Dobromir Dymecki: W jednym ze spektakli kradliśmy torebki publiczności

Katarzyna Paczóska

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Dobromir uwielbia różnorodność i w różnorodnych filmach też grywa. To już nasze drugie spotkanie i mogę śmiało powiedzieć, że Dobry jest ujmująco szczerym człowiekiem, który pomimo pełnego pozwolenia na swobodne używanie wulgaryzmów, użył tylko jednego. Każda jego rola zaskakuje, ale zdarza się również, że role zaskakują jego. Z Dobromirem porozmawiałam o aktywnym teatrze, sytuacji na arenie (nie)młodych reżyserów oraz jego guilty pleasure.

 

Katarzyna Paczóska: Cześć, jesteśmy w Fabryce Norblina i jest z nami Dobromir Dymecki.

Dobromir Dymecki: Dzień dobry, witam Państwa bardzo serdecznie.

Z Dobromirem widzieliśmy się ostatnio podczas Filmów Fabularnych w Gdyni. Dobry, czy coś się zmieniło od tego momentu w Twoim życiu? Czy Ty się zmieniłeś?

Czy ja się zmieniłem…a to świetne pytanie, słuchaj…a pamiętasz,  co wtedy mówiłem, pamiętasz? (śmiech).

Nie pamiętam (śmiech).

Czy ktoś pamięta?

Rozmawialiśmy wtedy trochę o teatrze, o Twojej postaci w „Prime Time”, o policjancie, który tak naprawdę nie był typowo złym, tylko postacią, która ma za sobą jakiś background i dlatego zachowuje się, jak się zachowuje.

No to „Prime Time” faktycznie stał się juz historią, ale nie zmieniło się nic pod tym względem, że wciąż jest dużo pracy, więc pracuję, ale teraz zbliżają się święta i będę odpoczywał i mam zamiar skorzystać z tego momentu, więc to się zmieniło, że teraz będę odpoczywał.

Tak, wspominałeś, że byłeś bardzo zajęty…więc dobrze, każdemu się przyda…

Tak, absolutnie, każdemu życzę, aby trochę odpoczywać i poświęcać sobie trochę czasu, tak w harmonii, w harmonii.

Wspominałeś w którymś wywiadzie, że mówią na Ciebie również Doberman. Czy czujesz się Dobermanem?

 

Wiesz, co, zależy. Imię Dobromir chyba nie jest tak popularne, chociaż była bajka „Pomysłowy Dobromir”, a mój brat był wielkim fanem tej bajki. Ja miałem mieć na imię Mateusz. Mój brat był Łukasz, ja miałem być Mateusz, babcia była bardzo wierząca, więc miało być po apostołach, ewangelistach, ale mój brat bardzo dużo oglądał tej bajki, no i wymusił – darł japę całymi dniami „Chcę brata Dobromira, ja chcę brata Dobromira!”, więc pomyśleli już „Dobra, idź w pizdu, niech będzie ten Dobromir”, no i tak dali Dobromir i tak zostało. Ja się cieszę, bo to jest całkiem oryginalne imię. Jakbym miał być Mateusz…Mateusz też ładnie, ale Dobromir….Tak to zostało, ale imię Dobromir, to ludzie coś tak nie do końca są w stanie zapamiętać…wszyscy mówią na mnie „Dobry”, bo to taki chyba najłatwiejszy do zapamiętania skrót, ale tak, była taka dziewczyna, która kompletnie nie była w stanie ogarnąć, więc mówiła na mnie „Doberman”, ale tych „Dobrek”, „Dobi”, „Dobruś” – jest bardzo dużo tych skrótów, więc kto co lubi, ja mam ogromny dystans do tego, może być nawet „Doberman”. „Dymitr”, często mówią, w recenzji którejś „Jaromir”.

Tutaj można byłoby pomyśleć analogicznie, jak w przypadku „Sławomir” – „Sławek”, „Dobromir” – „Dobrek”?

„Dobrek”? Też, tak, w szkole chyba Pan Dziekan tak na mnie mówił, „Dobek, Panie Dobku”. Różne są genezy „Dobromira”, jedni mówią, że to jest dobro i mir, czyli pokój, czyli niosący dobro i pokój. To dobre imię, bardzo pozytywne, od razu z misją, trzeba się starać. Są też takie tłumaczenie, że mir – świat, niosący dobro na świecie , w każdym razie, trzeba być dobrym, taka klątwa, zobowiązanie.

