Anita Lipnicka: Żyjemy w świecie obfitości

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Marta Popławska: Gościmy dzisiaj w studio Anitę Lipnicką, która z okazji swoich niedawnych urodzin sprawiła fanom wielki prezent, ponieważ wydała singiel pod tytułem „Amsterdam”. A już niebawem sprawi, że jesień w tym roku nie będzie taka ponura, ponieważ ukaże się wtedy jej płyta pod tytułem „Śnienie”. Ja naszą rozmowę chciałam zacząć od takiej myśli, która przyszła mi do głowy podczas pomieszkiwania w Lizbonie. Pomyślałam sobie, że wielkim życiowym szczęściem jest odkryć takie miejsce, z którym interakcja sprawia, że możemy się poczuć najlepszą wersją samego siebie. Czy takim miejscem jest dla pani Amsterdam?

Anita Lipnicka: Poniekąd tak, aczkolwiek powiem szczerze, że pisząc piosenkę „Amsterdam”, nie użyłam tego miasta jako konkretnego miejsca. Uczyniłam go metaforą czasu, który kojarzy mi się z momentem, kiedy do Amsterdamu pojechałem po raz pierwszy – z czasem totalnej swobody, beztroskiej młodości. Miałam wtedy dziewiętnaście lat, wszystko jeszcze mogło się zdarzyć w moim życiu. Miałam wiele pomysłów i planów. Żyłam bardzo spontanicznie, z dnia na dzień.

Możesz powiedzieć coś więcej o tej wyprawie?

Była to jedna z moich pierwszych wypraw zagranicznych. Pierwszą w ogóle była bardzo znacząca wyprawa do Japonii, ale to nie na ten temat dzisiaj rozmawiamy.

 
Reklama

O tym już wielokrotnie wspominałaś.

Tak i z tego powstała piosenka „Tokio”. Po trzydziestu latach od tamtego momentu napisałam piosenkę „Amsterdam”, która jest właśnie o tym czasie młodzieńczych lat i niczym nieograniczonych snów. Powracam w niej do wspomnienia Amsterdamu, do którego wybrałam się autostopem z moim ówczesnym chłopakiem z Łodzi. To był mój pierwszy poważny chłopak, z którym wtedy mieszkałam. Opublikowałam niedawno na Facebooku historię tego wyjazdu i to była piękna klamra, bo ten chłopak odezwał się do mnie po latach, w kontekście zaginionej krowy.

Właśnie chciałam cię o to zapytać.

Przeżyliśmy w drodze wiele przygód. Spaliśmy u przypadkowo poznanego człowieka, który zabrał nas stopem w Niemczech. Pamiętam z tej wyprawy jakieś kolory, między innymi pomnik krowy. I dam sobie rękę uciąć, że spędziliśmy jeden wieczór pijąc i jedząc frytki z majonezem. Ta krowa gdzieś mi zaginęła. Gdy pojechaliśmy szukać jej z moją ekipą filmową przy okazji kręcenia teledysku, to nie mogliśmy jej znaleźć. Piotr, mój narzeczony z dawnych lat, usłyszał „Amsterdam”, zobaczył teledysk w sieci i się do mnie odezwał. Przypomniał mi, że ta krowa nie była w Amsterdamie tylko w Delft – pojechaliśmy tam odwiedzić jego przyjaciela, który przeprowadził się kilka miesięcy wcześniej z Polski właśnie do Holandii. Udało mi się więc sprostować parę faktów z tych puzzli historii. 

To są właśnie te figle, które płata nam pamięć.

Dokładnie tak. Napisałam niedawno tę historię na Facebooku – o tym jak pamięć sobie z nami pogrywa i jakie tricki stosuje. Pewne rzeczy pamiętamy, pewne totalnie wypieramy. Inne zapamiętujemy inaczej. Te nasze puzzle wspomnień wciąż ulegają przemieszczeniu. One nie są stałe. 

Czyli w tym swoim najnowszym singlu zabiera nas Pani w muzyczną podróż do Amsterdamu.

Troszeczkę tak, nostalgiczną.Aczkolwiek piosenka jest pełna energii. Postanowiliśmy z producentem Olkiem Świerkotem, który est super gitarzysta i odnajduje się w różnych gatunkach, że sentymentalnie ten utwór powinien nawiązywać do lat 90. Czy to prawda? I faktycznie jest uszyty troszeczkę w taki sposób, żeby pociągał za sznurki w sercu osób, których młodość przypada właśnie na ten czas.

