Włodzimierz Szpinger i Łukasz Radwan

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Panie Włodzimierzu, kiedy pierwszy raz zobaczyłem Pańskie obrazy, pomyślałem sobie, że musi pan kochać malarstwo Niderlandów. Widzę tu echa niezwykłej, tajemniczej twórczości Hieronima Boscha czy Pietera Bruegela Starszego, tych wielkich mistrzów malarstwa.

Dobrze pan widzi, ponieważ ja, będąc w Holandii, a bywałem tam często, niekiedy na pół roku, raz nawet na rok, tworzyłem pastisze dla mojego ówczesnego marszanda właśnie, pastisze malarstwa holenderskiego. Miałem zezwolenie na robienie szkiców w Boijmans Museum, które jest w Rotterdamie, a także w Rijksmuseum w Amsterdamie. Było to w latach 79-80.

Czyli krótko po studiach. W ’72 kończył Akademię Sztuk Pięknych w Gdańsku, ale takiego malarstwa, jakie Pan reprezentuje, nie uczą na akademii. Zresztą, uczą tam co masz myśleć, a nie jak masz myśleć.

Nie, ja jestem samoukiem, sam doszedłem do pewnych dokonań, które konfrontowałem z tymi największymi mistrzami. W Pinakotece ochroniarze obezwładnili mnie nawet, bo deskę chciałem zobaczyć z tyłu, a to wywołało straszny szum. Miałem zezwolenie w Pinakotece watykańskiej na kopiowanie i na szkicowanie, ale nie na macanie desek. Na szczęście wszystko się dobrze skończyło, ja tam też szkicowałem, malowałem kopie. To jest bardzo ważne, aby kopiować i robić pastisze, w ten sposób poznaje się warsztat. 

M.in. Rubens zalecał uczniom kopiowanie dzieł dawnych mistrzów na początku edukacji, aby poznawali technologię malarską, prawda?

Tak, szczególnie dobrzy konserwatorzy muszą mieć do czynienia z oryginałem, niektórzy się bardzo wykształcili. To tyle jeśli chodzi o malarstwo holenderskie od strony techniki, natomiast od strony artyzmu to jest cudowna sprawa, pan wspomniał Boscha.

To jest mój ulubiony malarz. Nie wystarczają mi wszelkie interpretacje jego dzieł jakie do tej pory przeczytałem. On jest dla mnie zagadką, przewidział rozwój biotechnologii, wiedział o ewolucji naturalnej, on tego nie mógł wiedzieć 500 lat temu.

Po za tym on malował te wstrętne gęby ludzkie, okazuje się teraz, że wcale nie karykaturuje, bo takie typy były, czyli to były typy ludzi częściowo, nazwijmy to z przykrością, zdegenerowanych, ponieważ Frankonia i cała dzisiejsza Szwajcaria to były wioski, które nie miały ze sobą kontaktu.

Chów wsobny. Zresztą, debil, kretyn, idiota w psychiatrii były określeniami na tych właśnie osobników, pochodzących z wiosek górskich gdzie populacja mieszała się między sobą. 

Tak, to był niestety taki wsobny chów, kazirodztwo itp. I te buzie były niesamowite, to Bruegel też robił. To mnie fascynowało już dawno. 

Zauważam jeszcze u Pana coś innego, kolor z obrazów dawnych mistrzów Renesansu włoskiego, światłocień, który stamtąd Pan zaczerpnął. Można powiedzieć, że mroczna świetlistość jest w Pańskich obrazach, co daje Panu wyjątkowy styl, to znaczy osobny styl, osobne malarstwo. To nie są kopie Bruegla, Boscha czy mistrzów renesansu, to jest po prostu na nowo namalowane.

Przede wszystkim w moim rozumieniu obraz dzieli się tak zasadniczo na trzy fazy. Pierwsza to jest pomysł, motyw i nie może on być ani pastiszem, ani kopią, musi się urodzić w głowie u autora. Potem jest rysunek, który pomaga w kompozycji. Musimy zrobić konstrukcję obrazu, to jest bardzo ciekawa sprawa, bo nie rządzi się zdjęciem. Zdjęcie ma za zadanie odtworzyć rzeczywistość taką jaką jest i nawet najbardziej poukładana, tzw. martwa natura i zrobione zdjęcie ma to piętno zdjęcia. Natomiast kompozycja, którą robi malarz na żywo deformuje pewne rzeczy, robi dominantę, subdominantę, drugą i trzecią, a potem w samym malowaniu jeszcze się to trochę zmienia, to zależnie od nastroju, czasem nie wiadomo od czego. 

Czyli co Panu zagra w głowie w danym momencie to i dla Pana jest zagadka. 