Czy czujesz się zobowiązany?

No a jak. Trzeba się starać. Nie, żartuję oczywiście.

Może teraz zapomnijmy o zobowiązaniu i zacznijmy od teatru, ponieważ zaczynałeś od teatru….

Wiesz co…tak. Wynikało to też z tego, że skończyłem szkołę filmową, bardzo dużo graliśmy w etiudach i jakoś na początku nie miałem takiej zajawki na film. Chociaż te wszystkie współprace, które się w szkole zaczęły, one się teraz kontynuują. Z Agnieszką Włoszczyńską zrobiliśmy krótki metraż, teraz go rozwinęliśmy w „Cichą ziemię” czy z Kaliną Alabrudzińską robiłem jej dyplom i teraz też kontynuujemy naszą współpracę. Te wszystkie współprace szkolne i te przyjaźnie rozwijają się teraz w pracy w jakieś większe formy i to jest dla mnie bardzo satysfakcjonujące. To jest ten moment, że to moje pokolenie reżyserów wchodzi teraz do kina i seriali. Niestety w Polsce tak jest, że zazwyczaj się późno debiutuje i filmowcy zawsze te 10 lat muszą odczekać, żeby zadebiutować. Debiutanci czterdziestoletni. Teraz trochę przesadzam, ale tak to zazwyczaj jest. Wiec faktycznie w szkole całkiem sporo tych etiud zrobiłem, ale teatr bardziej mnie fascynował. Kontakt na żywo z publicznością wydawał się większym wyzwaniem i dużo ciekawszym, bo jest to sytuacja, w której na scenie wszystko wydarza się na żywo, jest dużo większa adrenalina, a w filmie jest jednak ten dubel, dużo się czeka, to zupełnie inny rodzaj pracy, wymagający cierpliwości, skupienia i tak dalej, więc faktycznie ten teatr był na początku takim miejscem, które pokochałem, i w którym się spełniałem. A teraz się to zmienia bardzo też w związku z tym, że moi rówieśnicy zaczynaja tworzyć, to też mam poczucie, że robię coś co mnie bardziej dotyczy. Dla mnie zawsze ważny jest  głos pokolenia i nie tylko moja praca, ale też większa wypowiedź. Lubię być częścią większej wypowiedzi i móc się podpisać pod filmem, który zrobiłem, że ten film też się wypowiada w moim imieniu, a nie tylko rola, którą zrobiłem, więc faktycznie teraz film daje mi dużo radości i spełnienia.

Co do współpracy z Kubą Piątkiem, nakręciliście również krótki metraż „Users” i dopiero niedawno, jak przypominałam sobie różne filmy, to zdałam sobie sprawę, że de facto go widziałam i co więcej, Ty tam grałeś. „Users” było intensywnym filmem, były tam dwie osoby, siedzące na przeciwko ekranu i siebie, zderzone podczas nowego roku (który także się zbliża). Czy czułeś to narastające napięcie między Wami?

W przypadku „Usersów”, to jestem też współscenarzystą tej historii i brałem w niej udział od początku. Kuba miał taki pomysł, żeby zaprosić aktora i scenarzystę, czyli Łukasza Czapskiego, żebyśmy wspólnie: Kuba z perspektywy reżysera, Łukasz scenarzysty, a ja aktora, stworzyli ten scenariusz. Każdy z nas już na poziomie scenariusza dawał feedback, wnosił swoje pomysły i tak dalej, więc pomysł dramaturgi  narastających emocji był mi znany od początku, bo sam go budowałem. Takie sobie postawiliśmy zadanie, żeby z tego randomowego, przypadkowego spotkania… to też było spore wyzwanie, bo faktycznie film jest o dwójce bohaterów, zamkniętych w mieszkaniach, którzy właściwie tylko ze sobą rozmawiają, nie ma tam żadnych wizualnych efektów, wiec trzeba naprawdę wymyślić taka dramaturgię, żeby film miał silę i…żeby miał siłę, tyle, wystarczy chyba…

Jeszcze moc dodajmy.

Siłę i moc, dokładnie. Film ma tę moc, miejmy nadzieję. Dramaturgia była tak zbudowana, że emocjonalnie idziemy do góry i w bohaterach wyzwalają się emocje i traumy, które oni w sobie noszą od dawna, a to co sie wydarza jest tylko projekcją, ale tez prowokacją. Dwójka samotnych osób, która szuka bliskości, a z drugiej strony w tej  bliskości nie potrafi wejść.

