Marianna Zydek – Nie Jestem tylko “Eteryczną Blondynką”

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Alicja Pruszyńska: Spotykamy się w zasadzie na początku wiosny. To zawsze jest taki moment, kiedy wszystko budzi się do życia, pojawia się dużo świeżej energii. Ciekawa jestem, czy u ciebie też jest tak, że coś teraz szczególnie daje ci taką świeżą energię?

Marianna Zydek: To ciekawe, bo ostatnio zastanawiałam się nad tym, czy jest jakiś prawdziwy początek roku. I myślę, że właśnie to jest ten moment – nie Sylwester i pierwszy stycznia, tylko czas, kiedy budzi się wiosna. Kiedy jeszcze nie ma listków i nawet nie pojawiają się pączki, ale już czuję, że powietrze zaczyna inaczej pachnieć. Ostatnio spadł pierwszy deszcz, w którym było czuć wiosnę.

W zasadzie jest kilka początków roku. Często specjalnie zwracamy na to uwagę.


Reklama

To jest miłe, bo można za każdym razem coś sobie zacząć.

A jak ty patrzysz na takie początki? Czy to jest dla ciebie symboliczny okres, kiedy zakładasz sobie jakieś nowe cele? Na przykład mamy 2026 rok – czy jest on dla ciebie pod jakimś hasłem?

Nie, w ogóle nie mam nigdy żadnych postanowień noworocznych. U mnie to się kompletnie nie sprawdza. To jest raczej kwestia uwagi. Myślę, że procesy zmian dzieją się w nas i bardziej chodzi o to, żeby je wychwycić i jakoś ukierunkować. Staram się raczej zobaczyć, o czym był poprzedni okres, co się zmieniło i gdzie chciałabym, żeby ta zmiana mnie zaprowadziła.

Często robisz sobie takie momenty zatrzymania?

Dosyć często. Myślę, że jestem refleksyjną osobą, jeśli mogę się tak określić.

A jak myślisz, skąd się to u ciebie wzięło?

Nie wiem, ale pamiętam, że już od wczesnego dzieciństwa bardzo dużo czasu spędzałam we własnej głowie. Sporo analizowałam, więc to chyba jakiś nawyk, który towarzyszy mi od zawsze. I myślę, że kiedy przez dłuższy czas nie mam takiej przestrzeni, to bardzo się męczę.

Chciałabym teraz zapytać o twoją pracę. Obserwując z boku twoje role i projekty, w których bierzesz udział, można odnieść wrażenie, że są one bardzo intrygujące i ciekawe. Bohaterki, które grasz, wydają się efektem bardzo świadomych wyborów. Zastanawiam się, czy tak było od początku – kiedy wchodziłaś w ten świat, miałaś już wizję, w którą stronę chcesz iść? Czy raczej dopiero doświadczenie cię tego nauczyło?

To trudne pytanie. Trochę dotyczy tożsamości – tego, czy zaczynając tę ścieżkę, w ogóle wiesz, kim jesteś i jakie postaci chciałabyś sobą reprezentować. U mnie dochodzenie do własnej tożsamości było bardzo długą drogą.

Na początku nie masz właściwie wpływu na role, które się pojawiają. Dostajesz propozycję i albo ją przyjmujesz, albo nie – ale powiedzmy sobie szczerze, że rzadko się odmawia, bo już samo dostanie roli w filmie jest sukcesem. Więc te role przyszły trochę siłą rozpędu.

Dopiero później pojawił się moment zastanowienia: kim ja jestem, co robię, z czym chciałabym być kojarzona. Myślę, że na początku to były bardzo nieświadome decyzje, w stu procentach intuicyjne. I to był pewien chaos, który one spowodowały.

Ale to też jest budowanie doświadczenia i warsztatu, zwłaszcza na początku.

