Narkotyki na wielkim ekranie

Katarzyna Paczóska
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Into the void

Salvador Dali stwierdził kiedyś, że nie bierze narkotyków, wszakże on sam jest narkotykiem. W kinematografii wielu próbowało już odtworzyć narkotykowe stany ludzi lub ludzkie stany narkotyków. I choć rodzaju używek jest wiele, tak na ekranach króluje kwas i zioło. Stan po liściach wygląda na ogół podobnie do stanu faktycznego – zwolniony proces myślowy, opóźniony zapłon reakcji oraz nadmierny ubaw, tak w przypadku psychodelików, producenci zwykli ograniczać się do zabiegów, odmiennych od faktycznych stanów świadomości. W których filmach można poczuć prawdziwy narkotykowy haj, a które produkcje jedynie dotykają powierzchni małym palcem u stopy?

Pierwsza propozycja zalicza się do kina specyficznego na tyle, że nie do wszystkich przemówi. Polecam podejście z dużą dawką dystansu, ponieważ z każdym kolejnym kwadransem robi się coraz bardziej surrealistycznie. „Odmienne stany świadomości” są amerykańską produkcją z 1980 roku, które zostały nawet nominowane do Oscarów za muzykę oraz dźwięk. Film jak na swój czas zdecydowanie można zaliczyć do innowacyjnych, choć Ken Russel, jak to Ken Russel nie ucieka od kiczu.

Przechodząc jednak do rzeczy, czyli fabuły, opowiada ona o naukowcu Eddiem Jessupie, który postanawia przeprowadzić na sobie eksperyment i sprawdzić działanie nowego narkotyku halucynogennego. Testuje go w swoim laboratorium, monitorując reakcje swojego organizmu. Zamyka się w kapsule wodnej, w celu odcięcia się od jak największej ilości bodźców i czym częściej substancję zażywa, tym dalej idą jego doświadczenia. Reżyser nie abstrahuje od przebłysków, podróży astralnym i przekraczania granic międzygatunkowych. Jednak oprócz całej otoczki sci-fi, wysuwa się jedno, bardzo ważne pytanie o celowość życia jednostki i życia samego w sobie. Seans pozostawia po sobie tzw. klasycznego mindfucka. Usta szeroko otwarte również.

Niekwestionowanym mistrzem w pokazywaniu działania używek nielegalnych na wielkim ekranie jest Gaspar Noe. Część z Was może znać go z Climaxu (o którym więcej za chwilę), część jeszcze z „Wkraczając w pustkę”. Pod względem wizuali, film zasługuje na gromkie brawa, bowiem jest tak męczący, jak niektóre z narkotyków. Widz, wkracza razem z Oscarem, głównym bohaterem i dilerem narkotyków w przekształconą rzeczywistość, która nie chce odejść. Zmuszony jest do oglądania hipnotycznych obrazów, zmieniającym się z różną szybkością. Obraz można czasem przyrównać do kalejdoskopu, zwolnionego dziesięciokrotnie. Rzeczywistość, którą ogląda się na ekranie ukazana jest z perspektywy Oscara, dlatego też produkcja staje się także wewnętrzną podróżą odbiorcy po nowym świecie. Fenomenalnym zabiegiem Noego było zasięgnięcie do Tybetańskiej Księgi Umarłych, zgodnie z którą, dusza zmarłej już na początku postaci uwalnia się z ciała i krąży w próżni (w filmie są nią kolorowe tokijskie ulice). Do tych 2,5 godzin zdecydowanie trzeba się wcześniej wewnętrznie przygotować.

Czas powrócić do nowszych filmów, w więc teraz o „Climaxie” słów kilka. Powstała w 2018 roku produkcja jest niczym innym, jak niefortunną serią zdarzeń. Fabuła już od początku wydaje się podejrzana. Jesteśmy świadkami castingu do grupy tanecznej i choć widzimy poszczególnych kandydatów i kandydatki, tak ani my, ani bohaterowie nie mają pojęcia, cóż to za nagrania będą realizowane (czyżby brakowało z tyłu ciemnej, skórzanej kanapy?).

Wybrano osoby najlepsze z najlepszych. Wszyscy pojawili się w wyznaczonym miejscu, czyli opuszczonej szkole na odludziu. Rozpoczyna się impreza. Ludzie jeszcze się nie znają, ale to się zmieni już wkrótce, bowiem okazuje się, że w sangrii oprócz alkoholu było coś jeszcze. Dyskoteka zamienia się w miejsce pełne szaleńczego tańca, a relacje pomiędzy bohaterami rozwijają się coraz bardziej. Intensywne czerwienie, zielenie i fiolety królują podczas większości seansu i wzmagają wizję i odczucia postaci. Rozpoczyna się czyste szaleństwo, którego nie sposób zatrzymać, więc wszystko się kręci w rytm wydobywającej się z głośników muzyki. Psychodeliczna perełka bad tripu.

Na zakończenie klasyk krzywych wizji, czyli „Las Vegas Parano”. Terry Gilliam stworzył dzieło, któremu pod kwestią szaleństwa trudno dorównać. Akcja polega na podróży dwóch głównych bohaterów, Roaula Duke’a oraz dr Gonzo. Panowie w samochodzie mają masę narkotyków, poczynając od kwasie, kończąc na meskalinie. Jest to narkotyczna podróż w stronę upadku wartości w latach 70. w Stanach Zjednoczonych.

Gilliam jako jeden z niewielu nie użył rybiej łuski do ukazania rzeczywistości, odbieranej przez postaci, skierował się w surrealizm na o wiele wyższym poziomie. Na ekranie widać zmieniające się kształty mebli, wykładzin czy nawet głów ludzi. Zbliżenia na twarze bohaterów, kadry łapane z dołu i barwne kolory wnętrz to coś, co trzeba przynajmniej raz zobaczyć #gdziekolwiekjesteś.

 

Reklama