Lena Góra: Piękny Absurd Zwany Światem

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Julia Trojanowska: Pogoda za oknem fatalna, korki na mieście, ale za chwilę przeniesiemy się do pięknej, słonecznej Kalifornii. Dzisiaj ze mną na kanapie Lena Góra. Porozmawiamy o twoim filmie „Roving Woman”. Mówię „twoim”, bo nie tylko zagrałaś główną rolę, ale jesteś także współautorką scenariusza i producentką. Dobrze myślę, czy źle myślę?                                                                      

Lena Góra: Dobrze myślisz.

To dobrze, że dobrze myślę. Zanim o samym filmie, chciałabym zapytać o twoją drogę. Tak jak Sara, twoją bohaterka, też jesteś wędrującą kobietą. Kobietą w drodze od – jeżeli dobrze pamiętam – 16 roku życia.

Tak, jestem. Ostatnio jednak zaczynam doceniać też pewną stabilizację, bo już trochę dorosłam. Dojrzewam, robię się starsza. Wędrowałam po świecie piętnaście lat.

 
Reklama

A twoim pierwszym przystankiem był…

…Londyn. To zawsze było związane z teatrem, miałam wielką potrzebę za nim iść. Wyjechałam do Londynu, potem do Nowego Jorku, a potem do Los Angeles, gdzie długo mieszkałam. A tamtejsze pustynne bezdroża bardzo mnie zainspirowały i pomyślałam, żeby o nich opowiedzieć.

To brzmi troszkę jak szalona historia – najpierw Londyn, potem Nowy Jork, potem Los Angeles. Jak to było możliwe? Miałaś tylko szesnaście lat, skąd wziąć na to pieniądze?

Wiadomo, było trudno, ale wydaje mi się, że młodzież ma w sobie dużo energii i siły, odpoczywać można później. Cieszę, że to zrobiłam, bo totalnie nie było łatwo. Były momenty, że nie miałam co jeść. Ogarniesz sobie wtedy jakąś „punkową akcję”, że na Brooklynie w Nowym Jorku ktoś wyrzuca wegańskie żarcie. Kiedy masz dwadzieścia lat, to jest to do przeżycia. Miałam różne wzloty i upadki, ale jednak się to opłacało.

Jest teraz co opowiadać.

No coś jest. Tak jest też z naszym filmem – o tym chcemy mówić i mówimy. Chcielibyśmy zachęcać widzów do spojrzenia strachowi w oczka. Nie obawiania się wyjścia ze swojej strefy komfortu, spojrzenia w nieznane i pojechania w podróż. Podobnie, jak robi to bohaterka naszego filmu.

Jak zaczął się twoja przygoda w Stanach? Jak wyglądała twoja podróż? Początki w Los Angeles?

To była zawsze podróż za pracą. Najpierw za teatrem, a potem za filmem. Po to pojechałam do Nowego Jorku, robiłam tam fajne, uliczne spektakle. Robiliśmy na przykład Julius Caesar w takiej wersji, że na Bronksie graliśmy z batami na ulicach. To było bardzo takie, a’la Grotowski. Teatr nowojorski przypomina mi polski. A potem pojechałam do Los Angeles. Po prostu się zakochałam w fajnym kolesiu, chcieliśmy uciec z tego Nowego Jorku, jakiegoś takiego modelowego świata, do którego niechcący trafiliśmy. Pojechaliśmy do tego LA, a tam zderzyłam się z drzwiami – zrozumiałam, że teatru to tam nie znajdę. Hollywood jest nastawione jednak mocno na ten cały fame. Nie było dla teatru przestrzeni, co mnie bardzo zmartwiło – stąd zaczęłam pewnie pisać sama scenariusze. Po prostu nie było dużo dobrych, które dostawałam.

Mówisz o tym teatrze, mówisz o graniu, a za chwilę porozmawiamy o filmie, w którym nie tylko zagrałaś, ale też napisałaś. Kiedy pojawiła się chęć nie tylko grania, ale również pisania i produkowania? Kwestią było to, że nie dostawałaś dobrych scenariuszy – nie miałaś gdzieś jednak z tyłu głowy myśli, że chcesz zrobić film, który będzie od początku do końca mój.

