Nowy lepszy ład, czyli o The Comet is Coming

Katarzyna Paczóska
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Mówią, że powstali, aby zniszczyć iluzje i wykreować nową rzeczywistość, nowe spojrzenie na świat przekazać nowy strumień świadomości. The Comet is Coming to trio muzyków, którzy przekraczają granice, tworząc swój własny styl z pogranicza przede wszystkim nu-jazzu, elektroniki i psychodelicznego rocka.

Swój mocny debiut mieli w październiku 2015 roku, kiedy to wydali 5-utworową EPkę Prophecy. I już po pierwszym utworze było wiadomo, że można ich zaliczyć do niekonwencjonalnych muzyków. Każdy dźwięk był mocny, zaskakujący i energiczny. Dewastował dotychczasowe pojęcie harmonii, instrumenty wypalały zmysły.

The Comet is Coming składa się z Danalogue’a, który tańczy z syntezatorami, Betamaxa, szalejącego na perkusji i King Shabaki obezwładniającego saksofonem. Panowie dobrali się idealnie. Oprócz muzyki nie zapominają o wizualach. Utwory mają swoje obrazy, przyporządkowane do dźwięków wydostających się z instrumentów. Ich muzyka czasem sięga po niższe tony, przywodzące na myśl katastrofę.

Każdy z utworów jest oddzielną historią. W swoim projekcie, The Comet is Coming nawiązują do kosmosu i poprzez muzykę wprowadzają do innej, astralnej przestrzeni, otwierając umysł w sposób, którego słuchacz się nie spodziewał. Już w 2016, czyli zaledwie rok po debiucie wydali nową płytę Channel of Spirits, za którą zostali nominowani do brytyjskiej nagrody Mercury Prize.
Na koncertach uderzają z każdej możliwej strony, zarówno dźwiękiem, jak i wizualizacjami, wprowadzając słuchacza w lekką konsternację – zamknąć oczy i rozkoszować się muzyką czy dać się w pełni porwać również obrazowi? Jak kiedyś stwierdził Salvador Dali, on nie bierze narkotyków, tylko jest narkotykiem, tak The Comet is Coming jest tymże narkotykiem, który wciąga i nie chce wypuścić.

Reklama