Możemy posłuchać piosenki, możemy też obejrzeć już teledysk. Wiem, że jest jeszcze sporo czasu, bo mamy lato, a płyta ukaże się jesienią, ale gdyby mogła Pani uchylić rąbka tajemnicy i powiedzieć już co nieco o tej płycie.

Zestaw piosenek jest zamknięty, będzie tam dwanaście utworów. Część wyprodukował Olek Świerkot, który współpracował z Kasią Sochacką czy Kortezem. Jest także stałym muzykiem w zespole Dawida Podsiadło, także fajne rzeczy robi. Zawsze go lubiłam, obserwowałam i udało mi się z nim coś zrobić. Drugim producentem jest Archie Shevsky, który też jest bardzo ciekawą postacią. Robił piękne rzeczy z Natalią Szroeder. Ostatnio współpracuje również z Bovską i Natalią Kukulską. Trzecim producentem jest Piotr Świętochowski, z którym od lat współpracuję, klawiszowiec. Piosenki są różnorodne, ponieważ powstawały w okresie dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości. Pierwsze powstały jeszcze w czasie pandemii, a ostatnie całkiem niedawno. Pandemiczne są troszeczkę bardziej oniryczne, senne, opowiadające o świecie nierealnym. Teraz myślę, że miałam potrzebę oderwania się od tej rzeczywistości, która była ponura i ogólnie niesprzyjająca życiu. Później świat się otworzył. Pandemia się skończyłam, a ja nabrałam chęci aby spotykać się z ludźmi, odbijać się od ich energii, robić coś wspólnie. Utwory stały się z czasem bardziej dynamiczne, tak jak „Amsterdam”, ale to nie jest jedyna piosenka w takim klimacie.

Jesień też nie do końca potrafi sprzyjać życiu, więc ja bardzo się cieszę, że ta płyta ukaże się właśnie wtedy. Jest na co czekać. Płycie będzie towarzyszyła trasa.

Po premierze płyty ruszamy w dużą trasę, odwiedzimy szesnaście miast w Polsce. To będzie pierwsza część trasy. Powiem tyle, że wyjadę też w trasę w poszerzonym składzie instrumentarium – nie powiem jeszcze o kogo, ale będzie więcej osób niż zazwyczaj. Na scenie będzie piękna scenografia. Zabierzemy pewnie słuchaczy w podróż. Mam nadzieję, że bardzo emocjonalną. Wszyscy przeżyją coś wyjątkowego, jeśli zdecydują się spędzić z nami te wieczory.

Tak, czas szybko leci! Mówimy o tej piosence, jako o pewnym wehikule czasu. Chciałabym troszkę poszerzyć kontekst tej rozmowy. Odnieść się do tego faktu, że jesteś na scenie już obecna od lat 90-tych. Czym w Twoim przekonaniu, życie sceniczne i około sceniczne różni się od tego, jak to wygląda teraz? 

Bardzo różni, jest wręcz nie do porównania. Trzeba sobie wyobrazić, że kiedy zaczynałam śpiewać, to przepływ informacji był bardziej powolny, źródeł informacji było niewiele. Mieliśmy wtedy dwa programy telewizji publicznej, żadnych stacji komercyjnych, podobnie było z radiostacjami. 

Pamiętam, że gdy leciała lista przebojów programu trzeciego to ja odpalałam kasetę, żeby je sobie nagrać.

Dokładnie, też nagrywałam na kasety. Pamiętam, gdy w pewnej chwili mieliśmy dostęp do Radia Europa, mój dziadek tego słuchał. Można było nagrać na kasetę światowe hity. Pochodzę z tego pokolenia, które wychowało się na liście przebojów Marka Niedźwiedzkiego. To był hit, rytuał, czekało się na to. Kochałam to medium – będąc dziewczynką uwielbiałam słuchowiska radiowe, to było coś niesamowitego. 

Nagrywałaś swoje słuchowiska? Bo wiem, że był taki trend swego czasu.