Tak, to jest proces. Nie ma nigdy do końca tak jak się pomyślało. To jest proces, który potem ewoluuje różnymi zmianami. I trzecia faza, jak już jest ta kompozycja, to zaczynamy sączenie, nasączanie kolorem. 

U Pana są wielowarstwowe laserunki, tak rzadko spotykane we współczesnym malarstwie.

Tak, widzi to Pan też u Tycjana, którego nie jestem zwolennikiem. Jest taki obraz Karola V, tego dewota, który ma nogi w cieniu pod stołem i nikt nie zauważa ani nogi od stołu, ani jego nóg. Tam jest ciemno. Dopiero jak się człowiek mocno wpatrzy to wszystko widzi, bo to jest pod czterdziestu warstwami żywicy. To wszystko jest jakby zastygnięte w bursztynie.

Jak inkluzja zatopiona w bursztynie.

Trzeba posiedzieć i trochę popatrzeć, ale kto ma na to czas? Wycieczki przelatują, jak w markecie. W każdym razie, te rzeczy bardzo mocno postrzegałem. W niektórych obrazach jest tak duża ilość werniksu, że właściwie nie ma nic. Tak malarz to zakitował, że to jest prawie niewidoczne, a przy odpowiednim oświetleniu i uwadze staje się widzialne. W niemal każdym malarstwie kościelnym z XIV i XV wieku można to zauważyć. Wtedy w kościołach palono do oświetlenia tylko świece. Werniks powodował transparentność. Gdy obraz był prezentowany na ołtarzu to stawał się widziany nawet w półmroku. Tego efektu nie zastąpią żadne żywice syntetyczne, ja pracuję wyłącznie na naturalnych komponentach, trudno dostępnych, już coraz trudniej, ale te komponenty gwarantują przede wszystkim trwałość. Wszystkie produkty chemii, czyli syntetyki mają na razie 30 letni staż, polimery to samo, akryle 20 parę lat i z nimi idą liquidy, też sztuczne. Co z nimi będzie dalej to się okaże, może będzie dobrze, ale może się okazać, że za 20 czy 30 lat obraz zacznie znikać. Tak się stało, gdy jeden z panów, który przygotowywał mi kiedyś grunty i ramy, zdecydował się na grunt z żywicą syntetyczną. Zrobił mi grunt bardzo piękny, gładki jak szkło, cudo, biały, śliczny. Teraz już jest szary. Wszystko jest szare. To było w ’77 roku, czyli ma raptem 44 lata. I już jest szary, to znaczy, że coś jest nie tak.

Ja mam jeden obraz malarza współczesnego, w którym biel po 6 latach zżółkła całkowicie. Też syntetyczne farby, akrylowe.

To bardzo szybko. Ja takiego doświadczenia nie mam, bo na razie te akryle się trzymają, ale być może to nastąpi w przyszłości. Koledzy pytają dlaczego się tak męczę, mieszam, bo mieszam też grunty. Współcześnie jest straszną przeszkodą tempo życia, hałas itd., czego nie doświadczyli koledzy sprzed wieków. Oni sobie przy naftówce pracowali, wcześniej przy świetle dziennym, nikt im nie przeszkadzał, nie było telefonów, telewizji, komputera to spokojnie sobie malował, mieszał pigmenty, grunty, przygotowywał. Miał dużo czasu i świętego spokoju.

Ale Pan żyje też w takim osobnym świecie, przynajmniej widząc po tych bajkowych historiach, które tutaj obserwuję, a dużo się tu dzieje. Dopóki Pan żyje, może Pan podsunąć widzowi pewną treść, która jest w obrazach.

Ze skupieniem jest coraz trudnej. Dzieci w szkole, ADHD i temu podobne. To wynika z nerwowości i histerii ogólnej, szybkości, hałasu, dźwięku, komunikatorów i to rozprasza, dlatego koncentracja jest najważniejszą rzeczą w malarstwie. Trzeba wejść w to, co się robi, trzeba wiedzieć co się zrobi.

I kontrolować proces.

Pewnie, dlatego cały ten proces powinien być chroniony spokojem i dzięki temu, że ja mam go troszeczkę, moja psychika nie jest taka słaba, ja potrafię się wyłączyć.

Co Panu w tym pomaga? Muzyka? Bo Pan też gra. 

Muzyka też pomaga, ale szczerze mówiąc to cisza, gdzie się słyszy jak opada gałązka lub liść. Jak zdarzy mi się spać samemu to słyszę każde skrzypnięcie, każdy dźwięk, który jest zupełnie niesłyszalny nawet teraz, dla nas, kompletnie. I to jest w takiej ciszy absolutnej, wtedy słyszy Pan wszystko. 

