Janusz Chabior: Jestem Człowiekiem Chaosu

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Grzegorz Kapla: Dzień dobry w #anywhereTV. Dzisiaj naszym gościem jest Janusz Chabior. Mieliśmy być w trójkę, ale nie zabrałeś swojego psa. 

Janusz Chabior: Dzień dobry. Sytuacja wygląda następująco – Henio pojawił się w naszym domu w czasie, kiedy odszedł Batman. Miał 23 lata, a to poważny wiek. Batman był gwiazdorem filmowym – kochał filmy i kino. Nawet wtedy, gdy był już w słabszeej formie, pięknie pozował w trakcie sesji. Heniek za to jest wariat, drań i wolny elektron. Kiedy pojawiają się kamery, jedyne co może pokazać to swój tyłek. Pomyślałem sobie, że uszanuję jego niechęć do mediów, robienia zdjęć i kamer – niech zostanie w domu, weźmie pilota i obejrzy sobie „Psa, który jeździł koleją” albo jakiś inny, może podróżniczy program.

Heniek przyjechał z daleka, prawda?

Z Ukrainy. Tydzień po rozpoczęciu wojny przyjechał do Przemyśla transport rannych psów i wtedy akurat odszedł Batman. Z Agatką, moją żoną, powiedzieliśmy sobie, że po tak długim okresie paliatywnej opieki nad Batmanem, musimy sobie zrobić przerwę, pojechać gdzieś. Oboje lubimy podróżować, a przez prawie rok byliśmy przywiązani do jednego miejsca, konkretnie do naszego domu, co wiązało się z 24-godzinną opieką nad Batmanem. Kiedy odszedł, pomyśleliśmy sobie: „Dobra, teraz schodzę do biura podróży i coś bierzemy” albo „Otwieramy atlas i szukamy jakiegoś miejsca, gdzie pojedziemy”. Mniej więcej w tym samym momencie, wyskoczył nam gdzieś w internecie Henio, który miał mieć amputowane tylne łapki. Był bardzo pokiereszowany. On i jego białe oczy przyciągnęły nas. Był w sumie trochę podobny do Batmana. Oczywiście, wyciągnęliśmy wniosek, że to po prostu Batman, który też był mocno poturbowany przez życie, miał tylko trzy łapki i to właśnie on podesłał nam kolejnego pensjonariusza. Henio też wymagałby takiej opieki, być może nie będzie miał tych tylnych łapek. Zaangażowaliśmy się na różne sposoby, również finansowo. Zaopiekowali się nim wspaniali lekarze w klinice Ada, w Przemyślu, gdzie działa też centrum adopcyjne – to miejsce, z którego kiedyś wziąłem Batmana. Tak się złożyło, że ciągłość została zachowana. 

 
Reklama

Wróciłeś tam po 25 latach. 

Dokładnie. Okazało się, że dzięki fantastycznym fachowcom, łapki udało się naprawić. W jednej nie ma kości, druga jest trochę jak pointa baletnicy, nie ma półtorej poduszki, ale doskonale sobie daje radę. Była jeszcze jedna opcja, Heniek miałby się poruszać w protezach, ale wyobraź sobie w tym półtorarocznego psa, który jest pełen energii, a jeden z rodziców wywodził się z husky. Braliśmy pod uwagę taką ewentualność, ale to byłaby tragedia. Teraz, jak wychodzi na zewnątrz, stabilizujemy mu te łapy. Zaprzyjaźnił się z chartem nie tylko po to, żeby siedzieć, pić kawę i gadać o książkach, ale również gonić. 

Spotkaliśmy się, żeby pogadać o podróżach. Jak otworzyliście ten atlas, a jeszcze nie wiedzieliście, że Henio do was trafi, dokąd chcieliście się wybrać?

