Co o współczesnym Hollywood mówi sukces „Narodzin Gwiazdy”?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Reżyserski debiut Bradleya Coopera był jednym z najgłośniejszych tytułów ostatnich Oscarów. Melodramatyczna relacja upadłej gwiazdy country i młodej, zdolnej piosenkarki podbiła serca milionów oraz otrzymała aż osiem nominacji do najważniejszej filmowej nagrody (a słynny utwór „The Shallow” nawet wygrał w kategorii „najlepsza piosenka”).

“Narodziny gwiazdy” w ciągu zaledwie kilku miesięcy przetransportowały Phila z “Kac Vegas” do hollywoodzkiej ekstraklasy, a Lady Gadze złożyły obietnicę długotrwałego romansu z X Muzą.

Niestety, choćbym nie wiem, jak bardzo się starał, nie mogę dołączyć do grona sympatyków tego przedsięwzięcia. Przyczyny globalnego triumfu amerykańskiego hitu prowadzą bowiem do bardzo niepokojących wniosków na temat aktualnej kondycji kina głównego nurtu. Niekwestionowany sukces dramatycznej przypowieści o trudach estradowego życia odsłania skuteczność cynicznej taktyki twórcy, który z wyrachowaniem rekina Wall Street, nakręcił dzieło dogadzające każdej grupie docelowej. Efekt jego działań przypomina wizję zmontowaną przez bota Google’a, próbującego zrozumieć ludzkie uczucia na podstawie trendów mediów masowego przekazu. Patronujący historii slogan “dla każdego coś miłego” formuje antologię mdłych ruchomych obrazków, ukazujących tekturową rzeczywistość.

Tragiromantyczny musical wkłada klisze anglosaskiej popkultury do pojemnego klasera i pokazuje je widzom w całkowicie niezmienionym stanie. Bezmyślnie reprodukowane motywy artysty-alkoholika, burzliwego romansu, czy terapeutycznej mocy muzyki, budują kalejdoskop powtarzalnych, narracyjnych przepisów. Pożyczone treści są kompletnie wolne od autorskiej ingerencji. Odbiorca powinien od razu zapomnieć o potencjale rewizjonistycznym, pastiszowym oraz parodystycznym. Wytwór, który otrzymuje odgrzewa modne składniki, unikając perspektywy oryginalnej reinterpretacji jak ognia.

Sponsorująca superprodukcję megalomania Coopera i Gagi doprowadza do groteskowych rezultatów. Popisy duetu proszą się o porównanie z historyczną już kooperacją Guya Ritchiego oraz Madonny. Obie pary proponują światu smutną karykaturę zestawu twórca-muza, szukającą potencjału w sile nazwisk, a nie rzeczywistym reżysersko-aktorskim talencie. Kreacja Gagi jest równie przejaskrawiona, co cukierkowy cyberpunk jej teledysków, a chcący upiec dwie pieczenie na jednym ogniu Bradley blednie zarówno za, jak i przed kamerą. Pornografia próżności dwójki gwiazd traktuje fabułę jako pretekstowy materiał promocyjny, równoznaczny z instagramowym selfie na którymś z czerwonych dywanów.

“Narodziny Gwiazdy” rozczarowują też ścieżką dźwiękową, a tego filmowi przede wszystkim muzycznemu wybaczyć nie można. Piosenki wykonywane przez bohaterów cechuje przerażająca przeciętność. Poszczególne utwory brzmią niczym kompozycje znudzonego księgowego. Udający emocjonalną bombę, usypiający pop rodem z poczekalni zakładu fryzjerskiego, obraża widza obrzydliwą neutralnością. Uderzająca bezpłciowość perfekcyjnie podsumowuje problem całego projektu, mierzącego ludzkie uczucia w excelowej tabelce.

Opowiastka pozująca na przejmującą sagę o cieniach życia idoli to tak naprawdę pozbawione ikry, pasywne truchło. Śmietnik odniesień i odwołań zaszczepia w głowach publiczności iście dystopijną wizję kultury popularnej, świadomie odzierającej proces twórczy z konfrontacyjnego pierwiastka. Syntetycznie zaprojektowana przyjemność z seansu daje jedynie chwilową, pustą satysfakcję, ponieważ żaden kinoman nie lubi, gdy traktuje się go jak niezdolnego do samodzielnej refleksji, konsumpcjonistycznego zombie.

Do Oscara został nominowany tytuł rysujący stereotypową iluzję celebryckiego uniwersum, gdzie alkoholizm pachnie żartem opowiadanym na modnym cocktail party, a kradnące serca koncerty brzmią jak soundtrack reklamy jeansów. Piękne, gładkie postaci porozumiewają się ze sobą librettem plotkarskich portali, wpychając nam “American Dream” XXI wieku, który odpowiednio wyretuszuje nawet największe nieszczęścia. No cóż. Tandetny, złoty ludzik znów zebrał swoje żniwa. Hollywoodzkie kino jest niestety w stanie rozkładu.

Reklama