Homoseksualny PRL a’la Pasikowski – co działa i nie działa w netflixowym Hiacyncie?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Marek Kalita, Tomasz Zietek ©BartoszMrozowski

Najnowsza netflixowa produkcja w pełnym metrażu zabiera nas, w większości przypadków, w nie-nostalgiczną podróż do czasów słusznie minionych i przedstawia nam problem pt. komuniści nie pałali miłością do homoseksualistów. I zakładali im teczki.

Trzeba sobie powiedzieć jasno na wstępie, że pod każdym względem technicznym (prócz dźwięku, ale co poczniesz jak większość słów w naszym języku to szszszczszxzsczsśźdź) i aktorskim film stoi na bardzo wysokim poziomie. Mroczna, ale swojska Warszawa z ubiegłego wieku może się podobać, Tomasz Ziętek faktycznie ciągnie ten film jako protagonista i nie sposób nie docenić kunsztu aktorskiego Marka Kality oraz nieocenionego w swojskim skurczystństwie Tomasza Schuchardta, o którym właściwie można by zrobić osobny film o nieco innym zabarwieniu.

Tomasz Zietek ©Bartosz_Mrozowski

Fabuła opowiada historię milicjanta Roberta, prywatnie syna SB-ka, który rozpracowuję „szajkę” homoseksualistów wykorzystywanych przez służby następnie w celach ogólno-donosicielskich. Każdy z nich dostaje teczkę, cała akcja nazywa się „hiacynt”, bo wiadomo, że geje lubią kwiaty (???), a także fajny różowo-fioletowy kolorek idealnie pasuje do narzuconej przez Hitlera estetyki dotyczącej homoseksualizmu. To tak na marginesie. Robert orientuje się w trakcie śledztwa, że w sumie geje nie są tacy źli i [MIKROSPOILER] właściwie on lubi i chłopców, i dziewczynki, więc idzie za tym nowoodkrytym ciągiem, odkrywając swoją tożsamość.

No i super, cieszę się. Wątek walki ze stereotypami, analogizowanie pomiędzy współczesnością a czasami PRL-u, a nawet doszukiwanie się pewnych źródeł naszego współczesnego społecznego myślenia o homoseksualizmie w czasach słusznie minionych zostało poprowadzone bardzo konsekwentnie, z mniejszymi lub większymi  odpryskami deus ex machina o które nie można się złościć. Świat PRL-u również był bardzo przekonujący, choć, jak twierdzi przynajmniej moja matka, inne samochody wtedy jeździły po ulicach, ale nie wiem jak to zweryfikować. Element, który natomiast ma pewne problemy, jak sądzę, po stronie scenariusza to intryga sama w sobie. Z dwóch powodów, w mojej ocenie. 

Marek Kalita, Tomasz Zietek ©BartoszMrozowski

Po pierwsze – wydaje się, że w pewnym momencie scenarzysta (Marcin Ciastoń) przestał interesować się tak bardzo samą fabułą, a zaczął bardzo interesować się człowiekiem w tym świecie. Czy to dobrze, czy źle, zależy od perspektywy. Osobiście, poczułem, że warto było jeszcze co nieco zainwestować w tę historię, bo faktycznie miała ona potencjał, by być ciekawą samą w sobie, a nie jedynie w tłem dla PROBLEMU. Może warto było wrzucić tam nieco więcej postaci Tomasza Schuchardta, która zawsze wprowadzała energię do każdej ze scen, gdzie mogliśmy go oglądać.

Po drugie, mam wrażenie, że film ów był bardzo mocno zanurzony w pierwszych Psach Pasikowskiego. Niecodziennie bowiem można oglądać taką mnogość spotkań przy alkoholu w ciemnych miejscach z panami w płaszczach lub bez (ale głównie w płaszczach), jeśli nie są to właśnie pierwsze Psy. I choć nawiązanie to samo w sobie wydaje się być słuszne i na miejscu to jednak ostatecznie wpada w podobne problemy jak pierwsze Psy, czyli stworzenie na tyle zagmatwanej historii, że właściwie w pewnym momencie przestajemy kumać co się dzieje i wpadamy w wir przemyśleń a’la: dlaczego on poszedł tam się spotkać z tym gościem, kto to jest właściwie, to ten co był wtedy przez 5 sekund przez okno widoczny, ale dlaczego on nagle się znalazł tutaj i pije wódkę w dodatku? Ale przecież przyjechał samochodem?! – itd.

Ogólne wrażenie – jak najbardziej pozytywne. Mimo mankamentów jest to bardzo solidna produkcja, myślę, że najlepiej będzie się to oglądało wielopokoleniowo. Można wtedy pokazać dziadom czy konserwatywnym rodzicom, że geje to też ludzie np. i jednocześnie posłuchać o czasach słusznie minionych i jak to tam kiedyś było. Dajemy okejkę.

(swoją drogą, kwestia braku obrazoburczości lesbijek jest naprawdę czymś niesamowitym, o czym można by napisać osobny artykuł, a nawet 50. Zatytułowałbym go – kobiety tak niewidoczne, że aż bezkarne i chichrałbym się niezmiernie, ale płacząc jednocześnie)

Reklama