Chcieliśmy się wybrać — generalnie. Nie wiem jakie jest zdanie Agatki, której tutaj nie ma przy mnie, być może ona o czymś innym myślała. Dla mnie cały świat jest ciekawy i interesujący – nie tylko ten po drugiej stronie globu, ale również to, co się dzieje gdzieś za rogiem. Pierwszą podróżą, którą odbyliśmy po odejściu Batmana – Henio był wtedy na rehabilitacji, która trwała dwa i pół miesiąca – był wyjazd do Ameryki Północnej, konkretnie do Miami i okolic. Potem szybki wypad na Kubę, powrót do Miami i potem praktycznie bezpośrednio do Przemyśla, bo odebraliśmy już wtedy Henia. 

No i jak jest na Kubie? 

Na Kubie jest pięknie i bardzo biednie.

To trochę taki świat, w którym moglibyśmy żyć, gdyby nam się nie udało wywalczyć demokracji trzydzieści lat temu?

Dokładnie. Tam są wspaniali ludzie, którzy żyją pod strasznym reżimem potomków rodziny Castro, trzymających wszystko w swoich rękach. Z moich obserwacji wynikało, że ta radość, to nieustające słońce przykrywają kilometrowe kolejki ludzi stojących z kartkami, żeby kupić bułkę czy chleb. Jest to wyspa, chyba jedyna wyspa na świecie, na której nie można zjeść ryby. Chyba, że kupisz ją spod lady, na czarno, bo państwo trzyma na wszystkim łapę. Każdą rybę, każdą szprotkę, każdego mieczyka eksportuje za granicę, żeby mieć pieniądze.

U nas było podobnie – byliśmy bardzo dużym producentem cukru w europejskiej skali, a przez kilkanaście lat kupowaliśmy go na kartki. To chyba nie jest kwestia niedoboru – to kwestia tego, że chcą pokazać, kto rządzi.

Sytuacja geopolityczna też im nie sprzyja. Pomagały im kiedyś Związek Radziecki, później Rosja i Chiny, a na samym końcu Wenezuela, która też padła – był przewrót, kraj się boryka z olbrzymimi problemami. Teraz zostali osamotnieni na tej wyspie.

My też im pomagaliśmy. Pamiętam, że kiedy chciałem zostać marynarzem i jeździłem na praktyki do szczecińskiego portu, stały tam Fiaty, które wysyłaliśmy na Kubę w zamian za banany.

Do tej pory tam jeżdżą. Oprócz Lincolnów Pontiaców z lat 50., co jakiś czas śmiga tam po ulicy Fiat 126 albo Polonez. Popatrz, mamy coś wspólnego, bo ja też marzyłem, żeby pójść do szkoły morskiej w Szczecinie. Trzeba było jednak zdać egzamin z matematyki, a to nie była moja mocna strona.

Ale umiałeś liczyć, bo twoje pierwsze podróże były podróżami przemytniczymi. 

Tak!

Dostawałeś zwitek pieniędzy, które trzeba było szybko przeliczyć.

Byliśmy w takiej sytuacji, że na świecie pojawił się mój syn, Nikodem. Rodzinie trzeba było zapewnić jakiś byt i kupić kaloryfery, bo szła zima. Kolega zaproponował mi udział w szlaku przemytniczym Wrocław-Drezno-Budapeszt, Budapeszt-Drezno-Wrocław. Trzy dni pociągiem Pannonia, między stacjami w każdym z tych wcześniej wymienionych miast. Po takiej trasie przywoziłem, powiedzmy, sto, sto pięćdziesiąt dolarów.

Co wiozłeś, dywan? 

Nie, to były różne etapy.Najprostszy był taki, że szło się do Peweksu, kupowało koniaki Napoleon po dziewięćdziesiąt dziewięć centów… 

… wtedy to było mnóstwo pieniędzy.

To było mnóstwo pieniędzy. Teraz mówię: „Chabior pojechał, zarobił tam sto pięćdziesiąt dolarów i się chwali”, ale mój ojciec, pracując wtedy w hucie na poważnym stanowisku, zarabiał powiedzmy od trzydziestu pięciu do pięćdziesięciu dolarów miesięcznie. 

A był w tej upper-class robotniczej? Bo na stanowisku kierowniczym były najlepsze zarobki.

W branży hutniczo-górniczej tak. Te przewozy to była gra warta świeczki.  

Ale to znaczy, że kupowałeś sto pięćdziesiąt koniaków?

