„Tylko lub aż słowa” – Pani od feminatywów o języku wywołującym emocje 

pani_od_feminatywow_Easy-Resize.com_

„Ostatnio Rada Języka Polskiego opublikowała wyniki sondażu przeprowadzonego z okazji Dnia Języka Ojczystego, z którego wynika, że 38% Polaków kiedykolwiek pokłóciło się z drugą osobą o kwestie językowe” – mówi Pani od feminatywów, czyli Martyna F. Zachorska, z którą rozmawiamy o historii języka polskiego i stereotypach z nim związanych oraz o tym, dlaczego żeńskie końcówki nie wszystkim przypadły do gustu.

Joanna Rembowska: Spodobało mi się to, co jakiś czas temu napisał Michał Rusinek, „że mało co tak rozgrzewa Polaków i Polki jak kwestia językowa”. 

Niewiele jest rzeczy, które wywołują tak silne emocje w każdym z nas, jak język. 

 
Reklama

Dlaczego?

Dlatego, że język dotyczy nas wszystkich i używamy go na co dzień. Czy to, kiedy mówimy, czy gdy piszemy, więc każdy z nas siłą rzeczy ma coś do powiedzenia na temat języka. Ostatnio Rada Języka Polskiego opublikowała wyniki sondażu przeprowadzonego z okazji Dnia Języka Ojczystego, z którego wynika, że 38% Polaków kiedykolwiek pokłóciło się z drugą osobą o kwestie językowe, czyli na przykład o to, czy się coś poprawnie mówi lub pisze. Co więcej, czujemy bardzo silny pęd do tego, aby nasze opinie wyrażać publicznie.

Na przykład w sieci.

Tak, tam szczególnie. My Polacy kochamy swój język, naprawdę. Dbamy o niego, wręcz mam wrażenie, że czcimy go, tak jakby podświadomie wydawało nam się, że ktoś nam ten język zabierze. Być może jest to jakaś pozostałość z czasów zaborów, kiedy rzeczywiście polszczyzna była tępiona, kiedy to dzięki staraniom rodziców, dziadków przetrwał nasz język, tradycja. Dzisiaj, jak wiemy, nic takiego nam nie grozi. Żyjemy w XXI wieku, ale mimo to wciąż próbujemy bronić polszczyzny.

Przed czym?

Właśnie tak naprawdę nie wiadomo przed czym. Zapewne przed jakimiś urojonymi zagrożeniami, przed zapożyczeniami z języka angielskiego, przed językiem inkluzywnym.

Przed feminatywami?

Również. Chociaż moim zdaniem niektóre negatywne opinie na temat feminatywów absolutnie mieszczą się w ramach debaty publicznej i nie są zwykłym hejtem. Są po prostu wyrażeniem swoich wątpliwości co do poprawności formy lub swojej osobistej opinii. Używanie feminatywów, bądź ich nieużywanie, to jest kwestia gustu i każdy człowiek powinien mieć dowolność tego, w jaki sposób chce być nazywany, na przykład jedna kobieta woli być nazywana „panią adwokat”, a nie „adwokatką”, druga natomiast odwrotnie i to jest ok. Tym bardziej, że obie te formy są poprawne językowo.

A te komentarze, które nie mieszą się w ramach debaty publicznej?

Prowadzę konto o tematyce językoznawczej ponad dwa lata i widzę, że najbardziej agresywne opinie na temat feminatywów piszą mężczyźni. Sama niestety spotkałam się z wieloma bardzo brutalnymi, bardzo agresywnymi opiniami na swój temat w odniesieniu właśnie do feminatywów, choćby wiadomość, że powinni mnie zgwałcić rosyjscy żołnierze. Zatem prof. Rusinek mówiąc o tym, że nic tak nie wyzwala w nas emocji jak feminatywy miał rację. I to jest całe spektrum emocji, od ekscytacji po nienawiść.

Życzenie komuś najgorszego tylko dlatego, że używa innej formy języka? 

Język jest takim elementem naszej rzeczywistości, który kształtuje nasze myślenie. Można nawet powiedzieć, że my myślimy językiem, więc kiedy ktoś używa tego języka w inny sposób niż my …

Pojawia się problem?

