Michał Bajor: „Kolor Cafe”

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Na najnowszym albumie artysta powraca do swoich włosko-francuskich fascynacji muzycznych. Z powodzeniem sięga po sławne przeboje z repertuaru takich wykonawców jak między innymi Edith Piaf, Dalida, Marino Marini czy Serge Gainsbourg, przedłużając artystyczne życie tych utworów w świadomości kolejnych pokoleń odbiorców.

Podobnie jak i Twoi rówieśnicy lubiłeś i nadal lubisz piosenki anglojęzyczne, na przykład zespołu The Beatles. Ich dominacja w światowej muzyce rozrywkowej ostatnich dekad wydaje się niepodważalna. Skąd zatem Twoje zamiłowanie do repertuaru francuskiego i włoskiego?

To kwestia pokoleniowa. W Polsce czasów mojej młodości, w radiu i telewizji prezentowane były głównie piosenki ze środkowej Europy – transmitowano festiwal w San Remo czy koncerty wykonawców francuskich. Wpływ miała też rodzina: ojciec aktor, mama nauczycielka, babcia śpiewająca, brat bardzo umuzykalniony, ciotka pianistka – wszyscy  słuchali tych piosenek.  A ówczesne „brukowce”, czyli dwie czy trzy gazety na krzyż, opisywały życie Dalidy, Joe Dassina czy Charlesa Aznavoura. Więc naturalne, że do tych artystów było mi najbliżej. Zakochałem się już wtedy w ich indywidualności i sile głosu. Również w pewnego rodzaju nadekspresyjności. Owa pasja ukształtowała zresztą mój przyszły repertuar oraz myślenie o charakterystyce mojego głosu. Stąd to drżenie, wibrato, którego używam od lat dużo mniej, a do którego na tej płycie, z powodu repertuaru, trochę wróciłem.

 
Reklama

Z kilkuset piosenek wybrałeś na tę płytę raptem dziewiętnaście. Według jakiego klucza dokonywałeś selekcji?

W tym procesie uczestniczył i szef muzyczny Wojciech Borkowski, i mój menadżer Janusz Kulik, a także Ela Zapendowska i sporo osób z wytwórni Sony Music. To było wiele spotkań, na których słuchaliśmy utworów i rozmawialiśmy o nich. Doprowadzenie do procesu nagrań trwało półtora roku. W końcu unormowały się kwestie prawne – przy pomocy wytwórni uzyskaliśmy zgody spadkobierców kompozytorów i autorów. A sam wybór był bardzo trudny i bolesny. Obok prawie każdej z tych piosenek potrafiłbym postawić cztery kolejne. Decydowały względy emocjonalne, bądź większość opiniujących, prawie jak w prawdziwych wyborach. Prezentowałem utwory wielu osobom i pytałem – którą byś wybrał(a)? Tak naprawdę wyłoniliśmy szesnaście piosenek zarejestrowanych premierowo. Do tego doszły dwie nagrane na nowo oraz jeden bonus sprzed lat.

Czy to oznacza, że możemy spodziewać się wydawniczej kontynuacji tematu włosko-francuskiego w Twoim wykonaniu?

Oczywiście, gdyby tylko zdobyć prawa do kolejnej puli utworów, nie byłoby z tym żadnego problemu. Zwłaszcza, że już kiedyś wydałem płytę z piosenkami francuskimi i to był nieprawdopodobny strzał w dziesiątkę. Stąd wpadłem na pomysł, żeby ponownie uderzyć w ten repertuar, ale  tym razem dołączając nowe utwory, jak i piosenki włoskie, którymi w młodości emocjonowałem się tak samo.

Na czym Twoim zdaniem polega różnica między francuską i włoską częścią tego materiału – jeśli chodzi o pewną nastrojowość, o klimat?

