Macierzyństwo. Oczekiwania vs rzeczywistość

Marta Stoberska

mama-vs-rzeczywistosc

Macierzyństwo. Obecnie, jedyne porównanie, jakie przychodzi mi do głowy to założenie szpilek na garden party u ciotki Heleny. Niby to super pomysł i będziesz wyglądać szałowo, ale weź sobie wyobraź, jak na zaciśniętych pośladkach latasz po trawie, zapadając się obcasami średnio co trzeci krok. Niby gracja jest, ale momentami zastanawiasz się, czy to na bank był dobry pomysł

I ja mam tak z moją nową rolą. Rolą mamy.

Oczekiwania vs rzeczywistość dość szybko wpadły z wizytą, co nie do końca pozytywnie wpłynęło na moje samopoczucie. Szczerze Wam się przyznam, że ze szpitala chciałam spierdzielać szpagatami…a nie, czekaj, wróć…jakimi szpagatami. Po porodzie naturalnym małego łosia…dziecka znaczy się (4kg) szpagatów polecam NIE ROBIĆ. 

Polecam też nie robić sobie zbyt wiele nadziei, że pierwsze doby po porodzie to sielanka i czas tylko dla mamy i dziecka.

Mój czas skończył się 4 godziny po porodzie, kiedy to w środku nocy obudził mnie żądny mleka (którego nie miałam) jegomość. Nie muszę wspominać, że prócz mleka nie miałam też ZIELONEGO POJĘCIA, co robi się z takim małym, pomarszczonym i nie mówiącym po polsku bobasem?

Z pierwszym krzykiem Jacha zniknęło moje pierwsze wyobrażenie o piciu szpitalnej Inki w wygodnym fotelu z różowym, śpiącym bobo na rękach. Kur*a, no przysięgam – wszyscy mówili, że dzieci w pierwszych dobach ciągle śpią. Co poszło nie tak, synu? 

No ok, przełknęłam te słodko – gorzkie 2,5 doby w szpitalu. Już prawie zapomniałam nawet o tym babolu, co wparował mi na salę i oskarżył o głodzenie dziecka. Do dziś żałuję, że nie odpowiedziałam, że jej też by się przydała głodówka. Zamiast tego po prostu płakałam, bo nikt nie mówił mi, że brak mleka kilkanaście godzin po porodzie jest NORMALNY. Damn it, to po co ja sobie tyle tych pięknych staników za grube stówki do karmienia nakupowałam. Nie wyciągajcie chusteczek – teraz mam cycki jak od doktora Szczyta, i to całkiem za free! Chyba będę karmiła dziecko do osiemnastki. #cyckiforlife

Co jeszcze uderzyło mnie, niczym macierzyńska asteroida? 

NIE DA SIĘ tak po prostu wyjść z domu. Bo się rozbeczy, a wózek to zło (dobrze, że od kilku dni mamy chustę). Bo się uleje albo zsika. Albo się za przeproszeniem zesra tak, że kupka wyląduje na Twojej bluzie firmy Prosto, na którą polowałaś trzy miesiące.

Momentami zastanawiam się, czy ludzie nie przestaną mnie kiedyś szanować przez to, że z punktualnej osoby zmieniłam się w spóźnialską, za szybko chodzącą i jedzącą ośmiornicę.

Ośmiornicę? WTF? No ośmiornicę. Bo jedną ręką wrzucam parówki do garnka na śniadanie, drugą nakładam musztardę, trzecią trzymam dziecko, czwartą rozmrażam pieczywo, piątą piję kawę, szóstą nakładam kotu żarcie, siódmą kroję pieczoną owsiankę wyglądającą jak pasztet, a ósmą pukam się w głowę z szerokim uśmiechem na twarzy myśląc, jak ja to cholera jasna robię.

Ale, na samiutkim końcu…

Czuję się zajebiście w tym macierzyństwie. Mam nawet wrażenie, że moja głowa kieruje mnie w stronę bycia sexy mamą, co to zawsze o sobie pamięta i mocno wierzy w hasło „happy mam – happy kid”. 

Ale pamięta też o tym, że dziecko potrzebuje bliskości, o tym, że pranie może sobie wisieć tydzień na suszarce i nic się nie stanie. I o tym, że mąż nadal chodzi po tym świecie i nie można o nim zapominać, odsuwając go na drugi koniec kanapy. 

Team work, od czasu do czasu mani/pedi, siła odpuszczania i…pozwalanie sobie na emocje. I będzie nam, mamom, super.

Macie ucałowania w rączkę od Jana! 

Share this post

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

PROPONOWANE