Jestem Tamara Biakow i jestem legendą – recenzja monodramu Ewy Błaszczyk

Katarzyna Paczóska
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Zdjęcie Katarzyna Stefanowska

Na 5. piętrze Teatru Studio, w niewielkiej sali rozpoczyna się dramat. Dramat jednostki, która nigdy nie otrzymała odpowiedzi na kluczowe pytania dotyczące jej życia, która nie potrafi zapomnieć o tychże pytaniach. To Tamara Biakow – wielka śpiewaczka operowa i postać tragiczna jednocześnie, która ożyła dzięki Ewie Błaszczyk.

To trochę jak zniekształcona opowieść o Romeo i Julii, ona w obozie, on nazistą. Ponoć łączyła ich miłość, ale po kobiecie została tylko mała Tamara i pamięć dziecka o matce. Dziewczynka już od miała życie całkiem dostateczne, jednak niezrozumienie szło za nią krok w krok. Ojciec mówił, aby z nikim nie rozmawiała, a ludzie nie mogli obejść się bez plotek.

Scenografia była dosyć uboga, ale Ewa Błaszczyk wypełniła ją historią. Stały trzy białe ekrany, a na środku biały materac. Tamara, ubrana była również na biało – sukienka, sweter, rajstopy i buty, a do tego długie rude włosy zaplecione w warkocze. Gdyby pani Ewa stała cały czas tyłem, możnaby odnieść wrażenie, że to mała dziewczynka, nie dorosła, kobieta w wieku 60 lat.

Język, którym snuta była opowieść dostosowany był do czasów współczesnych. Tamara nie owijała w bawełnę, używała mocnych słów, typu „pieprzyć”. Wokół tego słowa kręciła się postać kobiety. Początkowo wschodzącej gwiazdy, później uciekającej matki i „pieprzącej się z młodymi” osoby. Chciała poczuć jak najwięcej rozkoszy, aby zapomnieć o męczących ją od dziecka pytaniach.

Zdjęcie Katarzyna Stefanowska

Na trzech ekranach pokazywana była nie raz postać głównej bohaterki. Sprawiała wrażenie, jakby była w szpitalu psychiatrycznym, do którego powinna była de facto trafić (no, terapia by wystarczyła). Jednak Tamara cały czas czuła samotność. Pomimo wspaniałego męża. Pomimo dwójki dzieci. Pomimo wielu kochanków.

Ślad pozostawiła po niej historia rodziców i Niemiec z czasów II wojny światowej. Tamara marzyła o jak najbledszej skórze, o idealnej, białej niczym płatek śniegu. Wybielała się jak mogła, a twarz okrywała masą pudru, ażeby tylko dosięgnąć do postaci, którą pragnęła być. Do tego samego sprowadzało się przy wyborze kochanków – skóra blada, broń Cię panie jeżu, opalona lub śniada. Choć twierdziła, że rasistką nie jest, otaczała się białoskórymi.

Ewa Błaszczyk tchnęła życie w barwną postać, jaką była Tamara i przypomniała o niej światu. Ilość emocji i napięcie na scenie było wyczuwalne z najdalszego rzędu. Tamara Biakow pozostanie legendą. Legendą uwięzioną w szponach przeszłości.

Zdjęcie Katarzyna Stefanowska

 

 

 

 

Reklama