Jest ogromna. Chodzi mianowicie o sprawę tekstów oraz pewnej stylistyki muzycznej. Może nie nazwałbym piosenek włoskich powierzchownymi, ale są to przede wszystkim przeboje – weźmy choćby takie „Quando, Quando”, „Bambino” i parę innych. Zresztą one z natury – nawet te dramatyczne – są bardzo szerokie, śpiewne, traktują o miłości. Wszyscy mogą  je sobie zanucić. Natomiast we francuskich utworach nie dosyć, że wszyscy mogą je nucić, to jeszcze są bardzo o czymś. Dlatego trudne było też ułożenie kolejności na płycie. Kolejna trudność to zlepienie  programu koncertowego z tych piosenek tak, żeby obok przejmującego dramatu, przy którym słuchacze się wzruszają w „Je suis malade” nie znalazło się np. właśnie wspomniane „Quando , Quando”. Ale wracając do głównego wątku… Francja zawojowała świat oryginalnością i mądrością, a Włosi dodali do tego jeszcze pewnego rodzaju zabawę i frywolność, której widzowie tak potrzebują. Ludzie to kupili i stąd wielka, do dzisiaj zresztą, popularność takich wykonawców jak Al Bano, Pupo, czy Drupi… Prawdziwe i bardziej ambitne światowe kariery robili jednak Francuzi – Piaf, Dalida, czy Yves Montand, którzy osiągali sukcesy nawet w Ameryce. A ten ostatni był przez chwilę narzeczonym Marilyn Monroe, więc wszyscy mogli mu tego zazdrościć, a jego piosenki osiągały szczyty popularności.

Skoro tekst bywa tak istotny, to znaczy, że w polskich wersjach kluczową rolę odgrywa praca tłumacza. Większość utworów na „Kolor cafe” przełożył Rafał Dziwisz. Jak oceniasz jego wkład w ten album?

Jest nie do przecenienia. Dla artysty śpiewającego jest bardzo ważne, żeby tłumaczenia „nie zgrzytały piaskiem po zębach”. I u Dziwisza tego nie ma. Jest aktorem Teatru Słowackiego w Krakowie, który pisze i tłumaczy dla wielu osób i teatrów. Dla mnie odkryli go znajomi z Wrocławia, gdzie grał i pisał słowa w jednym ze spektakli. I okazało się, że znakomicie tłumaczy, bo robi to niesamowicie muzycznie. A to wcale nie jest tak łatwe. Z włoskimi przekładami jakoś sobie radzę pamięciowo, ale na przykład bardzo długo uczyłem się tekstu „Miłość to jest gra” z repertuaru Joe Dassina, bo tam są takie skojarzenia literackie, których dziś w naszym codziennym języku za bardzo się nie używa. A one muszą tam być, żeby móc zachować treść i sens. Oczywiście czasem Rafał pozwala sobie na „licentia poetica” i ma do tego pełne prawo. Jak w tytułowym na płycie „Couleur Cafe”, gdzie w oryginale Gainsbourg śpiewa do kobiety, która ma ciemniejszy kolor skóry – i stąd jest połączenie z kawą. A w przekładzie który dostałem, jest coś  innego, bo tak sobie tłumacz wymyślił. Piosenki francuskie są trudniejsze i dzięki staraniom Rafała bardzo pięknie mi się je śpiewa. Aczkolwiek powtarzam – te pieśni powstały kilkadziesiąt lat temu i w jakimś sensie, literacko, niektóre z nich są archaiczne. To raczej nie jest twórczość dla młodzieży, która miałaby tego słuchać na plaży z empetrójki. Bardzo jestem  ciekawy przyjęcia tej płyty, po tym, jak kilka lat temu moja francuska kolekcja odniosła fantastyczny sukces. Dzisiejszy potencjalny odbiorca, „bogatszy” o otaczającą nas piosenkę „lekką, łatwą i przyjemną”, czyli łubudubu i „biedroneczki są w kropeczki”, na pewno tego nie kupi. Natomiast jestem ciekawy, na ile moja publiczność, składająca się z czterech pokoleń słuchaczy, będzie zadowolona. Mam nadzieję, że tak – oni wciąż czekają na coś nowego, a w tym przypadku na piosenki, które cały czas są znane na całym świecie.

A jaką rolę w tym wszystkim pełni wokalista jako „interpretator” tekstu i emocjonalnej warstwy w piosence? Mierząc się ze słynnymi piosenkami, z jakim podchodzisz do nich nastawieniem? Próbujesz je zawłaszczyć i wykonać zupełnie po swojemu? Czy też nawiązujesz z nimi jakiś dialog?