Wróciłabym jeszcze do teatru, bo powiedziałeś, że lubisz czuć reakcję widza. Czy często grałeś w spektaklach, które wymagały reakcji widza?

Wiesz co, jest jeden taki spektakularny przykład, gdzie „w imię Jakuba S.” Moniki Strzępki, był taki „akt performatywny”, gdzie z dwójką aktorek, koleżanek, Klarą i Anią,  kradliśmy torebki publiczności i wyciągaliśmy, co było w środku, to było dosyć duże przekroczenie. Z tych torebek wyciągaliśmy różne rzeczy, głównie chodziło o portfele, o kradzież pieniędzy, a ze spektakl miał duże powodzenie, publiczność go uwielbiała to zaczęli przychodzić „prowokatorzy” . Raz na przykład przyszedł Pan, który miał w torbie hełm. Innym razem ktoś miał koronę. To był śmieszny gest, może trochę przekraczający, prowokacyjny, ale zdarzyło się też, że przez przypadek przekroczyliśmy za bardzo jakieś granice. To był jeden z momentów, które pamiętam, że faktycznie było takie ryzyko. Pamiętam jedną Panią, która bardzo mocno trzymała swoją torebkę, więc z tą torebką wyciągnęliśmy Panią na scenę, a cała scena była w śniegu, pokryta była sztucznym śniegiem, bo akcja działa się zimą, wiec wpadła w ten śnieg. Minę miała nie tęga. To wymagało odwagi i na początku miałem pewne obawy, bo wiadomo, że nie da się przewidzieć reakcji publiczności, a później im więcej razy to robiliśmy…publiczność zresztą to uwielbiała, zawsze po tym momencie otrzymywaliśmy brawa, bo to była część kończąca pierwszą część.

Ja mam jeszcze w głowie „Fantazję”. Tam nie było aż takiej interakcji z odbiorcami, ale w „Fantazji” grałeś fantazje i to była dosyć ciekawa forma. To był pierwszy spektakl Anny Karasińskiej, który widziałam. Jak grało się, jak wspomniałeś kiedyś, choreograficznie, jak współpracowało się na zasadzie choreografii, a nie typowego… przyjętego przez standardy przygotowywania się do roli?

„Fantazja” faktycznie jest spektaklem, który bardzo dużo czerpie z performensu, choreografii, to są obszary, które są mi bardzo bliskie, oprócz takiego, ta jak mówisz, klasycznego budowania roli, teatr od jakiegoś czasu poszerza to spektrum i dużo takich spektakli się ostatnio w teatrze pojawiło, co dla mnie jest dużym wyzwaniem, bo to jest zupełnie inna forma, zupełnie inna obecność na scenie. Ta obecność, ta autentyczność jest kluczem, podstawą bycia na scenie, wytwarzaniem zupełnie innych jakości. „Fantazja” to taki spektakl, który dzieje się także w wyobraźni widza, to znaczy, że aktorzy dzielą się na scenie wyobrażeniem jakieś sytuacji czy stanu, ale to widz musi dopełnić ten obraz w swojej głowie. To jest dla mnie ważny gest, bo sam bardzo lubię sztukę, która pozostawia przestrzeń, nie wykłada wszystkiego widzowi wprost. Jako odbiorca, lubię mieć rolę sensotwórczą, że sam sobie pewne sensy muszę dopowiedzieć czy odkryć, a nie mieć powiedziane wprost  „to jest o tym, a to o tym…”. W „ fantazji” widz ma tę przestrzeń, żeby sobie te sensy samemu stworzyć, utożsamiać się z tymi bohaterami, pobyć z nimi, śledzić te mikrosekundy z życia każdego z tych bohaterów.

Nie wiem, czy wiesz, powracając jeszcze do filmu, że na Filmwebie podobnież jesteś najbardziej znany z „Planety Singli” i „Usersów” właśnie.

O, fajnie. „Planeta Singli” to był tylko epizod, gdzie poszarpałem jakiegoś człowieka i tyle, ale miło to wspominam.

A gdybyś miał pomyśleć o filmach, które były dla Ciebie najważniejsze i dlaczego były najważniejsze. O filmach, w których grałeś, doprecyzuję.