Tak. W tym zawodzie cały czas musisz się nad sobą zastanawiać i dowiadywać się sporo o sobie, żeby mieć energię, by za każdym razem wypełnić postać sobą. Myślę, że dopiero teraz mam jakąś większą świadomość tego, czego chciałabym, a czego na pewno nie. Kiedy czytam scenariusz, czasami już po prostu wiem, że coś na pewno nie jest dla mnie. Ale wciąż nie mam stuprocentowego przekonania, jakie bohaterki chciałabym grać. To jest bardzo płynne.

Jedna rola często jest zależna od drugiej. Na przykład teraz zagrałam w dwóch bardzo ciężkich projektach i mam ochotę zrobić coś lekkiego. Gdyby tamte rzeczy się nie wydarzyły, pewnie miałabym zupełnie inne pragnienia. Mam wrażenie, że to wszystko jest ze sobą bardzo powiązane. To, jaką energią emanujesz, przyciąga pewnego rodzaju role. Mam wrażenie, że sporo mroku zostawiłam w tym, co ostatnio zagrałam. Czuję się trochę inną osobą, czuję się lżej i mam w sobie otwartość na zupełnie inny gatunek.

Czyli te wybory są płynne – w zależności od tego, ile grasz i jakie postaci. Bo tak jak mówisz, było wcześniej dużo mroku. Była chociażby „Simona Kossak”, dosyć mroczna postać. Pamiętam też, że mówiłaś wtedy o potrzebie zagrania czegoś zupełnie innego. Teraz z kolei mówisz, że po kolejnych projektach też czujesz potrzebę pójścia w drugą stronę. Czyli to chyba jest właśnie takie płynne?

Nie wiem, może tak jest u mnie. Nie jestem w skórze nikogo innego, więc wiem tylko, że u mnie to tak działa. Kiedy mam przesyt jakiejś energii, chcę przeskoczyć na coś zupełnie innego. I zazwyczaj tak się dzieje. Wydaje mi się też, że trudno moje role jakoś jednoznacznie zaklasyfikować. Miałam szczęście grać dość różnorodne bohaterki. Na pewno jest w tym jakiś porządek, ale nie wiem, czy ja go dokładnie rozumiem.

Czasem nie trzeba rozumieć. Ale skoro mówimy o twoich doświadczeniach i o tym, jak to wygląda u ciebie, to jestem też ciekawa granicy między tobą a bohaterką. Bo wydaje się, że te role mocno w ciebie wchodzą – że bierzesz coś z tych postaci dla siebie. Zastanawiam się więc, czy ta granica rzeczywiście jest tak cienka. Słuchając kilku wywiadów z tobą, zauważyłam, że wspominałaś, szczególnie na początku swojej drogi, że dużym wyzwaniem było wychodzenie z roli. Czy o to właśnie chodzi w tej granicy? Czy ona nadal jest tak cienka i dużo bierzesz z postaci do siebie? Czy wciąż jest to dla ciebie trudne?

To bardzo zależy od projektu i od samej postaci. Od tego, na ile ona się z tobą zwiąże i na ile ty zwiążesz się z nią. I jakie koszty trzeba ponieść, bo bywa bardzo różnie. Na przykład teraz miałam do zagrania rolę z bardzo wieloma emocjonalnymi scenami – dużo silnych emocji na wierzchu. A jednak, o dziwo, kiedy projekt się skończył, nie było mi trudno z niego wyjść. Po prostu poczułam: ok, zamknięte.

Może to też kwestia pewnych rytuałów. Mam wrażenie, że kiedy kończą się zdjęcia razem z całą ekipą, dużo łatwiej zamknąć taką rolę. A kiedy masz mniejszą rolę i wpadasz tylko na chwilę – zagrasz swoje sceny, wszyscy ci dziękują, schodzisz z planu, a film dalej trwa – to jest to trochę dziwne. Brakuje rytuału, który pomoże to zakończyć. Kiedy kończymy razem i jest na przykład bankiet po zdjęciach, który niby wydaje się mało ważny, to jednak coś zamyka. Ostatnio sobie uświadomiłam, że to mi naprawdę pomaga. Byliśmy wszyscy razem – wspólne, rytualne tańczenie przez kilka godzin pomaga gdzieś pierwotnie oczyścić się z emocji. I naprawdę miałam poczucie: ok, to koniec tej przygody. Mam wolną głowę, żeby zająć się czymś innym.