Tak. Mogą pojawić się bardzo różne reakcje. To zależy oczywiście od tego, jak silnie identyfikujemy się z daną kwestią. Nie tylko feminatywy, ale też bardzo grzeją nas, że tak powiem, zapożyczenia. Co jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe, ponieważ polszczyzna w co najmniej 20% składa się z zapożyczeń.

Chociażby związane z kwestią zaborów, o której wspominałaś na początku.

Właśnie tak.

Oprócz feminatywów i zapożyczeń, grzeje nas też kwestia używania zaimków.

Tak, też to widzę. A to przecież jest tylko kwestia szacunku, jeżeli ktoś życzy sobie być nazywany w określony sposób, to powinniśmy to zaakceptować i już. Natomiast komentarze, szczególnie w internecie, są po prostu okropne. Chociaż jeżeli chodzi o feminatywy, to muszę przyznać, że w pewnym momencie przestały mnie irytować, a zaczęły śmieszyć, bo to, czy ktoś użyje feminatywu, czy nie, naprawdę nie jest najistotniejszą kwestią życia codziennego, to po prostu słowa określające nasze zawody. Jakiś czas temu rzucił mi się w oczy komentarz pod informacją, że jakaś lekarka zdała egzamin specjalizacyjny na onkologii i ogłosiła się, że jest onkolożką. Pewien mężczyzna nie wytrzymał i napisał, że w takiej sytuacji odmówiłby leczenia u tej konkretnej osoby. Myślę oczywiście, że ten mężczyzna faktycznie by tak nie postąpił, ale o czym to świadczy? Przedkładanie naszych poglądów o kwestiach językowych, o feminatywach nad własne zdrowie? A tu nie ma tak naprawdę o czym dyskutować, bo z punktu widzenia językoznawcy, feminatywy to po prostu poprawnie utworzone formy żeńskie. W polszczyźnie były obecne od zarania dziejów. Można by nawet powiedzieć, że są starsze niż język polski, ponieważ w języku prasłowiańskim one również występowały, a polszczyzna wywodzi się z prasłowiańskiego.

Może właśnie z braku takiej wiedzy pojawiają się komentarze w stylu „nowomoda”,  „wymysły feministek”, „kiedyś tego nie było”.

Raczej nie było tyle, co teraz. Po pierwsze nie było tylu zawodów, a po drugie kobiety miały utrudniony dostęp nie tylko do rynku pracy, edukacji, ale też do udziału w życiu publicznym. Dopiero na pod koniec XIX i na początku XX wieku to się zaczęło zmieniać. Kiedy kobiety zaczęły studiować na uniwersytetach, kiedy wkroczyły na rynek pracy, na przykład wypełniając wakaty spowodowane licznymi stratami wojennymi w ludziach, najczęściej rzecz jasna w mężczyznach, pojawiła się potrzeba nazwania tego, czym się zajmują. Zaczęto tworzyć analogiczne formy do tych, które już w języku były, czyli jak był nauczyciel, to oczywiście była też nauczycielka, jak adwokat, to adwokatka. To po prostu wynikało, jak pisano wówczas, z logiki językowej. Chociaż oczywiście nie zawsze było to takie proste. W tamtym czasie w sejmie po raz pierwszy zasiadły kobiety. I zastanawiano się, jak się do nich zwracać, czy są posłankami, czy może poślicami.

Ale przyszły lata 50-te XX wieku.

Tak, wszyscy wtedy mieli być równi, bez podziałów. Dążenie do identyczności kobiet i mężczyzn sprawiło, że feminatywy zaczęły zanikać, ale tylko w zawodach kojarzonych z pewną renomą. Pojawiła się więc tendencja do nazywania kobiet formami męskimi, które do tej pory wydają się wielu osobom bardziej prestiżowe. Generalizuję oczywiście, ale męskość przeważnie kojarzy się z prestiżem, z wyższymi zarobkami, z kompetencjami, z brakiem emocjonalności. Kobiecość zaś z delikatnością, emocjami, opieką nad innymi, ale też z mniej prestiżowymi zajęciami. Dlatego często, kiedy kobiety wchodzą w te stereotypowo męskie zawody, zakładają taki „językowy garnitur”, tak jakby żeńska końcówka wyrazu odbierała wszystkie nasze kwalifikacje. A tutaj nie leży problem w użytej przez nas końcówce, w języku, tylko w naszym myśleniu.