Wydaje mi się, że on nie jest wcale mój. Jest on nasz. Czasami wydaje mi się, że jest tylko naszego montażysty Przemka Chruścielewskiego, naszego dźwiękowca Marcina Lenarczyka albo Łukasza Dziedzica, naszego operatora. Albo oczywiście Michała Chmielewskiego. Ja po napisaniu scenariusza go zostawiłam. Uważam, że tak trzeba robić, żeby potem z tego tylnego siedzenia – jako aktor czy scenarzysta – nie chcieć reżyserować. Nierobienie tego jest ważne i trudne. I czułam się bardzo dobrze i bezpiecznie w rękach Michała i Przemka, który to potem montował. Czasami wydaje mi się, że ten film w ogóle nie jest mój, tylko ich. Ale faktycznie, skoro pytasz to można powiedzieć, że jest on bardzo bliski mojej historii. I to mnie pewnie zainspirowało. Ważne jest chyba tylko to, że wspólnymi siłami powstało coś takiego, co każdy z nas chciał przedstawić światu, bo każdy z nas przeszedł podobną historię. Każdy z nas był kiedyś rzucony. Ja też byłam kiedyś rzucona, to było straszne. W moim przypadku nie skończyło się to kradzieżą fury, tak jak w naszym filmie, a po prostu pojechaniem na pustynię i spędzeniem tam trochę czasu. Dosłownych połączeń ze mną jest może więcej, ale myślę, że każda osoba, która została kiedyś porzucona, znajdzie tam połączenia i pomyśli, że ten film jest jej.

Zanim przejdziemy do samego filmu i tego, o czym opowiada, chciałabym zapytać cię właśnie o zbieranie ekipy. Nazwisko Wima Wendersa, jednego z producentów filmu, naprawdę robi wrażenie. Jak się zaprasza kogoś takiego do produkcji filmu?

Najlepiej najprościej jak możesz, bez zawijasów. Mieszkałam trochę w tych Stanach i faktycznie znam ludzi, którzy są znani również w Polsce – najtrudniejszą i męczącą rzeczą jest to, gdy ktoś coś kręci, miesza. Czujesz manipulacje, ktoś na ciebie naciska, coś od ciebie chce. Ja od Wima chciałam tylko rady. Napisałam do niego, jako do mojego idola, króla gatunku kina drogi. Jego film „Paryż, Teksas” jest ikoną kina drogi. Gdy zaczęłam myśleć o tym projekcie poczułam, że dobrze myślę i byłam ciekawa, co on na to. Na początku poprosiłam o radę.

I jakoś to poszło.

Sam zrobił następny krok, żebym i ja mogła zrobić następny. W końcu doszło do takiego kroku, w którym zapytałam o konkretną współpracę. No i dzięki Bogu się zgodził.

Kino drogi to twoje ulubione kino?

Ulubione nie, ale bliskie. Jestem często w tej drodze, ale czy to moje ulubione kino – nie.Nawet wolę takie bardziej statyczne. Niech się kręci za oknem jak jadę samochodem, ale kiedy oglądam film, to wolę w jednym pokoju (śmiech).

Zadam pytanie, którego na pewno nie chciałaś usłyszeć, ale zaraz wytłumaczę dlaczego. O czym jest ten film? Pytam z perspektywy osoby, która napisała scenariusz, która zagrała główną rolę, która była przy tym filmie od początku do końca. Bo dla ciebie, jako osoby zaangażowanej w produkcję, może znaczyć zupełnie coś innego, niż na przykład dla mnie, jako odbiorczyni, czy w ogóle dla widzów.

Wielu moich ulubionych twórców nie lubi mówić, o czym jest ich sztuka, bo nie wiedzą, czym ona będzie dla widza. Ja mam bardzo podobnie. Mogę ci powiedzieć, czym ta przejażdżka była dla Sary, bo ją trochę znam. Mogę też opowiedzieć o tym, co ten film robi dla mnie, jako dla widza. Jako producent, jako scenarzysta i jako twórca byłam tylko rzemieślnikiem tworzącym coś, co potem się wydarza. Czym jest więc dla mnie jako widzki? Dla mnie on jest o uwolnieniu, szeroko pojętym. Dotyka różnych tematów, takich jak uzależnienia od relacji czy okropny strach przed samotnością, który powoduje często w kobietach, w ogóle w nas, cholerną potrzebę sklejenia się z kimś, choćby nawet było to nieprzyjemne, toksyczne i beznadziejne. Potrzebę spędzania życia w związku, który nam nie służy, bo się boimy nieznanego. Co się stanie tam, w tym nieznanym świecie? Więc ten film to jest może zachętą do tego, żeby jednak spróbować. Zadzieram kiecę i lecę – ukradnij samochód, jak nie masz swojego. Sara naprawdę nie ma na nic. W pewnym momencie nie ma nawet butów, ale w pierwszej scenie nie ma ani portfela, ani telefonu. Po prostu jedzie.