Najtrudniej jest chyba wtedy, kiedy dwa projekty nakładają się na siebie. To jest najcięższa sytuacja, bo wtedy masz trochę rozdwojenie jaźni. Miałam ostatnio taką sytuację i bardzo trudno było mi wrócić do postaci, którą na chwilę zostawiłam dla innego projektu. To jest trudniejsze niż samo wychodzenie z roli po filmie. Na planie musisz na nowo znaleźć sposób, żeby z powrotem wskoczyć w określony rodzaj emocjonalnego napięcia. Nie wiem, czy wtedy w pełni mi się to udało. Byłam bardzo zdezorientowana. Zdjęcia odbywały się w innym mieście, w innym czasie, a nagle musiałam wrócić do Warszawy i z dnia na dzień wejść w bardzo silną emocjonalnie scenę w innym projekcie. Czułam się bardzo niepewnie, rozstrojona.

Bycie muzykiem moim zdaniem jest dużo trudniejsze niż bycie aktorem. Miałam z tym trochę do czynienia i po prostu nie dałam rady – nie jestem w stanie tyle ćwiczyć i nie mam takiego talentu. Aktorstwo to dużo bardziej spontaniczny zawód. Nie musisz się przygotowywać godzinami, jeżeli masz swoje sposoby na wejście w emocje. Nadal jednak jest to pewnego rodzaju instrument, który masz. I on też ma swoje zasady. Dlatego właśnie użyłam słowa „rozstrojona”. Mam wrażenie, że to jest pewien proces. Dlatego tak ważne są dla mnie próby przed filmem, zanim wejdziemy na plan. A to wcale nie zawsze jest oczywiste w produkcji.

Bardzo mnie ciekawi ten proces, bo pewnie u każdego aktora wygląda inaczej. Znalazłam coś, co mnie ogromnie zaciekawiło, w kontekście Izy Drelich z serialu „Drelich”. Mówiłaś tam o tym, co pomaga ci wejść w postać i że są to… buty. Taki charakterystyczny element. Zastanawiam się, czy to wciąż jest dla ciebie najważniejsze i skąd w ogóle się to wzięło.

Buty są zawsze dla mnie najważniejsze. Jest takie powiedzenie: „wejść w buty postaci”. Niby metaforyczne, ale dla mnie to jest właśnie to. Potrzebuję wiedzieć, w jakich butach chodzi ta postać, żeby zrozumieć jej tempo i sposób poruszania się.

Czy chodzi w obcasach? Czy w martensach? Ta bohaterka akurat chodziła w martensach. I to już jest dla mnie jakaś informacja. Myślę wtedy: aha, czyli jesteś w stanie ciągłej gotowości do walki. Masz trochę wojskowy but – taki, w którym możesz wejść w błoto, pójść w góry. To jest zupełnie co innego niż chodzenie w szpilkach, trampkach albo klapkach. Dla mnie właśnie od tego zaczyna się budowanie postaci.

W ogóle kostium jest chyba najważniejszym elementem. Ważniejszym nawet niż make-up. Bardzo lubię być w make-upie, ale to już jest to, co dzieje się na planie. A przed planem muszę bardzo dobrze znać kostium. Jestem w tym dość szczegółowa i wiem, że potrafię być czasem trochę pain in the ass dla moich kostiumografek, bo detale są dla mnie bardzo istotne. Ale kiedy uda się to wszystko dopracować, mam poczucie, że naprawdę rozumiem tę postać.

Zastanawiam się też, czy tworzysz sobie jakąś mapę emocjonalną postaci – rozpisujesz ją w jakiś sposób?

