Pocztówka z kryminalnego PRL-u – recenzja „Najmro”

Katarzyna Paczóska
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Nadszedł moment, w którym do polskiego kina wkracza zabawa obrazem, zabawa montażem. Debiut kinowy Mateusza Rakowicza z gwiazdorską obsadą – Dawidem Ogrodnikiem, Robertem Więckiewiczem, Jakubem Gierszałem, Sandrą Drzymalską, Olgą Bołądź oraz Dorotą Kolak. Po raz pierwszy zastosowano kicz z dobrym smakiem. Było nieco z „Szybkich i wściekłych”, „Sin City” czy „Las Vegas Parano” – wszystko oczywiście w wersji PRL.

Historia bazuje na prawdziwej postaci – Zdzisławie Najmrodzkim – swoistym Robin Hoodzie Pewexów. Kiedy półki w sklepach pozostają puste dla społeczności, nocą nadchodzi nasz bohater, który zgarnia wszystkie produkty, których brakuje ludziom i im je…sprzedaje. Tak, w jakiś sposób na życie zarabiać musi. Polacy go kochają, milicja nienawidzi. Dlaczego? Mężczyzna bowiem nie daje się tak łatwo złapać, a jeżeli organy ścigania zdążą go dorwać, to tylko na chwilę. Zdzisław Najmrodzki pobił rekord uciekając władzy 29 razy. 

Co zaskakuje już na początku to właśnie zabawa obrazem. Podczas półtoragodzinnego spektaklu kamera przyspiesza, zwalnia w akcji, niczym w „Sin City” (możemy zobaczyć epickie wyrzucenie z domu jednego z członków najmrowskiego gangu). Częste jest również filmowanie bohaterów zaczynając od dołu, dzięki czemu widz zostaje wciągnięty w centrum intrygi – jakby oglądał wydarzenia z ukrytej kamerki. Błyskawiczne przybliżenia na twarze aktorów nadają tyle dynamizmu, co polonezy podczas szalonych pościgów.

Bardzo dobrze został ukazany również znak czasu, czyli Polska zmieniająca się z czasów Jaruzelskiego na Wałęsy. Z czasów „Króla ucieczek” na czasy innych ważnych przestępców. Z czasów prywatek i potańcówek na undergroundowe rejwy. Po raz pierwszy miałam okazję doświadczyć PRL-u w wersji komiksowej i jest to niesamowicie barwna wizja – zdecydowanie odmienna od szarej rzeczywistości ówczesnej Polski. Choć osobiście za Polski Ludowej jeszcze nie było mnie na świecie (ba! nie byłam nawet planowana), tak w rakowiczowski świat „Najmro” wkroczyłabym z przyjemnością. Jest to bowiem świat stylowych retro kolorów. Niemal z każdego kadru można byłoby zrobić pocztówkę z kroniki życia Zdzisława Najmrodzkiego. 

Pościgi z polonezami i syrenkami w rolach głównych do dźwięków prlowskiego synth popu (czyt. disco), barwne stroje Marty Ostrowicz, wspaniała obsada i stare polskie przeboje typu „Byłaś serca biciem” lub „Co mi Panie dasz” to niewątpliwie bardzo dobry debiut Mateusza Rakowicza na wielkim ekranie.

Reklama