Enjoy the silence. 

Tak jest! Im bardziej się zagłębia w ciszę psychika, tym więcej słyszy, te wszystkie trzaski, rozsychania się drewna, ptaki, to urasta do bardzo dużego dźwięku, mocnego, a tu przejeżdża 50 samochodów i ja w ogóle nie zwracam uwagi na to, bo to normalne.

Ma Pan dwie pracownie, prawda? Jedną tu, w której jesteśmy i jedną na wsi. Którą Pan woli? 

Każdą. To jest zupełnie coś innego, naprawdę coś innego. Tutaj też to jest inny rodzaj pracy, który się wdraża, po prostu inny. Tamte przemyślenia są fajne, ale każdy człowiek ma swoje upodobania, dlatego też nie lubię być sam za długo.

Lubi Pan towarzystwo? Z tego co wiem to nie bardzo

Powiedziałbym, ostrożnie, nie lubię być za długo sam.

Wystarczy, pozostawmy to tajemnicą. 

Tam w mojej wiejskiej pracowni jest to osiągalne.

A czym Pan karmi swój umysł, żeby stworzyć takie dzieła, w których tak dużo się dzieje? Czy to są książki, czy to są obrazy? Co to jest? 

Ja buduję obraz, żeby on był bogaty. Nie przesadzajmy z tym, że coś się dzieje, ale oczywiście, moje przemyślenie jest takie, żeby ten obraz miał dużą ekspresję i wywoływał duże wrażenie. Przede wszystkim, żeby miał atmosferę, klimat. Obraz bez klimatu – wiadomo jaki jest. W każdym razie, napakuję tych form, które mają swoją rolę, jakieś przemyślenie z otaczających nas rodzajowych scenek czy historycznych. Trzeba mieć trochę wiedzy, staram się jeszcze póki mogę, żeby to wszystko było dla ludzi oglądających zabawne, atrakcyjne.

Zauważyłem u Pana dowcip i groteskę. 

Tak, wchodzę w groteskę. To jest na podstawie szkiców z ’60 roku, ja nie mogę tego skończyć, bo nie mam czasu. Czasem jest to rynek w Łowiczu, odpust na rynku w Łowiczu i to jest autentycznie ten klimat, który tam był. Oczywiście, jego już dawno nie ma, to są rzeczy, które były przechowywane od średniowiecza, bo tam się nic nie zmieniało. To był klimat, który mnie zachwycił i dlatego szkicowałem w Łowiczu kiedy był odpust. O to chodzi, żeby czymś się mocno zachwycić, zainspirować, wtedy lepiej się pracuje. Najgorzej się pracuje na zamówienie.

Właśnie o to chciałem Pana zapytać, jakich Pan ma kolekcjonerów? Czy oni przychodzą i zamawiają? 

Czasem tak, jeżeli ktoś chce koniecznie obraz na zamówienie, to ja mówię: Czekaj, to ja nie wiem kiedy to będzie. Kiedyś tak robiłem, ale teraz od dłuższego czasu nie robię terminów, tylko mówię – poczekasz. Oczywiście, jestem na tyle malarzem solidnym i prawdomównym, że ja to zrobię, ale nie znoszę od-do, bo wtedy mi się źle pracuje. Na zamówienie jest najgorszej jak się ma deadline, bo wtedy się na siłę chce namalować, a to już jest koniec. 

Ale takie obrazy się długo maluje, prawda? 

Oczywiście.

To jest pracochłonne. 

Samym nieuzbrojonym okiem można się zorientować, że to nie jest obraz, który się maluje z głowy, od razu. 

Pańskie obrazy powędrowały na cały świat, są tak uniwersalne, że nawet nie ma znaczenia, że to akurat Łowicz.

Miałem pytania: skąd to wziąłem, co to jest i wtedy się otwiera u tego człowieka zrozumienie, że może rzeczywiście tak było, może ma sam jakieś doświadczenia. 

Panie Włodzimierzu ile kosztują Pana obrazy? 

O nie.

Nie mówimy o pieniądzach?

O tym proszę w galerii.

Przez galerię Pan sprzedaje czy też bezpośrednio? 

Teraz właściwie przez warszawską galerię Carmen Tarcha przy ul. Mokotowskiej 59, bo nie za bardzo lubiłem mieć kontakt z człowiekiem, który zamawia. To są przeróżne doświadczenia, ale mimo to, moi starzy kolekcjonerzy, którzy lubią moje malarstwo, na całym świecie, mają pierwszeństwo w klubie. Zawsze im coś zrobię.