W głowie. Nigdy nie zdarzyło mi się tego zapisywać. Wiem, że wielu aktorów tak robi – tworzą jakieś drabinki emocjonalne czy dokładne rozpiski scen. Zawsze miałam nawet trochę wyrzuty sumienia, że tego nie robię. Ale ja po prostu mam to w głowie. Czytam scenariusz kilka razy i wtedy układa mi się cały przebieg historii oraz sto tysięcy pytań, dlaczego coś się dzieje w taki, a nie inny sposób. To jest dla mnie podstawa budowania postaci. Scenariusz zwykle jest skonstruowany w określony sposób: jest wstęp, potem meetpoint, bohater przechodzi przez konflikt i odnajduje jakąś nową drogę. A później okazuje się, czy była dobra, czy zła. Dla mnie ważne jest, czy dana scena dzieje się przed najważniejszym momentem w życiu postaci, czy po nim. Jeśli na przykład moja bohaterka doświadcza jakiejś straty w połowie filmu, to kiedy gram sceny z początku historii, muszę pamiętać, że ona jeszcze nie nosi w sobie tego cierpienia. To bardzo ważne, żeby wiedzieć, które wydarzenia mają wpływ na bohatera i doprowadzić to logicznie do końca.

To też wymaga ogromnej wrażliwości i uważności, żeby naprawdę zrozumieć bohaterkę. Pewnie też inaczej pracuje się nad postacią rzeczywistą albo historyczną, a inaczej nad bohaterką fikcyjną.

W obu przypadkach chodzi o człowieka. Przy postaci historycznej możesz poszukiwać, sięgnąć do kontekstów historycznych, dowiedzieć się o wydarzeniach, które ta postać przeżyła. Przy postaci fikcyjnej więcej budujesz z wyobraźni. Ale zawsze staram się mieć w głowie jakiś zbiór postaci, z których czerpię. Nawet wtedy staram się mieć w głowie jakieś odniesienia do prawdziwych ludzi.

Raczej nie wymyślam wszystkiego od zera. Myślę sobie na przykład: znam osobę, która w podobnej sytuacji zachowała się w określony sposób. I zastanawiam się, czy tu nie ma jakiegoś podobieństwa. W pewnym sensie tworzę patchwork z różnych ludzi, których znam, żeby to było jak najbardziej wiarygodne. Ale myślę też, że każdy aktor robi to zupełnie inaczej.

No właśnie o to w tym chodzi – żeby każdy zrobił to po swojemu. Żeby w tym wszystkim pojawiła się prawda. Zastanawiam się też, czy nazwałabyś siebie „starą duszą”.

Zdecydowanie. Nie wiem do końca, co to znaczy, ale brzmi jak coś, z czym mogłabym się utożsamić.

Nawiązując jeszcze do tych butów, o których wcześniej mówiłaś – czy jest jakiś element, który szczególnie cię opisuje? Jakaś rzecz, która oddaje twój charakter? Może właśnie buty. W czym najczęściej chodzi Marianna Zydek?

Gubię rzeczy, więc żadna nie może mieć dla mnie aż takiej wartości. Jadąc tutaj, zostawiłam buty w taksówce. Wcześniej telefon. I to się dzieje w kółko. Rzeczy się mnie w ogóle nie trzymają. Dlatego trudno mi wskazać jakiś konkretny przedmiot, który by mnie określał. Bardziej poszłabym w naturę. Ostatnio na przykład śledzę księżyc.

Mówiłaś wcześniej, że ostatnio masz bardzo intensywny czas – dwa projekty jednocześnie. Jak odnajdujesz równowagę?

To faktycznie był ciężki moment, ale potem przychodzi czas odpoczynku. Dlatego podjęłam decyzję, że nie będę szukała pracy w teatrze, bo trochę bym się tego bała. Bardzo cenię teatr – grałam w nim przez jakiś czas – ale taki rytm był dla mnie bardzo obciążający. Lubię te momenty oddechu. Muszę mieć chwilę, żeby zakończyć projekt i odpocząć.