Nie, wtedy nic bym nie zarobił, to się odbywało inaczej. Kupowałem koniaki po dolarze, które hurtem sprzedawałem z jakaś przedbitką na dworcu Keleti w Budapeszcie. Za te koniaki dostawałem forinty, pajdy węgierskiego sosu. Potem z tymi forintami biegłem na bazar, na którym sprzedawano sweterki z kotkami, pieskami czy trójkolorową lamówką. Pakowałem te sweterki do dużych toreb, wskakiwałem w pociąg i jechałem do Drezna. Na dworcu, nie pamiętam jego nazwy, czekali hurtownicy. Wypłacali mi spore pajdy enerdowskich marek. W centrum Drezna stały olbrzymie wieżowce, tam zawsze kręcili się studenci pochodzenia arabskiego. Zjeżdżało się tam windami na sam dół, chyba na minus 10 piętro, wchodziło się do toalety, gdzie następowała wymiana pajdy marek na banknot lub dwa banknoty dolarowe. Oni liczyli te pieniądze tak, że maszyna by z nimi przegrała. Liczyli, chowali, wyciągali dolary i momentalnie znikali.

Skąd wiedziałeś, że są prawdziwe?

Były sposoby, żeby to sprawdzić, ale tego gościa już nie było, żadnej reklamacji. Chodziło o to, że jak tarło się banknot o kartkę papieru i jak zostawała farba, to banknot był fałszywy. Można też było papier naciągnąć – dolar się pięknie rozciągał, nie ulegał szybko przerwaniu…

Przerwać stówkę…

No tak, ale technologia wytwarzania tego papieru jest bardzo skomplikowana, do tej pory objęta tajemnicą. Fałszywka przy naciąganiu się rozrywała, dolar rozciągał. Takie były najprostsze sposoby sprawdzenia banknotu. Prawdę mówiąc, do momentu wymiany w kantorze nie miałem pewności, czy dolar jest prawdziwy czy fałszywy, więc ta podróż z Drezna do Wrocławia… 

… była nerwowa.

Była nerwowa. 

Wiadomo. A twoja najprzyjemniejsza podróż? Bo tamte były niebezpieczne i trudne. Poza tym byłeś trochę w pracy, więc nie mogłeś poświęcić uwagi temu, co jest wokół ciebie. 

Najprzyjemniejsza podróż… Może cofnę się do czasów dzieciństwa. Mój ojciec dostał talon na Syrenę 105L, model luksusowy. Ten luksus polegał na tym, że biegi nie były przy kierownicy, tylko w podłodze. Samochód z Polmozbytu we Wrocławiu odebrał znajomy ojca, bo ojciec nie miał jeszcze prawa jazdy. Syrena stanęła przed blokiem na ulicy Pancernej w Legnicy. Cała rodzina zeszła, żeby obejrzeć ten biały, wspaniały okaz. Ojciec powiedział wtedy: „Mamy samochód, więc teraz musimy gdzieś pojechać. Może do Istambułu?”.

Rany, co za pomysł.

Ojciec pojeździł trzy tygodnie po Legnicy, po czym zapakował mnie, mojego brata Piotrusia i moją mamę do tego samochodu. Załadowaliśmy go namiotami, butlami turystycznymi, kocherami, stolikami. Wszystko się tam zmieściło. No i tym dwusuwem, który miał trochę ponad czterdzieści koni chyba mechanicznych, pojechaliśmy do Istambułu. Jak ojciec popatrzył na mapę, to najprościej było jechać przez Rumunię, przez Karpaty. 

