Czy work-life balance jest przereklamowany?

KAROLINA KOŁODZIEJCZYK

1

Termin work-life balance został wymyślony stosunkowo niedawno, bo na przełomie lat 70-tych i 80-tych XX wieku. Zakładał ścisłe oddzielenie życia zawodowego od tego prywatnego. Wybija godzina siedemnasta, kończymy pracę, wychodzimy z biura i idziemy cieszyć się wolnością. Czy jednak na pewno tak to wygląda? I czy biorąc pod uwagę, jak dynamicznie zmienia się współczesny rynek pracy, ten model, do którego wiele osób wciąż dąży, nie wymaga przedefiniowania?

 

Korporacyjna “etyka” pracy

Z work-life balance mam dwa zasadnicze problemy. Po pierwsze, kojarzy mi się z korporacyjną nowomową. Oczywiście nie wątpię, że pierwotne założenia z nim związane były słuszne, ale obecnie jest dla mnie taką HR-ową wydmuszką. Wielkie korpo mówią nam o oddzielaniu strefy pracy od strefy życia osobistego, a potem zmuszają do zostawania po godzinach albo sprawiają, że stres związany z pracą wdziera się bezlitośnie do tzw. czasu wolnego. I uniemożliwia cieszenie się nim.

 

Dlatego, jeżeli mamy już dążyć do jakiegoś work-life balance, to powinno ono zawierać w sobie dużo więcej niż tylko stałe godziny pracy i niezabieranie jej do domu. Bo ciężko mówić o balansie, jak leżąc wieczorem na kanapie pod ukochanym kocykiem, wciąż myślimy o tym “mega ważnym projekcie”, który zaraz się wysypie i rozwścieczy tym samym naszego szefa.

 

Pracując inaczej 

Mój drugi problem z work-life balance związany jest po części z moimi osobistymi doświadczeniami. Zdarza mi się pracować w weekendy, odbierać maile wieczorami, jeździć na tzw. workation (połączenie pracy i wypoczynku – przynajmniej w teorii). Pracuję na etacie, a do tego mam własną działalność i kilka innych aktywności, które uniemożliwiają mi zamknięcie laptopa o 17:00 i oddzielenie grubą kreską czasu na pracę od czasu bez pracy. Czy to jednak z góry oznacza, że nie mam w życiu balansu? Czy mam więcej stresu niż osoby funkcjonujące w bardziej klasycznym modelu? Niekoniecznie.

 

Iluzja balansu 

Wiele osób świadomie nie stawia muru między pracą a “życiem”. Prowadzimy internetowe biznesy, pracujemy na freelance’ie, zdalnie i w jeszcze innych kombinacjach. To, że są one trochę mniej standardowe nie oznacza automatycznie, że źle wpływają na nasze zdrowie psychiczne.

 

Owszem, może tak się zdarzać. Ale wydaje mi się, że współczesne rozumienie work-life balance powinno skupiać się nie na sztywnych modelach, a na minimalizowaniu stresu, na poszukiwaniu rozwiązań, które to nam najlepiej pasują (dla mnie na przykład praca “od do” na dłuższą metę może być męcząca, bo za bardzo cenię sobie elastyczność, swobodę i różnorodność wyzwań zawodowych) oraz na umiejętności odpoczywania. A szczególnie z tym ostatnim mamy ogromny problem niezależnie od przyjętego stylu pracy.

 

 

Share this post

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

PROPONOWANE