W jaką stronę może pójść film, który zaczyna się od założenia, że chłopiec nazywa cię „psią kupą”, bo się w Tobie kocha? Sprawdźmy, jak zestarzał się romantyczny klasyk „Kobiety pragną bardziej” z prawdziwie gwiazdorską obsadą – w głównych rolach Ben Affleck, Jennifer Aniston, Jennifer Connelly czy Bradley Copper.
„Seks w Wielkim Mieście” mamy w domu
Oryginalny tytuł filmu brzmi „He’s Just Not That Into You” i mówi nam o nim, ale też o kontekście jego powstania dużo więcej, niż polski potworek „Kobiety pragną bardziej”. Tę samą kwestię wypowiada bowiem w jednym z odcinków „Seksu w Wielkim Mieście” Miranda do dwóch przypadkowo spotkanych dziewczyn, a wszystko dzieje się tuż po tym, jak ówczesny chłopak Carrie, Berger, pomaga Mirandzie przeanalizować jej życie randkowe i rzucić na nie męską perspektywę. I nie, nie jest to zbieg okoliczności, bo „Kobiety pragną bardziej” powstały na bazie książki Grega Behrendta i Liza Tuccillo, czyli scenarzystów kultowego serialu. I to właśnie odcinek „Pick-A-Little, Talk-A-Little” był ich inspiracją.
To jednak nie koniec nawiązań do SATC w filmie, bo jego struktura również przypomina tę z pierwszego sezonu. Mamy tu kilka powiązanych ze sobą historii miłosnych, a całość została podzielona na części, z których każda zaczyna się od sceny przypominającej uliczne ankiety. Czyli tak samo jak w SATC, który jednak szybko ten pomysł porzucił, skupiając się na felietonach Carrie jako punkcie wyjścia do tematyki odcinka.
Gdy mamy więc tak oczywiste nawiązania do dzieła z punktu widzenia popkultury ogromnie znaczącego, nie da się tych dwóch tytułów nie porównywać. A uwierzcie, lepiej byłoby tego nie robić.
Co właściwie mówi nam film „Kobiety pragną bardziej”?

Na początku filmu twórcy serwują nam wyraźny podział na dwie płcie: mężczyźni umawiają się z kilkoma kobietami na raz, a one nad tym rozpaczają. Narracja jest dość jednostronna, bardzo stereotypowa i w 2025 roku delikatnie mówiąc – irytująca. Oczywiście, poruszamy się dalej w gatunku komedii romantycznej i nie możemy o tym zapominać, ale struktura filmu sugeruje nam zaserwowanie jakiejś prawdy objawionej o relacjach damsko-męskich, więc oczekujemy czegoś ponad garści randkowych banałów.
Im dalej w las, tym robi się bardziej różnorodnie, a role momentami zaczynają się odwracać. Czy to jednak sprawia, że film staje się ciekawszy? Niekoniecznie. Można by założyć, że w 2009 roku powiedzenie, że jak mężczyzna nie dzwoni, to na 99% mu nie zależy, było odkrywcze, ale „Seks w Wielkim Mieście” mówił nam to już dziesięć lat wcześniej. I gdyby nawet potraktować to jako siłę uniwersalności filmu, bo faktycznie pewne prawdy się nie starzeją (jak na przykład ta, że wszyscy chcemy kochać i być kochani, niezależnie od płci), to koniec końców seans kończymy znudzeni. Albo, co gorsza – zirytowani. Dlaczego?
To Gigi pragnie bardziej

To, przez co seans przypomina momentami drogę krzyżową, to postać głównej bohaterki. Gigi jest tak naiwną osobą, że naprawdę ciężko kibicować jej desperackim poczynaniom. Umówmy się – nie przetrwałaby we współczesnym świecie randkowym ani sekundy, ale mam też wątpliwość, czy tak samo nie byłoby i w czasach wiktoriańskiej Anglii. Gigi wyróżnia się tak negatywnie na tle innych bohaterek, że oficjalnie postuluję o zmianę polskiego tytułu na „Gigi pragnie bardziej”. Z pewnością główna oś fabularna nabrałaby lekkości, gdyby ktoś nie postanowił zrobić z Gigi najbardziej zdesperowanej kobiety w historii.

Przekierowując uwagę na plusy, to jeden wątek miałby szansę się obronić. No właśnie – miałby. Beth grana przez Jennifer Aniston jest w długoletnim związku bez ślubu, którego wyraźnie nie chce jej partner. I, uwaga, ona w końcu to akceptuje! Ma swoją krótką single era (oczywiście co innego może robić świeżo upieczona singielka, niż upijać się samotnie na weselu?), a potem wraca do Neila (w tej roli Ben Affleck). Wraca, bo zrozumiała to, że nie każdy chce małżeństwa, że nie każdemu jest ono potrzebne, że ludzkie wybory są różne. Byłoby to dość przełomowe podejście jak na rok produkcji filmu, ale… ostatecznie zakończenie burzy jakąkolwiek próbę wyjścia poza schematy i mówi nam: Patrzcie widzowie, daliście się nabrać. Jestem tylko zwykłą komedią romantyczną, która słabo się zestarzała.
fot. materiały prasowe