A pamiętasz moment, kiedy pierwszy raz zobaczyłaś siebie na ekranie? Jako dziewczyna z Trójmiasta, która zaczynała swoją drogę aktorską?

To było chyba jeszcze na studiach, na zajęciach. W Gdyni może miałam jakieś drobne epizody – na przykład na planie reklamy – ale pamiętam, że to było dla mnie bardzo stresujące. Do tego stopnia, że myślałam wtedy: chyba się do tego nie nadaję. Mam w sobie dużo nieśmiałości.

A kiedy właściwie pojawiło się u ciebie aktorstwo?

Myślę, że jeszcze zanim pojawiła się moja świadomość tego. Mam dużo rodzeństwa i oni już bardzo wcześnie „reżyserowali” różne spektakle, w których grałam. Więc to przyszło zupełnie naturalnie.

Co jest dzisiaj największym wyzwaniem dla młodych aktorek?

Tych rzeczy jest na pewno dużo. Ale jeśli mówimy o najbardziej podstawowej, to po prostu… jest mało pracy. Kończysz studia i nagle okazuje się, że możesz trafić do grupy ludzi, dla których zwyczajnie nie ma pracy. Dlatego zawsze trzeba mieć z tyłu głowy, że warto rozważyć też drugą ścieżkę. Wielu osobom wydaje się, że samo dostanie się na studia aktorskie to już ogromny sukces i że to w jakiś sposób gwarantuje utrzymanie się w branży. A tak naprawdę to dopiero początek. I to są okrutne statystyki – jak niewielki odsetek osób rzeczywiście może sobie pozwolić na to, żeby utrzymać się z tego zawodu.

Druga rzecz to próba określenia cię, zanim ty sama to zrobisz. Na przykład: jesteś eteryczną blondynką, więc będziesz grała konkretne role. A jeśli nie jesteś eteryczną blondynką, to może w ogóle nie ma dla ciebie miejsca. Trzeba być przygotowanym na bycie odrzuconym w każdym momencie. I to chyba jest najtrudniejsze – bo ten zawód potrafi bardzo mocno zaburzyć twoje poczucie własnej wartości.

A miałaś kiedyś taki moment, kiedy chciałaś udowodnić, że nie jesteś tą „eteryczną blondynką”?

Tak, myślę, że serial „Warszawianka” trochę mi w tym pomógł, bo mogłam tam zagrać coś zupełnie na kontrze. Potem zresztą musiałam obciąć włosy, bo po tej fryzurze były już nie do uratowania. I to też pomogło mi poczuć się inaczej. Bo czasem nie chodzi o to, żeby coś komuś udowadniać. Bardziej o to, żeby samemu zobaczyć, że można być kimś zupełnie innym. Że można się poczuć dobrze w innej wersji siebie.

To pewnie też wiąże się z presją. Czasem zewnętrzną, a czasem taką, która zaczyna się już pojawiać w nas samych. Doświadczyłaś czegoś takiego?

Oczywiście. I nie wiem nawet, czy powiedziałabym o tym w czasie przeszłym. To raczej coś, co pojawia się w różnych momentach. Zawsze przychodzi chwila, kiedy myślisz, że coś można było zrobić lepiej.

Aktorstwo jest też zawodem, w którym jesteś ciągle oceniany i obserwowany.

Nigdy nie uprawiałam innego zawodu, ale znam ludzi z zupełnie innych branż, którzy mają podobnie. Myślę, że to może być też kwestia osobowości – niektórzy po prostu mają sobie więcej do zarzucenia, są wobec siebie bardziej krytyczni.

A czy kiedyś myślałaś o tym, żeby stanąć po drugiej stronie kamery? Aktorzy i aktorki często prędzej czy później – zazwyczaj później – zaczynają myśleć o reżyserii albo pisaniu scenariuszy.

