Czy “Mainstream” jest mainstreamowy? – recenzja najnowszego filmu Gii Coppoli

Katarzyna Paczóska
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Gię Coppolę widziałam po raz pierwszy w roli reżyeserki, więc moje oczekiwania nie były zawieszone na konkretnym poziomie. Wnuczka Gian-Carlo Coppoli postanowiła przedstawić zaciekłą walkę z social mediami, nie tylko pod względem znaczeniowym, lecz także wizualnym. Artystka bawi się obrazem i wciąga krzykliwą rzeczywistość influencerską do pełnego metrażu. W rolach głównych – fenomenalny Andrew Garfield, Maya Hawke i Natt Wolff.

Pierwszą główną postacią, która pojawia się na ekranie jest młoda Frankie, pracująca w hollywoodzkim barze komediowym. Porzuciła studia, miewa problemy z alkoholem i matkę, która próbuje do niej dotrzeć i przemówić jej do rozsądku. Dziewczyna poszukuje siebie, pragnie artyzmu, jednak bliżej nieokreślonego i to słowo pierwotnie najbardziej do niej pasuje. Nieokreślona. Uwielbia jednakże tworzyć content i pewnego razu trafia na wielkiego szczura, biegającego po ulicy i namawiającego ludzi na skosztowanie sera. Przechodnie nie zwracają uwagi ani na niego, ani na obraz, który wisi w tle. Postać zauważa, że ktoś ją filmuje i tak zaczyna się nowa znajomość. Użytkownicy nowy filmik, wrzucony przez Frankie do Internetu, co jest początkiem fascynacji Frankie chłopakiem.

Do zespołu dołącza znajomy z pracy Frankie – Jake. Jake jest zwyczajnym, mało wyróżniającym się charakterem, tym dobrym. Trójka chce stworzyć ten jeden filmik, aby się wybić i to się udaje – poznają managera, który chce z nich zrobić “Królów Internetu”. Link, czyli główny bohater filmików, zamieszczanych w sieci ma jeden ważny przekaz – social media i smartfony ogłupiają widzów. W tym momencie Gia Coppola stawia kolejne pytanie – czy z manifestacji antymainstreamu można się do mainstreamu wczołgać i jeszcze na tym zarobić?

Reżyserka kreuje pełną satyry, marzeń i nadziei baśń o sprawiedliwości, przez której piękno przebija się influencerski kicz. Emotki, popularne sposoby montowania, wycinanie niekorzystnych kawałków, czyli to wszystko, o czym publika często zapomina podczas krótkich seansów. Czy jest to coś nowatorskiego? Nie i w jednym z wywiadów Gia Coppola przyznaje rację. Dodaje jednak, że temat nadal jest aktualny.

Film ukazuje, jak łatwo stać się z “No one special” kimś de facto “special” oraz jak łatwo jest manipulować umysłami. Muszę tu koniecznie wspomnieć o Linku, granego przed Andrew Garfielda – aktor sprawia, że obraz należy do niego i swoją grą aktorską zdecydowanie mnie kupuje. Cóż mogę powiedzieć, zagrał tak, że zapomniałam, że w 2014 wcielił się w rolę Spidermana. Ujął mnie fantastycznymi ruchami, aktorską pewnością siebie i lekkością, ale przyznam, że mam po prostu słabość do ekscentryków. Niewątpliwie była to również dobrze napisana postać.

Jeżeli chcecie przestrzec swoje dziecko/rodzeństwo przed nie zawsze pozytywnym wpływem internetu lub po prostu pooglądać szaleństwa fenomenalnego Andrew Garfielda i się odstresować, jest to zdecydowanie pozycja dla Was.

Reklama