Mają fory. Ile obrazów Pan namalował w życiu? Liczył Pan?

Kiedyś chciałem policzyć, nawet prosili mnie o to. Płodni malarze malują np. 700, to ja zostanę gdzieś przy 350-400, ale, jak mówię, tych znaczących. To jest uzbierana liczba od ’75 roku. Za mną wisi na ścianie mó pierwszy obraz olejny.

Z którego roku? 

Z 1949, miałem wtedy 7 lat.

Naprawdę?

Tak, ojciec przyniósł mi 3 tubki farb olejnych olejów Karmańskiego, ja z tych tubek wyciskałem i namalowałem taką łódzką uliczkę. 

W Łodzi Pan mieszkał? 

W Warszawie się urodziłem, potem Pruszków, oczywiście obóz, straszne rzeczy, śmierć mojego brata, potem Kraków i Łódź, a potem Gdańsk.

Codziennie Pan maluje? 

Nie, są dni kiedy maluję, ale chyba głową, nie fizycznie. Czasem rano przyjdę po kawie tutaj i chcę coś namalować, to zaczynam, potem widzę co robię i z przerażeniem uciekam z pracowni.

I tak powinno być! Malarz musi odejść od sztalugi, żeby zobaczyć co maluje. 

Widzę czasem, że dzisiaj nie, ale różnie to bywa.

A są takie momenty, gdzie przychodzi naprawdę wena i ręka sama pracuje? 

Jest coś w tym. 

To jest magiczny proces.

Nie przesadzajmy z tą magią, ale czasem też zniecierpliwiony kolekcjoner, który już prawie zapłacił za wszystko chce przyjść, to ta ręka musi pracować, musi kończyć, ale to rzadkość. Trzeba mieć chęć, jak ze wszystkim. 

Kocha Pan to co robi, prawda? 

Ja nic innego nie robię, jak już nadmieniłem, od dzieciństwa.

I całe życie tak? 

Tak, z małymi przerwami.

Czyli brzydzi się pan pracą zarobkową czyli tylko by przeżyć.

Ja się utrzymuję z tego dziesiątki lat już, tylko z tego. Kiedyś mały epizod miałem, byłem dekoratorem sklepów na studiach, robiłem plansze, warzywka malowałem, rybki w rybnym, na drugim roku, bo kończyłem studia w Gdańsku. To było bardzo śmieszne, robiliśmy też różne ściany w instytutach z kolegami, np. w DALMORZE zrobiliśmy ścianę i ja wymyśliłem Trytona, aż tu nagle przychodzi dyrektor i mówi: nie, nie, to nie tutaj, nikt tego nie zrozumie, zamalujcie to. To zmieniliśmy na rybki i koniec. 

A teraz ważna uwaga dla młodych kolekcjonerów, bo Pan wszedł w nowe technologie i trendy, które obecnie obowiązują, czyli taki biedak jak ja może sobie kupić prawie wierną kopię oryginału.

Oczywiście tak, ja to traktuję całkowicie poważnie. Pan mówi w tej chwili o serigrafii? 

Tak.

Traktuję to bardzo poważnie. Inne są wydruki na serigrafii, a inne są wydruki w ogóle, bo ja mam trzech drukarzy, jeden robi to perfekcyjnie.

Czyli dobór kolorów, itp.? 

Tak, lepiej nie można. Drugi robi taniej, dużo taniej, ale mogą być serie, tego ja nie sygnuję. Te, które ja sygnuję to podmalowuję, wyświetlam pewne rzeczy, uwidaczniam je w świetle, w cieniu.

Czyli jest pewna oryginalność zachowana. 

Tak, ręka jest.

A skoro serigrafie to w jakich seriach? 

10 sztuk i koniec. 

I to też w galerii można kupić?

Można, oprawione też, jak chce klient. Wszystko pod kątem sprzedaży. 

Do kiedy Pan będzie malował?

Dopóki się da.

Na razie jest Pan w znakomitej formie.

Powiedzmy sobie, ostrożnie. 

Ale oczy są i ręka jest.

Tak, będę miał 79 skończone w sierpniu, 80-kę zaczynam to już trzeba się liczyć z różnymi sprawami, ale jakoś się czuję jeszcze na chodzie. 

Daje Pan radę. 

Zobaczymy jak będzie.

Ja Panu życzę, żeby młody odbiorca nadal Pana kochał, a wiem, że tak jest i że młodzi ludzie Pana bardzo lubią. 

Oby, oby, bardzo mnie to cieszy. 

Mimo wszystko, niech nowi kolekcjonerzy również zamawiają. Bardzo Panu dziękuję za rozmowę.

Ja również. Dzięki.

Reklama