Już nie pamiętam, ale faktycznie, kasety były wszędzie. W takiej rzeczywistości zadebiutowałam. Była tylko Trójka, potem pojawiła się Muzyczna Jedynka w telewizji. Raz w tygodniu występowały zespoły, które pojawiały się w zestawieniu się pojawiały. Potem była lista 30 ton, kolejny kultowy program. Dziś to jest nie do wyobrażenia – mamy internet, dostęp do wszystkiego. Ma to swoje dobre i złe strony, bo żyjemy w świecie obfitości, której nie jesteśmy w stanie skonsumować. To nas już przerosło.

Nerwicowe przebodźcowanie.

Tak, gdy wchodzę do sklepu i widzę trzysta proszków do prania, to po prostu nie wiem, który mam wybrać. Podobnie jest z muzyką. Dostęp do niej jest nieograniczony, ale coraz trudniej nam się odnaleźć w tym, co jest nasze, co pokochalibyśmy całym sobą. Nie mówię tylko o muzyce, ale o wszystkim – na styku przekazu jest największy problem. Dlatego cieszę się, że tu jestem i mogę dotrzeć do ludzi z informacją, że wydaję album. Można w tym morzu przepaść.

Niedawno świętowałaś 25-lecie swojej kariery, a już niebawem 30-stka. 

Dosyć długo świętowałam to 25-lecie, które przesunęło się z uwagi na pandemię. Pokrzyżowało nam to plany i zaplanowaną trasę, która w efekcie trwała dwa lata. Było pięknie, jeden z koncertów na zakończenie trasy uwieczniliśmy na DVD. Mówię o trasie „Intymnie”, która miała piękną oprawę graficzną, wspaniałą scenografię. Jeździliśmy z trio smyczkowym. A  już za chwile 30-lecie.

Wiem, że świętując swoje 25-lecie wyszłaś naprzeciw oczekiwaniom swoich fanów i fanek – masz ogromne szczęście do serdecznych osób, które towarzyszą ci już w tej wieloletniej podróży. Czytałam w twoich wpisach, że zdarza ci się otrzymywać fenomenalne prezenty, takie jak na przykład drzewo szczęścia utkane z odcisków dłoni, foto albumy i wiem też, że ciepły rosołek z pietruszką!

Tak, zdarza mi się otrzymywać nawet takie prezenciki (śmiech). Czasami na scenie żartuję i mówię, że na przykład marzę o rosole. Podczas następnego koncertu moi fani mnie zaskakują tym, że przynoszą gorący rosół w termosie, który przywożą z miseczkami. To jest bardzo słodkie. Faktycznie mam bazę takich fanów, którzy wędrują ze mną od trzydziestu lat, są już trochę jak część rodziny. Ci ludzie są ze mną związani, a moja muzyka jest ścieżką dźwiękową do wielu wspomnień. Ile dzieci został poczętych do moich dawnych piosenek (śmiech). Zdałam sobie z tego sprawę dopiero, gdy wybiło to 25-lecie, stykając się z ludźmi i ich historiami. 

MP: Pojawił się wątek pewnych trudów, które towarzyszą scenicznemu funkcjonowaniu. Zastanawiam się, co ma w sobie ten sposób istnienia, który wybrałaś. Co sprawia, że tobie nadal chce się wychodzić na scenę i dzielić swoich wnętrzem z publicznością?

Cały czas powtarzam, że to co robię bardzo mnie cieszy i ekscytuje. Czuje się czasami jak czarodziej, który wyciąga królika z kapelusza. Piosenki które tworzysz powstają z niczego, łapiesz je jak motyla. Raz się uda złapać, a raz nie. Dla mnie to magia, że nasze umysły są tak skonstruowane – z jakiegoś znaczenia dwóch słów czy sformułowania, które ci przychodzi do głowy, powstaje piosenka, która ma swoją określoną formę. To się dzieje na scenie, kiedy na żywo, razem z kolegami i koleżankami z zespołu, tworzymy tę magię. Robimy coś, co pozwala ludziom przeżyć coś metafizycznego. To jest dla mnie nadal najbardziej fascynujące w tym zawodzie.

A czy w obrębie tych wszystkich wspaniałości masz jakieś momenty zmęczenia, zwątpienia? 