Przez Bułgarię…

Tak, tylko że na tej mapie ta droga przez Karpaty była zaznaczona na bordowy kolor. Wyobraź sobie cztery osoby w tym wypakowanym samochodzie, który ma czterdzieści sześć koni mechanicznych, wjeżdżające na wysokość czterech tysięcy metrów. To czasami wyglądało tak, że za nami ciągnął się dwu-, trzykilometrowy sznur ciężarówek i tirów. A tam, co jakieś pięć kilometrów, był wykuty w skale taki mini parking, na którym można było się zatrzymać i przepuścić te wszystkie samochody. Wtedy była też okazja, żeby wlać wodę do chłodnicy. Jak wyjeżdżaliśmy to specjaliści od Syreny powiedzieli: „Rysiu, przede wszystkim musisz jeszcze wziąć kilkanaście przegubów” – to był średni napęd, a konstrukcja w Syrenie była taka, że w silniku można było naprawić wszystko, nie był skomplikowany. Przypomnę, że pierwsze Syreny miały silnik od pralki Frani. Model 105L był trochę bardziej skomplikowany, każdy mechanik w Europie dawał radę, ale przy przegubach to wymiękał, bo te części mogły być tylko od Syreny. W Czechosłowacji, na Węgrzech, czy w Rumunii to raczej nie dysponowali takimi, więc dodatkowo mieliśmy w samochodzie pół bagażnika przegubów. Na szczęście żaden nie strzelił. Przewieźliśmy wszystkie przeguby ze sobą, ale wypadł wodzik, przez co nie można było wrzucać wstecznego biegu. Całą trasę tak przejechaliśmy, a gdy trzeba było cofać, to przepychaliśmy samochód ręcznie.Opowiem jedną historię, bo była romantyczna i obfitująca w różne przygody, także Alfred Szklarski albo Karol May na pewno napisaliby o tym niezłe książki. Może kiedyś sam to opiszę. Jadąc przez Rumunię zobaczyliśmy drogowskaz, który lekko zwisał, nie było wiadomo jaki kierunek pokazuje. Jest rozdroże – w lewo albo w prawo. Ojciec stwierdził, że w lewo. Po kilku kilometrach skończył asfalt, pojawił się szuter, wykopane rowy, druty kolczaste i jakieś wieżyczki. Nagle z jednej z tych wieżyczek padł snop światła skierowany w nasz samochód i usłyszeliśmy jakiś komunikat po rumuńsku. Ojciec otworzył okno i krzyknął, że nie rozumie. Ktoś gadał coraz głośniej, coraz bardziej natarczywie. Usłyszeliśmy, że jedzie jakiś samochód ciężarowy – wyskoczyli z niego żołnierze z psami, z karabinami i otoczyli nasz samochód. Wywnioskowaliśmy, że musimy się wycofać. Przypomnę, że nie mieliśmy wstecznego biegu, a ścieżka była wąska, z każdej strony był rów, więc nie było opcji, żeby zawrócić. Ojciec zaczął tłumaczyć żołnierzom, że wypadł nam wodzik i nie możemy wycofać. Trwało to trochę, psy coraz głośniej szczekały, atmosfera robiła się coraz bardziej nerwowa. Wydawało mi się, że odbezpieczają te automaty, ale nagle, eureka, oficer zrozumiał o co chodzi. Do samochodu podbiegło około dwudziestu żołnierzy, każdy z nich go złapał i po prostu podnieśli go do góry, obrócili, postawili, my wsiedliśmy i odjechaliśmy. Takich przygód było mnóstwo. Proszę sobie wyobrazić, dwóch młodych chłopaków, ja miałam jakieś czternaście lat, mój brat jedenaście. Siedzieliśmy z tyłu w nieklimatyzowanej Syrenie 105 L, gdzie jedyny nawiew był poprzez otwarcie szyby, a jechaliśmy przez cholernie gorące kraje. Rumunia, Bułgaria, Turcja – temperatury sięgały czterdziestu stopni. Byliśmy jednak wszyscy razem, cała nasza rodzina. 

A w Polsce? Masz takie historie z naszych polskich bezdroży?

Mam jedną bardzo fajną przygodę. Pojawił się pomysł, żeby spłynąć Czarną Hańczą. Były to lata 90. zeszłego wieku. Boże, jak to brzmi – zeszłego wieku. 

