Andrzej Wróblewski. Ciekawy powojenny twórca

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Grube szkła nie dodają mu klasy, jednak dzięki nim może tworzyć zastanawiające płótna. Uwielbia nawiązywać w nich do wojny, ale to nie wojenne przeżycia powodują, że jego sztuka dzieli krytyków. Jedni uważają go za interesującego malarza, inni spekulują, że sprzedał się władzy. Dlaczego o Andrzeju Wróblewskim mówi się czasem, że był buntownikiem szukającym własnej artystycznej drogi?

Wojenne przeżycia

Urodził się 5 czerwca 1927 roku w Wilnie. W mieście, w którym dobre uczelnie są na wyciągnięcie ręki Wróblewski spędza dzieciństwo. Zamiast zabaw ze starszym bratem Jerzym, woli rysować. Ma talent, chętnie portretuje członków rodziny, a jego pierwszym nauczycielem zostaje matka. Krystyna Wróblewska doskonale wie, że zawód artysty bywa trudny, boi się jak w świecie wielkich indywidualności poradzi sobie Andrzej. Ponieważ jest graficzką udziela synowi kilku wskazówek. Dzięki nim Wróblewski tworzy m.in. „Memento mori – Czaszkę”. To jego pierwsza praca. Beztroski czas przerywa wojna. Wróblewski jak większość licealistów w Wilnie uczestniczy w tajnych kompletach. Jego świat zmienia się diametralnie. Godzina policyjna, łapanki i rozstrzelania stają się codziennością, od której nie można uciec.

26 sierpnia 1941 roku nic nie zapowiada tragedii. To wtedy do kamienicy Wróblewskich puka gestapo. Hitlerowcy przerzucają setki książek, osobistych przedmiotów, sprawdzają też dokumenty. Ojciec Andrzeja, wybitny profesor prawa, nie wytrzymuje presji. Umiera na zawał. Chłopak ma wtedy tylko 14 lat.

Krakowski spleen

Cztery lata później, w 1945 roku, kończy się wojna. Krystyna podobnie jak setki osób postanawia wyjechać do większego miasta. W Wilnie nie czuje się bezpiecznie. Wybór pada na Kraków. Andrzej od razu zachwyca się miastem, w którym zdaje maturę, a potem składa papiery na dwie uczelnie. W pierwszej, Akademii Sztuk Pięknych, poszerza wiedzę z zakresu malarstwa i rzeźby. Kształci się pod okiem wybitnych nauczycieli, tj. Zygmunta Radnickiego, Zbigniewa Pronaszko czy Hanny Rudzkiej – Cybisowej. Na Uniwersytecie Jagiellońskim słucha wykładów o sztuce. Ta wiedza przyda mu się potem gdy zacznie pisać do „Przeglądu Artystycznego”, „Twórczości” i „Gazety Krakowskiej”.

W 1947 roku Wróblewski otrzymuje propozycję nie do odrzucenia. Z grupą studentów wyrusza do Holandii. Tam poznaje największe muzea i galerie. Podróż tak bardzo mu się podoba, że przedłuża ją o kolejne trzy miesiące. W jej trakcie podziwia zabytki Szwecji, Danii, Pragi, Norymbergi i Niemiec. Gdy wraca do Krakowa sporo eksperymentuje z olejami i gwaszami. Szuka własnej drogi, do czego gorąco zachęcają go wykładowcy i matka. Wreszcie na krótko ulega fascynacji abstrakcją geometryczną i surrealizmem. Wróblewski nie czuje się dobrze w tym stylu. Coraz bardziej podobają mu się prace, w których artyści umieszczają symbole. Rozświetlona od środka kula, ryba i kolory odgrywają w jego sztuce niebanalną rolę.

Debiutant

Jest rok 1948. To wtedy Wróblewski, o którym mówi się „ambitny i obiecujący twórca” wyjeżdża na I Wystawę Sztuki Nowoczesnej. Ekspozycja staje się dla niego przełomem. Obok tradycyjnego malarstwa, w którym zestawia płaską, syntetyczną plamę nasyconego koloru, pokazuje ciekawe przestrzenne formy. Pociąga go zaangażowana społecznie sztuka, którą promuje w Związku Akademickiej Młodzieży Polskiej i stworzonej przez siebie Grupie Samokształceniowej. Jeden z krytyków mówi, że „elementy estetyczne i ideologiczne splatałyby się nierozerwalnie”. To prawda. Wróblewski jest wnikliwym obserwatorem, coraz chętniej pokazuje życie codzienne w powojennej Polsce i łączy je z symbolami. Tak powstaje cykl „Rozstrzelani”. Zdeformowane ciała w błękitno – zielonej tonacji są najsłynniejszymi pracami Andrzeja. Cykl spotka się z dużym zainteresowaniem. Zaraz potem na malarza spada fala krytyki.

Socrealista

W Kole Samokształceniowym, kolejnej organizacji, którą sam tworzy, artysta prężnie działa. Nie ma dnia, żeby nie zaglądał do pracowni, z której nie wychodzi przez długie godziny. Trupio blade kolory zastępuje ciemniejszymi barwami, ogranicza ich symbolikę. Wróblewski coraz mocniej podporządkowuje się ideologii, artystycznym wzorcom. W przeciwieństwie do innych artystów nie ucieka od niej. Na reakcję publiczności nie czeka długo. Dawni wielbiciele odwracają się od malarza, on sam nie wygląda na usatysfakcjonowanego obrazami. Dlatego szybko zmienia motyw. W 1954 roku tworzy kompozycje z motywem rodziny. To pierwsze tak pogodne prace Wróblewskiego, któremu właśnie urodził się syn. Artysta nadal kaleczy ludzkie postacie, przez co są one groteskowe. Jednak największą sławę przynoszą mu oszczędne kompozycje z szoferem.

Malarz zwięzłej formy

Do tych prac przykłada się bardzo mocno. Kompozycje z odwróconym do tyłu, nie patrzącym na widza szoferem szybko staja się znakiem rozpoznawczym Wróblewskiego. Malarz rezygnuje z półśrodków, używa tylko nasyconych barw, przez co osiąga duże napięcie emocjonalne. Krótko przed śmiercią ponownie wraca do ukochanego motywu wojny. Ludzie stanowią u niego monochromatyczne plamy.

Ma 30 lat gdy 25 marca 1957 roku ginie na jednym ze szlaków. Wkrótce po śmierci malarza jego obrazami interesują się krytycy. Muzea i galerie, w tym madryckie Museo Reina Sofia organizuje wystawy, na których pojawiają się tłumy. Éric de Chassy, francuski krytyk: „Ta szansa jest ważna, bo to jest jedno z najważniejszych europejskich muzeów. Jednym z jego celów jest dynamiczne przepisywanie XX-wiecznej historii. A dla nie-Polaków zrozumienie twórczości Wróblewskiego jest utrudnione, bo większość jego obrazów i rysunków znajduje się w muzeach i prywatnych kolekcjach w Polsce”.

Andrzej Wróblewski był artystą nietuzinkowym. Buntownikiem, który zmieniał style i stale poszukiwał artystycznej drogi. Malarzem, dla którego wojenne przeżycia stanowiły nieocenione źródło inspiracji. Artystą, o którym mówi się, że należał do grona najciekawszych powojennych twórców.

 

 

Reklama