Oczywiście. Najwięcej o tym mogłaby powiedzieć moja córka powiedzieć, które ma lat 17 i absolutnie nie jest zainteresowana ani sceną, ani życiem artystycznym. Na początku myślałam, że takie zainteresowanie będzie czymś oczywistym, bo jej tata, John Porter, grał zawsze na gitarach odkąd się urodziła. Wisiały na wszystkich ścianach w domu. Była świadkiem naszych wspólnych działań muzycznych. Muzyka ciągle się w jej życiu się przewijała, a ona się od tego odcięła, pomimo tego, że miała talent. Zabrałam ją na lekcje fortepianu, z których zrezygnowała. Widziała jednak z jakimi trudami wiąże to życie. Powiedziała: „Mamo, przecież to było twoje marzenie, nie moje, nie wrzucaj na mnie swoich marzeń”. To była ważna lekcja dla mnie. Powiedziała też, że nie wyobraża sobie tych wszystkich dylematów i dramatów, które obserwowała z zewnątrz. Każdy ma  momenty, kiedy mu się wydaje, że to co robi nie ma sensu, czy dalej to robić. Mam wiele momentów takiego zwątpienia, również do moich umiejętności. To kosztuje tyle nerwów… trudno jest wytłumaczyć komuś, z czym wiąże się powstanie płyty, ile to jest decyzji. 

Wiele osób myśli, że to jest taka lekka praca, oparta na pasji

AP: Kiedyś jechałam taksówką i pan taksówkarz mówi: „Pani Anito, pani mi powie ile się taką płytę nagrywa. Ze dwa dni?” (śmiech).

Czyli tak to sobie ludzie wyobrażają… 

To się rodzi latami. Najpierw powstają piosenki, wszystko się w głowie układa, tworzą się domówki, próbuje się złapania ich w jakąś formę… Potem zaczyna się wędrówka z produkcją z mixami, potem mastering. Ile razy po prostu człowiek zabłądzi, musi wracać. Później teledyski, całe planowanie. Organizowanie trasy, bardzo dużo wykonanych telefonów, maili, godziny przemyśleń.

To wszystko chowa się za fasadą utworu scenicznego. 

Mój mąż mówi podobnie.Codziennie wychodzę na scenę, jest super, bawię wszystkich, ale wracam do domu jak przekłuty balonik, który już nie ma na nic siły. Do niczego się nie nadaje. I tyle ze mnie mają moi najbliżsi (śmiech). 

A czy po tylu latach nadal towarzyszy ci trema? 

Oczywiście. To jest coś, czego się nie da zwalczyć. Nie wiem jak to pokonać. Na początku nowego projektu, przy pierwszych koncertach jestem tak stremowana, że czasami jadę na jakimś automacie. Nie wiem czy jest dobrze, czy źle. Nie jestem w stanie tego ocenić. Dopiero na końcu jakoś te emocje ze mnie schodzą.

Myślę, że dzięki pozytywnemu feedbackowi. 

Tak. Zawsze otwarcie mówię, że jestem przerażona. 

Czyli jak ten Lomnicki, który zaglądał zza kurtyny przed spektaklem i mówił, jak ja zazdroszczę, że oni mogą mnie dziś oglądać (śmiech).

Ja mam tak, że najpierw oglądam i myślę: „Jezus, czy ktoś w ogóle przyjdzie”. Potem, jak jest sala pełna ludzi, to myślę że oni przyszli, aby mnie tu dziś oglądać, więc muszę wyjść na scenę i dać im coś pięknego. Czuję się zobowiązana.

To teraz przeskakując od stresu do optymizmu. Wczytywałam się w Twoje posty z wielką przyjemnością – bije od niech niesamowite ciepło i serdeczność. Gdzie tkwi źródło twojego optymizmu?

Mam solary na plecach (śmiech). Po prostu chyba mam taką naturę. Nigdy nie miałam poczucia, że to czym się zajmuje i to, że  zdobyłam jakąś popularność jest czymś wyjątkowym i czyni mnie kimś lepszym od innych. Staram się mieć kontakt zarówno z panią sprzątającą, jak i z kimś, kto jest prezydentem. Jego osobiście nie spotkałam, ale miałam styczność z ważnymi osobami na poważnych stanowiskach – zawsze staram dystans, absolutnie się tym nie przejmuję. Może mam to po mojej mamie. Pamietam, że wszyscy znajomi uwielbiali moją mamę. Była otwarta, tolerancyjna i dawała poczucie bezpieczeństwa wszystkim, którzy nas odwiedzali. To wielka siła na całe życie.