Nie jestem kopistą, ale bez skromności powiem, że covery w moim wykonaniu cieszą się uznaniem publiczności i krytyków, co widać zarówno po sprzedaży płyt, jak i po zainteresowaniu koncertami. Oczywiście mogłem wziąć piosenki z cyklu „tralalala bum cyk cyk”, ale wolałem sięgać po utwory wybitnych twórców, takich jak Kofta, czy Grechuta. I okazało się, że przedłużyłem  życie tych artystycznych, ponadczasowych perełek. Wnosząc jednocześnie we współczesność swoją wiarygodność. Nigdy w życiu nie wykonałem utworu klasyka „na głowie”. Nie lubię przepoczwarzania piosenek na siłę. Jeśli artystka X czy artysta Y nagrają piosenkę Osieckiej czy Młynarskiego w duchu pierwowzoru, to i tak ostatecznie wygra przecież ich osobowość i charakter.  Ktoś może mi  zarzucić , że śpiewam podobnie jak pierwsi wykonawcy. Być może, ale robię to celowo i z wielkim ukłonem dla mistrzów. Nie imituję piosenek tak, jak w pewnym programie telewizyjnym odgrywa się (zresztą często bardzo udanie) postaci i wciela w nie. Przefiltrowuję te pieśni przez swoją dojrzałość, więc jest to Michał Bajor interpretujący znane utwory. Uważam, że należy kłaniać się oryginałom, podchodzić z poszanowaniem do linii melodycznej i wielkości piosenki. Lady Gaga czy Madonna pokazały, że można w ten sposób zaśpiewać „La vie en rose” Edith Piaf, pozostając w charakterze piosenki, a równocześnie w swojej indywidualności. Ktoś może chciałby, żebym  błysnął i zaśpiewał na przykład swingowo lub jazzowo. Ale ja nie umiem na jazzowo, więc po co mam się wygłupiać, skoro są w tej dziedzinie lepsi ode mnie. Nie będę ścigał się w jazzie z Urszulą Dudziak. Nie chcę nikogo udawać. Mogę tylko pokazać siebie, w miarę zbliżonego do oryginału.

Podczas występu przeplatasz piosenki opowiastkami, anegdotami, żartami. Dzięki temu nawiązujesz kontakt z publicznością. Czy w piosenkach z „Kolor cafe” tkwi potencjał narracyjny?

To bardzo ważny ich aspekt. Od kilkunastu lat i od wydania wielu płyt prowadzę w trakcie koncertu rozbudowaną konferansjerkę. I słyszałem mnóstwo głosów, że to wypada dobrze. Zofia Kucówna, wybitna aktorka, powiedziała kiedyś po moim koncercie, że sama nie wie, czy bardziej jej się podobało jak śpiewałem, czy jak mówiłem [śmiech]. Dlatego wiem, że gdybym nagle wyszedł, pomachał widowni i zawołał „witaj, Opole!”, po czym wykonał piosenki jedną po drugiej, bez żadnej zapowiedzi, to ludzie byliby bardzo rozczarowani. Mój koncert to swego rodzaju monodram aktorsko-pieśniarski, skonstruowany jako spektakl. A opowieści jest w nim zawsze sporo – wspomnieniowych, poważnych, żartobliwych, a nawet osobistych, odnoszących się do moich prywatnych czy scenicznych przeżyć. Być może będę nieskromny , ale nie każdemu artyście jest to dane. Widziałem występy świetnych wokalistów, którzy jednak nie powinni zapowiadać swoich piosenek. Wystarczyłoby, że uśmiechają się i śpiewają. I nie należy mieć o to do nich pretensji, bo nie jest to żadna ujma. Niemniej do konferansjerki potrzebna jest pewna swoboda składnego mówienia i jest to też umiejętność, nie każdemu dana…

Na koniec poproszę Cię o słowo na temat oprawy muzycznej albumu.

Przy „Kolor cafe” pracowałem ze stałą ekipą, z którą pracuję od wielu lat. Wojciech Borkowski to szef i producent muzyczny kilku moich ostatnich płyt. Posiada ogromne możliwości stylistyczne, bardzo pochyla się nad tymi aranżacjami, z powodzeniem pracuje z żywymi muzykami. Udaje mu się uchwycić stylistykę i klimat każdej epoki, dodając z powodzeniem nienachalne elementy nowoczesności. Podobnie i z sukcesem podszedł do tematu w przypadku ostatnich płyt nagranych w Sony – czyli albumów „Moja miłość” i „Od Kofty…do Korcza”.

 

Autorzy: Jacek Pióro, Zosia Zija

Reklama