Już w wolnej Polsce

Tak. Pracowałem wtedy w Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy. Przygotowywaliśmy spektakl „Antygona”, a teatr nawiązał współpracę z teatrem z Zittau, więc przyjechał niemiecki reżyser Andreas. Powiem, że było zabawowo, bo na pierwszym spotkaniu był śledzik. Siedzieliśmy sobie po pracy w bufecie, pojawił się alkohol, a reżyser po prostu się złoił. Niemiec ze Słowianami. On był zresztą trochę nietypowym, lekko hipisującym reżyserem. W każdym razie, ta idea bardzo mu się spodobała, więc postanowił, że całe swojej honorarium przeznaczy na fundusz śledzikowy. Każdego dnia, po próbie, spotykaliśmy się w bufecie i robiliśmy sobie kolejnego śledzika – zaprzyjaźniliśmy się do tego stopnia, że postanowił przyjechać do Polski i wybrać się w jakąś podróż. Wtedy pojawił się pomysł Czarnej Hańczy. Andreas powiedział, że ma jeszcze jakieś koleżanki, które też chciałyby z nami pojechać. To jeszcze była ta dzika Czarna Hańcza – babcie siedziały przy pierogach, winko domowej roboty na brzegu, bardzo rzadko mijało się tam jakiś kajak. Niemcy mieli ciągłą chęć uprawiania naturyzmu, pływali sobie na golasa. Byli przy tym strasznie upierdliwi, bo jeszcze nie wyjechaliśmy z Legnicy, a oni już pytali, kiedy będziemy mogli pływać bez ubrań, kiedy dojedziemy, o której pójdziemy na kajaki. Po paru dniach natarczywych pytań powiedziałem: „Moment, ja też mam wakacje i wiem, że lubicie mieć zorganizowane wyjazdy, ale ja nie jestem organizatorem. Jestem waszym kolegą, więc proszę mi nie zadawać już więcej takich pytań, bo sam nie wiem i po prostu będzie jak będzie”.

Dla Niemców to trudne.

To nie było takie proste. To była magiczna historia. Magiczne też było… ale to jest dłuższa historia, może opiszę ją w mojej książce. W każdym razie, te dwa tygodnie spływu – kanał Augustowski, Czarna Hańcza, zatrzymywanie się, rozbijanie namiotu, biwaki, łapanie ryb, wędrówki do wiejskich sklepików, biały ser z cebulką, z ogóreczkiem i z pomidorkiem, Jezioro Szmaragdowe, gdzie czapla siwa, gdzie kormorany, gdzie coś było, może pies, może wilk – to był spotkanie ze wspaniałymi ludźmi. Ja tych terenów wcześniej nie znałem. 

Ale wziąłeś się za pisanie książki? Niewątpliwie masz wielki, narracyjny dar.

Dziękuję. Chodzi mi ten pomysł po głowie. Z drugiej strony teraz wszyscy piszą książki, dlatego chciałbym napisać coś takiego, co byłoby…

Nie wszyscy piszą dobre książki.

No właśnie. Chciałbym to połączyć z moimi rysunkami, które mam jeszcze starych czasów. Przede wszystkim potrzebuje czasu.

A dużo grasz.

Na miarę talentu ( śmiech) Muszę więc wygospodarować w napiętym grafiku czas.  Trzeba będzie postawić jakiś szlaban, zrobić sobie miesiąc czy półtora miesiąca wolnego, żeby skupić się tylko na jednej rzeczy. Generalnie lubię skupiać się na jednej rzeczy. Być może wynika to z tego, że jestem człowiekiem chaosu i jak mam gdzieś jechać, to nigdy nie planuje tego, jak będzie wyglądał dzień. Dzisiaj zrobimy to, mamy wynajęty samochód, jedziemy do tego hotelu, potem do następnego, zwiedzamy to i to, obiad jemu tu, potem idziemy się przejść po mieście i dajemy sobie na to trzy godziny, bo rano trzeba wstać i ruszać dalej… no nie. U mnie wszystko może się wydarzyć – jedziemy i zobaczymy jak będzie, jeżeli coś mnie przyciągnie, to czemu mam się trzymać jakiegoś grafiku, skoro życie mówi: „Chabior, chodź tutaj, tutaj jest fajnie”.  

Dziękuję za rozmowę.

Fot. Łukasz Dziewic

Reklama