Wiem, że na twoim nadgarstku widnieje cytat Leonarda Cohena. Czy jest on źródłem twoich inspiracji, czy to osobowych, czy filmowych, czy książkowych? 

Tak, Leonard Cohen jest na pewno bardzo ważną postacią, jeśli chodzi o kształtowanie mojej osobowości muzycznej i literackiej. To była dla mnie chyba największa postać, która starała się opowiedzieć jakąś historię i ją jeszcze zaśpiewać. Dla mnie muzyka to nie jest tylko rytm i melodia, to przede wszystkim historia. Muzyka służy słowu. Ma pomóc opowiedzieć historię w taki sposób, żeby można ją było poczuć wszystkimi zmysłami. Leonard Cohen to był mój taki pierwszy nauczyciel. Bardzo lubiłam jego twórczości i do tej pory wracam do jego piosenek, do jego opowieści. Tak naprawdę to jest jedyny postać, która przetrwała ze mną przez te wszystkie lata. A reszta osób się zmienia. Jest na przykład Nick Cave, którego bardzo kocham i wiele razy byłam na jego koncertach, ale kiedy byłam młodsza to uwielbiałam Tracy Chapman, Edie Brickell – dziewczyny z gitarami, które opowiadały historie. Teraz jestem wielką fanką zespołu The National, ale tych nazwisk jest cała masa. Nie chciałabym nikogo specjalnie wyróżniać. Jeśli chodzi o literaturę, to chyba cały czas Hanif Kureishi, który jest moim ukochanym autorem. 

Stwierdziłaś swego czasu, że jedną z najważniejszych piosenek jakie wyśpiewałaś była „Our Voice/ Nasz głos”. Zastanawiam się, skąd w tobie taka potrzeba, żeby zabierać głos na tematy istotne społecznie? 

Chyba dlatego, że jestem człowiekiem, który nie żyje w oderwaniu od rzeczywistości. Jestem częścią społeczności, odczuwam to. Wiem gdzie się urodziłam, jestem świadoma sytuacji geopolitycznej, która mnie ukształtowała. Mój światopogląd jest dla mnie ważny. Ważne jest dla mnie to, w jakim świecie żyję. 

Opowiedzmy jeszcze o czym jest ta piosenka. 

Wszystkim, którzy nie słyszeli piosenki, polecam odwiedzenie mojego kanału na YouTubie mojego i odszukanie piosenki, która nazywa się „Our Voice / Nasz Głos”,  our voice którą nagrałam z Moriah Woods, cudowną artystką z Kolorado, mieszkającą od wielu lat w Polsce. Wspólnie napisałyśmy piosenkę, która po prostu była naszym kobiecym głosem w sprawie i artystycznym krzykiem, w formie piosenki. Napisałyśmy ją w momencie fali strajków, jaka przewinęła się po naszym kraju spowodowana decyzją o prawie aborcyjnym. W ogóle kwestia wolności i godności została w rażący sposób pogwałcona w moim odczuciu. Dlatego postanowiłyśmy nagrać ten utwór. Ja napisałam polską część, ona angielską. Moriah jest także aktorką, muzykiem. Zrobiłyśmy to online, nie znając się nigdy wcześniej się i nie spotykając, więc to było dla nas też bardzo wzruszające.

I zaangażowałyście w to wiele ciekawych osobowości…

Zaangażowałyśmy do teledysku wiele kobiet, które miały podobne odczucia w kontekście tego, co się działo. To jest jedna z najważniejszych piosenek jakie w życiu napisałam. Z reguły nie jestem osobą zaangażowaną w sprawy społeczne w swoich tekstach. Częściej piszę o tym, co dzieje się w sferze uczuć, ale wtedy nie mogłam nic nie zrobić. Czułam, że nie zabranie głosu w tej sprawie jest błędem. Są takie momenty, kiedy po prostu należy coś powiedzieć. Nie opowiadanie się po niczyjej stronie jest też w pewnym sensie współudziałem. Daleko mi do osób, które komentują rzeczywistość w swojej twórczości. Czasami te komentarze można znaleźć u mnie w formie krótszych lub dłuższych wypowiedzi na Facebooku lub Instagramie. 