Właśnie – dla mnie jako widzki, to jest przede wszystkim film o samotności. Bardzo dziękuję za ten film, bo wydaje mi się, że jest to temat bardzo ważny, zwłaszcza w dzisiejszych czasach. „Roving Woman” daje siłę, przytula. Jest bardzo wzruszający, jest tam dużo emocji. Utula cię w tej samotności. 

Jak kołysanka. To super, co powiedziałaś o tym tuleniu, bo dźwięk i muzyka… w ogóle nasz film jest dla mnie trochę takim VR experience, właśnie przez część dźwiękową, dlatego tak bardzo zachęcamy do oglądania go w kinie. Marcin Lenarczyk, Teo Rożynek, John Hawkes, który nagrał nam muzykę i w ogóle pustynia, która nam zagrała, jej dźwięki są po prostu niesamowite. To jest wersja, którą można usłyszeć tylko w kinie, chyba że masz jakieś super słuchawki. Bardzo pracowaliśmy nad wersją dźwiękową. Czujemy, że ona właśnie cię utula, jak taka kołysanka. Czujesz, że świat się tobą opiekuje. Wiatr, ludzie spotkani na drodze i sama droga, jako jakiś byt, mogą być dla ciebie otulające.

Perspektywa z której oglądamy Sarę też jest bardzo komfortowa. Dzięki pracy kamery czujemy się, jakbyśmy faktycznie siedzieli z nią w samochodzie. Dobrze, że wspomniałaś o dźwięku, bo muzyka, zwłaszcza jednej osoby, jest w waszym filmie bardzo ważna. Muzyka i historia Connie Converse, której zadedykowaliście film. Jest to postać, o której mało kto słyszał. Film i odkrywanie historii Connie wzrastały razem, czy może była ona głównym przyczynkiem do tego, że film powstał i przyjął właśnie taką formę?

Uwielbiam siedzieć w Warszawie i rozmawiać o Connie Converse, bo to jest kwintesencja tego, dlaczego to w ogóle zrobiliśmy. Była dla nas inspiracją, po prostu jest niesamowita. Nic nigdzie o niej nie było, mało kto o niej wiedział. Jest jakimś takim naszym odkryciem, bo faktycznie bardzo mało ludzi miało świadomość jej istnienia. Ona była niesamowitą muzyczką. Można tak mówić? Muzyczką! Grała muzykę, pisała swoje teksty, śpiewała. Mieszkała w Nowym Jorku w latach 60. i miała tam problem z funkcjonowaniem w społeczeństwie. Rozumiem to, bo ten piękny absurd, na który się wszyscy umówiliśmy, który nazywa się światem, dla wrażliwszej osoby może być trudny. To są często najlepsi artyści i ona była taka. Pewnego dnia spakowała swoje rzeczy do samochodu, zostawiła notatki i listy, w których prosi po prostu o to, żeby ją puścić, bo ona nie umie w tym świecie być i żyć. Po prostu wyjechała. Może jeszcze gdzieś żyje w jakimś małym miasteczku, nie bojąc się tej samotności, albo chcąc ją odkryć, postanowiła spędzić życie ze sobą. Nie wiemy tego, być może po prostu popełniła samobójstwo, bo ani ona, ani jej samochód nigdy nie zostały znalezione. Co daje mi nadzieję, bo jedyną opcją na jej śmierć, byłoby wjechanie do jakiegoś akwenu wodnego razem z samochodem, jak Thelma i Louise. Mam nadzieję, że tak nie było, a Connie gdzieś sobie żyje. Właśnie jej dedykujemy ten film, jej głos przez niego przepływa – zarówno w dźwięku, muzyce i w tytule, bo „Roving Woman” to tytuł jej piosenki.