Używanie feminatywów powoduje, że uczestnictwo kobiet w życiu społecznym jest bardziej widoczne?

Feminatywy sprawiają, że zauważamy kobiety, że przestają być niewidzialne. Po prostu są obecne w języku, a dzięki temu możemy pokazać dziewczynkom, że mogą być tym, kim chcą, i że płeć ich nie ogranicza w wyborze zawodu. To samo dotyczy chłopców. Jeżeli używamy form męskich w odniesieniu do zawodów zdominowanych przez kobiety, to też pokazujemy im, że zainteresowanie makijażem, czy gotowaniem nie jest czymś uważanym za niemęskie, że to nie jest coś, co im uwłacza. 

Kilkanaście lat temu Joanna Mucha w jednym z wywiadów powiedziała, że chciałaby być nazywana nie Panią Minister, a Ministrą. Oczywiście w opinii publiczne zawrzało. Później przez jakiś czas kwestia feminatywów trochę przycichła, aż do grudnia zeszłego roku, kiedy premier Donald Tusk przedstawił skład swojego rządu, w którym pojawiła się na przykład Ministra Zdrowia lub Ministra Edukacji. Komentarzy w internecie jest aż nadto.

To jest oczywiście tylko moje zdanie, ale wydaje mi się, że gdyby feminatywy do przestrzeni publicznej na nowo wprowadziły na przykład aktorki czy pisarki, nie byłoby takiego szumu. Wprowadziły je natomiast polityczki, a my Polacy i Polki jesteśmy bardzo silnie spolaryzowanym politycznie narodem. Mamy tendencję do wyśmiewania wszystkiego, co robi ta druga strona świata politycznego, ta z którą się nie identyfikujemy. Poza tym, wbrew temu, co deklarujemy, u nas w kraju nie traktuje się polityki poważnie, raczej jako obiekt do żartów czy tworzenia memów. Kiedy więc pojawia się coś nowego, co w dodatku nie jest wprowadzane przez „naszą” grupę polityczną, to nie ma znaczenia, czy to jest zasadne, czy to jest słuszne, czy to się przyczyni do poprawy życia w społeczeństwie, trzeba to wyśmiać. Dzięki temu moim zdaniem feminatywy stały się markerem przynależności politycznej. Osoba, która używa słowa „chirurżka” od razu utożsamiana jest z głosowaniem na lewicę, a ta od „pani chirurg” zapewne ma sympatie prawicowe. A przecież to nie jest sprawa zerojedynkowa. To są po prostu słowa, które upraszczają komunikację. Co więcej, dzięki nim unikamy pewnych niezręczności. 

Niezręczności? Masz zapewne na myśli jakiś dysonans poznawczy?

Kiedy na przykład Krzysztof Bosak z Konfederacji brał ślub, to pojawiały się takie nagłówki jak „Krzysztof Bosak wziął ślub z prawnikiem”! I wtedy ja zaczynam się zastanawiać, czy konserwatywny polityk przeciwny małżeństwom jednopłciowym, jednak zmienił poglądy? Tutaj feminatyw zdecydowanie załatwiłby sprawę.

Zdecydowanie. A propos lubienia, w jednym z wywiadów powiedziałaś, że Twój ulubiony feminatyw, to prorokini, dlaczego?

Rzeczywiście bardzo lubię to słowo i tę końcówkę -ini. A sama prorokini kojarzy mi się z mądrością, wiedzą.

Z wiedzą? To może też z wiedźmą? 

Tak! Z piękną wiedźmą! 

Martyna F. Zachorska – filolożka, tłumaczka pisemna i konferencyjna, doktorantka na kierunku językoznawstwo w Szkole Doktorskiej Nauk o Języku i Literaturze UAM w Poznaniu. Autorka książki „Żeńska końcówka języka”. Twórczyni internetowa– jako Pani od Feminatywów popularyzuje naukę i literaturę oraz obala mity i tropi absurdy życia codziennego. 

Zdjęcie główne: Agnieszka Werecha-Osińska

Share this post

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

PROPONOWANE