Ja, jako kobieta, bardzo ci dziękuję za zabranie tego głosu w tej sprawie. A czy swojej córce, jako młodej kobiecie, udzielasz jakiś rad i wskazówek? 

Myślę, że na pewno. Nie wiem czy ona jest z tego powodu zadowolona, bo ja łapię się na tym, że jednak jakkolwiek byśmy się nie starali, zawodzimy nasze dzieci. Jak byłam w ciąży to wydało mi się, że będę idealną matką, że nie popełnię wszystkich błędów, które popełnili moich rodzice i że urodzę mini wersję siebie, więc będziemy się super rozumiały. Pierwszym moim zaskoczeniem było to, że Pola jest zupełnie inna niż ja, pod każdym względem – psychicznie, fizycznie, ma inną konstrukcję mentalną. Musiałam zaakceptować jej osobność, pielęgnować tę inność. To było bardzo trudne. Ale teraz już wiem, że ona jest inną osobą, więc moje porady są nie do końca inwazyjne. Co więcej, zauważam, że jakkolwiek bym się nie starała, to niektóre rzeczy trącą myszką przysłowiową (śmiech). Ona mówi do mnie wtedy: „Mamo, daj spokój, to było w twoich czasach. Teraz żyje się inaczej”. Ja wiem, ale do czego mam się odnosić? Odnoszę się do tego co znam, do tego jak to czułam. W kontekście miłości i relacji dzieci żyją inaczej. Dzisiaj młodzi ludzie budują relacje inaczej niż my. Udzielam tych rad, ale nic nie narzucam. Jedyną radą, którą chciałabym aby zatrzymała to to, żeby miała odwagę być sobą bez względu na okoliczności życiowe, a nie zaspakajała oczekiwania innych osób. 

Skoro już mowa o rodzinie. to czy mogłabyś powiedzieć nam kilka słów o Eddiem?

Oczywiście (śmiech). Eddie to mój piesek. Pewnie teraz za mną tęskni, jest bardzo przywiązany. Eddie jest moim pierwszym pieskiem, bo ja zawsze byłam kociarą. Teraz odkryłam, że pieski są są wspaniałe i dają zupełnie inną relację, niż koty.  Nie wiem, która jest lepsza, są po prostu różne. Jest częścią naszej rodziny od kilku lat. Eddie to piesek pandemiczny, jego pierwsze lata z nami przypadły na pandemię, więc jesteśmy z nim emocjonalnie związani. 

Rozmawiałyśmy już o wyprawach dalekich, teraz chciałabym nawiązać do wypraw bliskich i do faktu, że pochodzisz z Piotrkowa Trybunalskiego. Ja swego czasu miałam przyjemność spędzić dzień w Piotrkowie. Dzień był zachwycający (śmiech). Odkryłam szlak filmowy i robiłam sobie zdjęcia w miejscach gdzie kręcono film „Ewa chce spać”. Byłam absolutnie tym szlakiem zachwycona i chciałam cię zapytać czy wciąż masz takie miejsca w Piotrkowie, do których z przyjemnością wracasz?

Cały czas ciągnie mnie w kierunku rynku Starego Miasta i liceum Chrobrego. Jest to przepiękny budynek stojący tuż przy starówce. Tęsknie też za tamtejszym domem kultury tamtejszym piotrkowskim. Dużo wspomnień mnie łączy z tamtymi miejscami. Tęsknie za teatrem, w którym stawiałam pierwsze kroki na scenie. Pamiętam jak moja mama przyszła na jeden z pierwszych moich koncertów i powiedziała: „Anitko, wszystko było super, tylko mam dla ciebie taką radę. Następnym razem stań przodem do publiczności”. Byłam tak zestresowana, że stałam przodem do moich kolegów i zespołu. Wspomnień jest dużo, ale zdaje sobie sprawę, że tego świata już nie ma, zwłaszcza od momentu śmierci mojego taty. Długo go z nami już nie ma, bo już siedemnaście lat. Mój dom rodzinny w Piotrkowie stał się troszkę takim domem duchów, moja mama też już tam nie mieszka. Częściej jest u swojej mamy w Tomaszowie Mazowieckim. Z Piotrkowem, Tomaszowem i z Sulejowem łączą mnie miłe wspomnienia. Te miejsca kojarzą mi się z wczesnym dzieciństwem – jeździliśmy na wakacje nad rzekę, kąpaliśmy się całe lato. To były inne czasy. Wtedy żyło się inaczej, jeździło się wszędzie na rowerach,  chodziło się po drzewach, spało się pod namiotem. Naszą ulubioną zabawą było wskakiwanie na wozy z sianem tak, żeby nie zauważył woźnica, który był na przodzie. Trzeba było uważać, żeby się przemieścić z punktu A do punktu B. Życie w tamtym czasie to był czad. 

