć, wyciszyć się, skupić się na oddechu i kwestiach naprawdę istotnych.

Są. Na pewno są. Mierzymy się też z różnymi rzeczami z przeszłości. Kwestia męskości, jaki powinien facet. Czy powinieneś być agresywny, atakować ludzi. Ja czasami zauważam w sobie coś totalnie dziwnego – chcę, żeby wytworzyła się sytuacja, w której mam absolutną rację, ale mogę być agresywny w stosunku do kogoś.

Też tak mam. Ale często po takiej sytuacji, jak już leżę wieczorem w łóżku, myślę, co bym powiedział. Z resztą podobnie było z marzeniami dotyczącymi nagrody w Gdyni, które gdzieś tam mi towarzyszyły od czasów szkoły teatralnej. Tysiące razy wyobrażałem sobie co powiem, jak będzie wyglądało moje przemówienie, jak stanę na scenie, jak się ubiorę. A w rzeczywistości wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Nie mogłem tego ani zagrać, ani wyreżyserować.

Wydaje mi się, że może to też kwestia technologiczna z tamtych lat – trzeba było mieć mocne ekspresje, żeby ktoś widział na tych słabych nagraniach. A może to kwestia wrażliwości, która się bardzo zmienia, mam wrażenie, że idziemy w kierunku subtelności. Mimo wszystko ten cały chaos, to „wielkoszlemowe” granie zmienia się właśnie w takie kameralne, intymne.

Moim zdaniem to jest trudniejsze. Kojarzy mi się to z zabawą, w której jeździsz igłą po lodzie. Ile dasz radę wymalować i zbudować, żeby nie przegiąć, żeby nie pękło. Jeżeli w aktorstwie przegniesz, to tracisz widza, bo on od razu wyczuje, że ty grasz, a nie przeżywasz.

To może przejdźmy teraz do rzeczywistości, takiej bliższej nam. Czy masz coś w planach? Bo o to zawsze warto spytać. Gdzie będzie można cię zobaczyć?

Zakończyłem zdjęcia do kilku produkcji, które swoją premierę będą miały w przyszłym roku. Jedna z nich to produkcja dla Canal+ „Stranger Angels”. Druga to komedia „Klątwa”. Wbrew temu co myśli wiele osób, które znają mnie wyłącznie z ostatnich ról filmowych, to komedia jest mi bliższa niż dramat. Niedawno zakończyłem też zdjęcia do zagranicznej produkcji, o której nie mogę jeszcze zbyt wiele mówić. I naprawdę na poważnie rozważam powrót na deski teatru. Minęły trzy lata odkąd ostatni raz grałem w spektaklu. Równie bardzo stresuje mnie wizja ponownej konfrontacji z widownią co fascynuje. A jak mówiłem lubię wychodzić ze strefy komfortu, która blokuje mój rozwój. A zatem jest duża szansa, że od stycznia rozpocznę próby.

To zapraszamy do tych wszystkich produkcji. Zapraszamy też na różnego rodzaju VOD, Netflixy, Canal+, wszystkie możliwe rzeczy. Tam też możecie znaleźć Piotrka. I cóż, życzę ci powodzenia i miejmy nadzieję, że jednak cisza wygra z burzą ostatecznie.

Oby tak było.

Bardzo dziękuję.

Dziękuję.

Fot. Marcin Bosak

Reklama

Menel Kultury

Czasem wypada zastanowić się nad początkiem. Nad tą pierwszą chwilą,