Staram się nie prowadzić takich rankingów, ale tak jak w Gdyni rozmawialiśmy, że  „Cicha ziemia” to było zadanie najbardziej wymagające w moim życiu, bo główna rola, zdjęcia na Sardynii, międzynarodowa obsada, granie po angielsku i tak dalej, więc to było duże wyzwanie, ale myślę, że właściwie tak ze dwa lata temu, kiedy zacząłem film „Nic nie ginie” Kaliny Alabrudzińskiej, bardzo zmieniło się moje podejście do pracy w filmie i to był początek nowych wyzwań. Później „Biały Potok”, który jest jeszcze w kinach. „Prime Time” z Kubą Piątkiem, „Jakoś to będzie” z Sylwkiem Jakimowem, który wchodzić będzie do kin pewnie jakoś po nowym roku, jak się popandemiczna kolejka filmów  rozładuje, no i „Cicha ziemia”. W międzyczasie jeszcze „Ostatni komers” z Dawidem Nickelem, epizod, ale ta współpraca bardzo została mi w głowie. To są tytuły, które są dla mnie ważne, na ten moment. One coś zmieniają i przekraczają we mnie i inspirują i dają mi inną perspektywę na robienie kina.

A które z filmów, które ostatnio oglądałeś, na przykład, czy na festiwalu filmowym, czy w zaciszu domowym, wywarł na Tobie większe wrażenie? Pod tym względem, o którym mówiłeś teraz.

Mhm. Wiesz co, ja jestem wielkim fanem różnorodności.

Twoje role są bardzo różnorodne.

(śmiech) Nie mam doprecyzowanego „o, to lubię”. Nawet gdybyś mnie zapytała, którą aktorkę albo którego aktora lubię. Jest tak wiele różnych języków i form ze trudno mi wybrać albo zafiksować się na jednej nie doceniając innych. Ostatnio, przygotowując się do czegoś, oglądałem filmy, Judda Apatowa, to taki amerykański reżyser, producent, który robi komedie sundance’owe. Z rożnym skutkiem niektóre są świetne a niektóre ocierają się o kino klasy B. Dla mnie jego kino jest totalnym odkryciem, nigdy o nim wcześniej nie słyszałem. Jego filmy są komediami, ale też dużo jest w nich smutku, bohaterowie są pełnowymiarowi bez uproszczeń, dla mnie duże odkrycie. Lubię też kino europejskie czy arthousowe, Nowe Horyzonty, bardzo lubię. Byłem w tym roku prawie na całym festiwalu i zobaczyłem dużo dobrych filmów od  slow cinema, po różne eksperymentalne formy, ale lubię też te stare dobrze znane klasyki  amerykańskie, więc…lubię też na przykład telewizję, w sensie, że oglądam sporo reality show, strasznie głupie.

Zdradzisz które?

Chyba właśnie nie mogę, bo to przecież będzie mój koniec.

Ale możesz tak ciszej powiedzieć, może nie usłyszą…

(śmiech) jestem fanem jednego z najgorszych jak mi się wydaje.

Ale to fascynacja od niedawna?

Nie, oglądam od lat i lubię takie które dla niektórych ocierają się o upadek telewizji i to nie są wiesz, programy w stylu „Kuchenne rewolucje”, które są ikonicznym programem, ale są rzeczy gorsze, które lubię.

Właśnie do takich rzeczy trzeba podchodzić z odpowiednim dystansem, np. nie wiem, chociażby nawet taki program jak „Kiepscy”, według mnie to było coś strasznego, okropnego, co prawda, nie widziałam tego wiele lat, ale wydaje mi się, że jak teraz zaczęłabym oglądać, to z zupełnie inną perspektywą, oczywiście ja się zmieniłam, produkcja się nie zmieniła, ale społeczeństwo również się zmieniło, tak jak postrzeganie różnych ról…

Tak, to się bardzo zmienia, to  jest banał, ale te nowe media, internety i aplikacje, to wszystko się bardzo szybko zmienia.

…tak, ale no właśnie, teraz wydaje mi się, że podeszłabym do tego inaczej. Tak jak kiedyś, ktoś mi po raz pierwszy pokazał patologiczne rapsy, to też na początku myślałam „Jeżu, co to jest”, a później… A powiedz mi jaką największą zmianę u siebie zauważyłeś, na przestrzeni każdego etapu w Twoim życiu.