Wraz z końcem roku podjęłaś publiczne postanowienie, że zadbasz o relacje ze sobą, że wybaczysz to, co należałoby wybaczyć, że poprzebywasz ze sobą częściej. Czy udało Ci się dotrzymać tego postanowienia? 

Staram się, aczkolwiek do tego potrzebny jest czas, totalne oderwanie się od ludzi, od rzeczywistości. Problem jest nie ze względu na to, że nie chcę, tylko po prostu żyjemy w takim tempie, że to życie nie pozwala na te osobne wędrówki i momenty bytu. Cały czas są plany, żeby gdzieś kiedyś się oderwać i wyruszyć w jakąś podróż. Ostatnią podróżą, taką bardzo moją była podróż, gdy Pola była mała. Wyjechałam na wyspę Hydra, tropić ślady Leonarda Cohena. Po przeczytaniu jego bardzo obszernej biografii dowiedziałam się, że mieszkał tam parę lat i że tam powstała jedna z moich ukochanych piosenek. Pola była mała i zostawiłam ją z Johnem i powiedziałam, że sobie poradzicie. Jadę na tydzień, nie będzie mnie i to było piękne. Po prostu tydzień spędziłam sama ze sobą. Czujesz wtedy, jakby to trwało miesiąc, czas się rozciąga. Można się nim delektować w nieskończoność. Odwiedziłam  wtedy dom Leonarda, jego ukochane bary, wszystko jego tropem. Nie było Google Map i nie można było sobie nic znaleźć, można było się za to pięknie zgubić. Zwłaszcza na tej wyspie, która ma nieprawdopodobny urok i czar – między innymi przez to, że nie ma ulic, nie ma możliwości zbudowania dróg. Ludzie poruszają się na nogach i przy pomocy osiołków. Przywożą w ten sposób zakupy. Dzisiaj wyspa stała się bardzo komercyjna. Wtedy taka nie była, wtedy czułam się jakbym tylko ja ją odkryła. Po latach wróciłam tam wziąć ślub z moim obecnym mężem, jesteśmy razem już osiem lat. Ta wyspa stała się dla mnie ważnym miejscem. Chciałabym tam spędzić starość. 

Chciałam o to zapytać na koniec, ponieważ zapowiadając swój singiel w tak enigmatyczny sposób, zapytałaś swoich fanów i fanki dokąd chcieliby polecieć razem z tobą. Dokąd chciałabyś polecieć, w jakim miejscu się znaleźć… ale to wcale nie musi chodzić o miejsce, może chodzić o stan ducha. Gdzie chciałabyś się znaleźć na końcu takiej podróży, którą proponowałaś swoim fanom i fankom? 

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że chciałabym spokoju. Dla mnie spokój jest jakąś stagnacją i poczuciem bezsensu. Jakąś stymulację i troszeczkę, odrobinę niepokoju. Chciałabym się znaleźć, albo znajdować cały czas w stanie rozwibrowania – po prostu coś czujesz, masz na coś ochotę, masz głód na życie. Na pewno nie chciałabym, żeby towarzyszył mi duch rezygnowania.

Dziękuję Ci za fantastyczną podróż muzyczną, słowną, geograficzną, sentymentalną. Zapraszamy serdecznie na koncerty i do słuchania nowej płyty Anity. Życzę ci wszystkiego najlepszego. 

Dziękuję serdecznie 

***

Zdjęcia: Wiktor Franko 

Make-up / włosy: Alicja Stempniewicz

Stylizacja: Paweł Talaga

Reklama