Samotność, dojrzewanie i filmowa narracja. Niezwykła powieść finalisty Pulitzera – „W oddali” Hernana Diaza

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

W oddali wyłania się sylwetka. To chyba jeździec i dwa konie. Albo koń i osioł? A może to przywidzenie? W oddali jest pustka.

„W oddali” finalisty Pulitzera Hernana Diaza to trochę takie przywidzenie. Niby poznaliśmy bohatera, niby doświadczyliśmy z nim trudów tułaczki przez równiny i pustynie Dzikiego Zachodu, niby widzieliśmy Indian w ich naturalnym świecie, niby uczestniczyliśmy w gorączce złota. Ale to, co najdłużej pozostaje po przeczytaniu powieści, to dojmująca pustka. To, co jest najbardziej realne i namacalne w książce Hernana Diaza to samotność. Wszechobecna, obezwładniająca, trudna do pokonania samotność. Kwintesencja tego stanu w prostej linii łączy XIX-wiecznego bohatera ze współczesnym czytelnikiem, któremu od momentu przeczytania powieści zawsze będzie towarzyszyć.

Szwedzki nastolatek Hakan wyrusza razem ze swoim bratem w podróż do Ameryki. Cel jest prosty: zbudować tam lepsze życie niż to, które mogli mieć w ojczystym kraju. Bracia gubią się w portowym tłumie i do nowego świata Hakan dociera sam. Na szczęście jest dobrze zbudowany i silny, więc dołącza do rodziny podróżującej w poszukiwaniu złota. Tak rozpoczyna się jego wędrówka przez Dziki Zachód, podczas której dorośnie, pozna różne oblicza dobra i zła, nauczy się wiele o sobie i o świecie, a także doświadczy skrajnych uczuć i emocji. Wszystko to przed nim i w nim. W oddali.


Reklama

Hernan Diaz zabiera nas w podróż w głąb Dzikiego Zachodu w XIX wieku, a jednocześnie w głąb ludzkiej świadomości i egzystencji. Historia zatacza koło: czas z ludźmi, czas w samotności, czas z ludźmi, czas w samotności. Oczyma Hakana obserwujemy ten świat, który pochłania nas w równym stopniu, co jego. Ciężko jest się oderwać od surowości i realizmu prozy Diaza, która w wyjątkowy, powolny sposób nabiera poetyckości. Nic nie jest tu do końca oczywiste ani do końca zdefiniowane, nie padają żadne ostateczne osądy ludzi, zachowań, zdarzeń, wszystko toczy się swoim rytmem, by zniknąć w rozedrganym od gorąca powietrzu niczym fatamorgana i na powrót zamienić się w pustkę.  Kondycję człowieka wyznaczają nieodbyte rozmowy, niewyrażone uczucia, pozostawione za sobą trupy i ciągle zmieniające się cele. A wszystkiemu towarzyszy przejmujące poczucie samotności, zakłócone zaledwie kilkoma przebłyskami bliskości.

Podczas czytania nieustannie przychodziło mi na myśl „Jądro ciemności” Josepha Conrada. Zaczyna się podobnie: pewnej nocy na statku człowiek zaczyna snuć opowieść o swoim życiu. Podobna jest też oś całej historii: dosyć naiwny i niewinny bohater udaje się w podróż, która całkowicie zmieni jego życie i w czasie której stanie się innym człowiekiem. Ale przede wszystkim uderzający był motyw wędrówki coraz głębiej w dzicz, początkowo odbierana jako to, co nieucywilizowane, by wreszcie wyjawić swoje prawdziwe oblicze: białego człowieka, który stara się ucywilizować jakiś lud lub krainę. W powieści Diaza przejawia się ten sam motyw. Hakan musi mierzyć się z trudnym klimatem, niebezpiecznymi zwierzętami i potencjalnie groźnymi tubylcami, ale najwięcej zła i okrucieństwa doświadcza z rąk białego człowieka, najczęściej tłumaczącego swoje czyny jakimś bogiem, podczas gdy prowadzi go chciwość i żądza władzy nad innymi.

W „W oddali” pobrzmiewają także echa wielu innych dzieł kultury. Przede wszystkim oczywiście klimat westernów – wiele, a może nawet większość obrazów powstających w mojej wyobraźni na bazie słów Diaza było żywcem wyciągniętych z filmów o Dzikim Zachodzie. Z całą pewnością barwy tego świata, krajobrazy, roślinność, zachodzące nad równiną słońce, a także pierwsze osady, miasteczka, kopalnie. Zdecydowanie Monument Valley, Wielki Kanion oraz rozbujane drzwi saloonu i groźne spojrzenia spod kapeluszy jego klientów. Wszystko to jednak doprawione dużo większą dozą realizmu oraz wiarygodności niż typowe hollywoodzkie produkcje czy spaghetti westerny kultywujące mityczny obraz Dzikiego Zachodu (z niebezpiecznymi Indianami, nielicznymi złymi bandytami i honorowymi szeryfami). Z kolei w atmosferze i wydźwięku zdecydowanie bliżej jest „W oddali” do „Truposza” Jima Jarmuscha. Przez motyw samotnej wędrówki po obcym świecie i odkrywania siebie w jej trakcie, a także ważną oś historii – jedno wydarzenie, które zaważa na całym życiu człowieka i od którego nie ma odwrotu. W trakcie czytania oprócz melodyjki na harmonijce gdzieś z tyłu głowy przygrywały mi przejmujące gitarowe riffy Neila Younga.

„W oddali” to powieść głęboko refleksyjna, zabierająca czytelnika w podróż w głąb samego siebie i własnego procesu dorastania poprzez definiujące nas zdarzenia. Bo choć życie na amerykańskich pustkowiach w XIX wieku może wydawać się tak odległe i różne od naszego, to jednak samotność, tęsknota za bliskimi i za bliskością, wysiłki, aby poznać samego siebie, żal i wyrzuty sumienia po dokonanych czynach, a także nadzieja na nieokreślone coś dobrego w przyszłości to kwestie na tak uniwersalne i ważne, że każdy znajdzie coś dla siebie. To niesamowite zestawienie pozornej prostoty opisywanego życia z jego wyjątkowością i doniosłością stanowi właśnie fenomen „W oddali” Hernana Diaza. Bo czy każde ludzkie życie nie jest dokładnie takie? Przejrzyjmy się jak w lustrze w tym odmiennym świecie i bohaterze, a może uda nam się znaleźć parę ważnych odpowiedzi, a także jakąś nową cząstkę samego siebie.

Pola Krzesiak

https://www.empik.com/w-oddali-hernan-diaz,p1294382641,ksiazka-p

Reklama