Mhm, najbardziej zaskakująca zmiana? Patrzę na to jak na proces. Trudno mi teraz powiedzieć, że jest jedna taka zmiana bardzo wyraźna, ale ten zawód, zawód aktora jest bardzo zależny. To znaczy bardzo trudno, szczególnie w Polsce, bo w Ameryce aktorzy są również producentami, wielkimi gwiazdami, zarabiają setki milionów dolarów, mają ogromny wpływ na to, jak film wygląda. W Polsce aktorzy nie mają takiego statusu, więc ten zawód jest bardzo zależny, to znaczy, ja zależę od tego czy ktoś mnie zaprosi  do filmu, czy ktoś mi da pracę i tak dalej. Oczywiście mogę sam starać się coś napisać czy stworzyć ale zazwyczaj ludzie na to patrzą „Aha, sam sobie napisał, sam sobie robi…

Sam jeszcze gra!

…to coś mu nie wyszło, najprawdopodobniej”, co jest bardzo krzywdzące. Jeżeli miałbym Ci powiedzieć o procesie, który przechodzę, to o szukaniu sprawczości i przyjemności w tym, co robię i staraniu się być jak najbardziej niezależnym i jak najbardziej twórczym w tym obszarze ograniczonym, który mam. To jest taką moja  największą zdobyczą ostatnich czasów, to znaczy, że faktycznie udaje mi się robić takie projekty, które lubię i chcę robić i są czymś więcej niż tylko pracą i czuję, że mam dosyć dużą sprawczość, czyli wpływ, ale też poczucie satysfakcji i to jest dla mnie w ostatnim czasie najważniejsze, żeby robić rzeczy, które są spełniające.

Jak wspominałeś o kinie, który ma własny głos, o twórcach, którzy robią kino, aby pokazać swój głos, to czy w ostatnich produkcjach, swoich, miałeś tak, że czułeś ten sam głos, zgadzałeś się z ideą?

Tak, w większości tak.

Gratulacje, bardzo.

(śmiech) Dziękuję, ale to jest też to, do czego dążę. Oczywiście nie zawsze to się udaje w 100%, ale to są wybory, które mnie spełniają. Nie mogę teraz powiedzieć, że robię coś dla pieniędzy, a kiedyś tak się zdarzało. To znaczy, że robię to, ale nie do końca mi się podoba, nie czuję tego, ale muszę zarobić,  bo muszę z czegoś żyć.

To przejdźmy może do świąt, do „radosnego tematu”, czy robisz ozdoby, ubierasz choinkę?

Trudna sprawa. Nie jestem osoba wierząca wiec nie przeżywam świąt w sposób duchowy. Jest to dla mnie raczej czas relaksu i odpoczynku. Lubię ten okres bardzo, ale  nie mam potrzeby celebracji w jakiś konkretny sposób. W związku z tym, że mam bardzo intensywne życie zawodowe, to to, co daje mi największy reset i relaks, to jest po prostu spokój i cisza, robienie nudnych i prostych rzeczy. dla innych święta pewnie są  celebracją albo momentem, w którym można coś odmienić, ja nie mam takiej potrzeby niestety, bo u mnie się tak dużo dzieje i się coś odmienia ciagle, że jak mam moment, to potrzebuję chwilowej stabilizacji, czyli usiąść, poczytać, zrobić sobie obiad, pójść do sklepu, na spacer, pobiegać, poćwiczyć, mini nudne rytuały, które wykonuję, które mnie stabilizują i osadzają, więc nie potrzebuję odmiany. Jedziemy oczywiście do rodziny i to jest miłą odmiana, że możemy się z bliskimi zobaczyć. Ale takiej potrzeby celebracji w postaci ubierania choinki w domu nie mam. Chociaż nie mam nic przeciwko, lubię choinkę i zawsze ten okres dobrze mi się kojarzył, zwłaszcza jako dziecko lubiłem święta, bo prezenty, spotkania i tak dalej, no ale nie mam takiej potrzeby, nie walczę z tym, nie będę na siłę ubierał choinki. Chociaż ostatnio właśnie widziałem, że coraz zmyślniejsze są te bombki. Bombka w kształcie ramenu albo rakiety.

Kosmiczną choinkę.

Albo z ramenu!

W takim razie życzę Ci spokojnych świąt, trochę odpoczynku, a nawet trochę więcej niż trochę odpoczynku, na podstawie naszych rozmów wiem, że tego potrzebujesz i wszystkiego, wszystkiego dobrego.

Super, dziękuję bardzo, Tobie też życzę wszystkiego dobrego, korzystaj z tych świąt, co tam potrzebujesz, to bierz. Państwu też wszystkiego dobrego.

Wszystkiego dobrego.

Reklama