Miejmy nadzieję, że przeżyła życie tak, jak chciała przeżyć. Film oprócz głównej bohaterki Sary, Connie, która także towarzyszy tej produkcji, ma jeszcze trzecią bohaterkę. Dla mnie jest to Kalifornia. To są piękne widoki, ale jednocześnie troszkę niepokojące. Zastanawiam się, czy ta pustynia, którą pokazujecie, to jest ta Kalifornia, w której się zakochałaś.

One są niepokojące. Pustynia jest nieprzewidywalna. Ale dla mnie to było wielkie odkrycia, że trzy godziny od Los Angeles jest taka niesamowita przestrzeń, która jest jak vortex energetyczny. W ogóle Jim Morrison i inni artyści w latach 60. zbierali się tam, by robić o tych przestrzeniach sztukę. Tam jest jakaś kojąca energia. Nieprzypadkowo jest to miejsce oddalone trzy godziny od Los Angeles, w którym ludzie mają obsesję sławy i Hollywood, w którym te sny bardzo często się nie spełniają. Dużo tych ludzi tam trafia, w potrzebie jakiegoś uleczania się. To naturalna droga z Los Angeles, którą Sara obiera. Pojechała do Joshua Tree i myślę, że ma to sens. Ja uwielbiam to miejsce, bardzo polecam ludziom, żeby tam się wybrali, bo to jedno z najbardziej niesamowitych miejsc, w których byłam. Może też być przerażające. To też było dla nas istotne, żeby Sara zaznała różnego świata, nie tylko bajecznego. Pustynia sama w sobie może się kojarzyć z horrorem. Czułaś coś takiego?

Tak, zdecydowanie, czujesz lekki niepokój. Ale mimo wszystko na koniec zostajesz utulony, więc to niesamowity, wręcz metafizyczny kontrast.

W tego typu metafizycznych kontrastach jest magia.

Dokładnie. Powiedz mi, jak wyglądała realizacja filmu? Przeczytałam, że był on realizowany w trakcie pandemii. W ogóle ma się wrażenie, że dużo scen jest bardzo spontanicznych, naturalnych.

No tak. To jest w ogóle sposób na kręcenie, który jest mi bliski i wymarzony. Od dłuższego czasu chciałam tak popracować. Jonathan Glazer zrobił na przykład film Under The Skin ze Scarlett Johansson, która wdawała się w prawdziwe interakcje z mężczyznami, których w filmie podwozi. Nie wiedzieli, że są kręceni. Jest to pewien sposób kradnięcia komuś duszy, jeśli się nie zgodzi. W naszym przypadku też mieliśmy kilka takich scen – oczywiście, każdy potem podpisał zgodę na wejście do filmu. To nie są statyści, to nie są nawet aktorzy. Reszta osób biorących udział w filmie to szeroka ranga – od nominowanego do Oscara Johna Hawkesa, po Chrisa Hanleya, który zrobił American Psycho. On gra siebie, czyli producenta, który chce być niewidzialny. Dużą rozkminą w naszym filmie jest też sława. Samotność łączy się z potrzebą zawiązywania relacji z jedną osobą – sława jest ich królową. Jako jednostka jesteś w relacji z całym światem, który cię kocha, więc ucieczka z Los Angeles jest jak ucieczka z relacji. W tym filmie wzięli udział różni ludzie, którzy wsparli ten proces i grali często pewne wersje siebie.

Film miał premierę na różnych festiwalach – pokazywany był między innymi w Nowym Jorku, w Gdyni i we Wrocławiu. Oficjalna polska premiera dwudziestego pierwszego kwietnia. Nie możesz się doczekać?

Wiesz co, to są też moje trzydzieste trzecie urodziny. Jestem trochę przebodźcowana. Są dokładnie tego samego dnia.

Wszystkiego najlepszego  w takim razie.

To jest bardzo duża kulminacja w moim życiu, uwieńczenie pięknej pracy z niesamowitymi ludźmi. To nasze wspólne święto. Jeszcze te moje urodziny, których zawsze się bałam, bo wtedy już będę niby dorosłą kobietą. Zostały mi jeszcze dwa dni młodości, więc muszę je jakoś wykorzystać (śmiech).

Wiemy już o czym jest „Roving Woman”, ale polecamy każdemu przekonać się osobiście – dla każdego ten film będzie pewnie znaczył coś innego i to jest najpiękniejsze. Dziękuję za rozmowę.

Zdjęcia: Łukasz Bąk

Stylizacja: Peter Aluuan 

Makijaż: Aleksandra Dutkiewicz

Reklama