U mnie było chyba odwrotnie. Wydawało mi się, że jako aktorka będę miała większy wpływ na to, co gram. Nie miałam wtedy jeszcze żadnego realnego wyobrażenia o tym zawodzie, ale chyba myślałam, że aktorstwo jest bliżej reżyserii. Okazało się, że dostajesz scenariusz i grasz rolę. Oczywiście możesz wnieść jakieś drobne uwagi czy interpretacje, ale jednak jesteś przede wszystkim odtwórcą. I to było dla mnie pewne zaskoczenie – że ta kreatywność musi się zmieścić w określonych ramach.

Jest taka ogólna potrzeba, ale równocześnie wraz z nią i z doświadczeniem rośnie też świadomość, jak trudny jest zawód reżysera. Jak cholernie ciężko jest zrobić dobry film – nawet jeśli ma się środki i świetną ekipę. Myślę, że to w ogóle zależy od wielu czynników. Do ostatniej wersji montażowej nie masz pewności, czy film naprawdę się uda. Dlatego, choć uważam, że to wspaniały zawód, jednocześnie znam swoje ograniczenia i panicznie boję się stanąć po tej drugiej stronie kamery. Może kiedyś. Muszę zrealizować coś niedługo, ale to będzie raczej taki filmowy żart – bardziej ćwiczenie niż kino.

Ale w tym roku pojawią się nowe tytuły z twoim udziałem — jako aktorki — i to w ciekawych projektach. Na przykład w filmie „Kolory zła: Czerń” i w „Czarnej Wołdze”.

Tak, oba projekty są dość mroczne. W „Kolorach zła” moja postać mierzy się z bardzo trudnymi emocjami. W zasadzie większość scen była grana w trudnym stanie napięcia psychicznego. Nie wiem, ile mogę zdradzić, ale wraca oczywiście Kuba Gierszał, który gra prokuratora zajmującego się kolejną mroczną sprawą. Akcja dzieje się na Kaszubach, w małym miasteczku. Zdjęcia kręciliśmy w Gniewie – przepiękne miejsce, chociaż w filmie dzieją się tam niezbyt przyjemne rzeczy.To była właśnie ta praca, po której udało się dosyć sprawnie wyjść z tego ciężkiego stanu. Zawdzięczam to ekipie, a głównie ekipie charakteryzacji, która często pełni rolę psychologa na planie. Nie musiałam nic mówić –po prostu przychodziłam do charakteryzacji po ciężkich scenach, a Kasia Wilk i Marta Kozioł już wiedziały, co się wydarzyło, i pomagały mi wyjść z tego stanu. To niesamowicie cenne, kiedy pracuje się z ludźmi, z którymi już się pracowało i zbudowało zaufanie.

Drugi projekt to „Czarna Wołga”, którego akcja toczy się w latach 60. Tam też było trochę mrocznie. Zdjęcia kręcono głównie w Wałbrzychu, ale mój wątek w dużej mierze rozgrywa się w mieszkaniu mojej bohaterki. To też było intensywne, bo graliśmy longiem cały wątek – jedna scena po drugiej. To były dwa różne rodzaje pracy. Przy „Czarnej Wołdze” było bardzo mało dubli – zdjęcia robił Paweł Edelman, który dokładnie wie, czego chce. Wchodzi na plan i realizuje po trzy ustawienia, więc czułam, że każdy dubel jest ważny i nie mam zbyt wielu prób. Trochę bliżej pracy na taśmie. Z kolei przy „Kolorach zła” – gdzie zdjęcia robiła Karina Kleszczewska – było zupełnie inne tempo pracy, dużo więcej dubli i ustawień. I to było specyficzne wejście na plan, bo pierwszego dnia wylałam z siebie wszystko, zagrałam bardzo emocjonalne sceny i myślałam, że więcej w sobie nie mam. A okazało się, że mamy jeszcze dwie godziny pracy i dopiero wtedy kamera stanęła bardzo blisko mnie. To było zaskakujące, ale też bardzo ciekawe – zobaczyć różne rodzaje pracy na planie.

Czyli jednak sporo mroku w tych nowych projektach.

Tak, chociaż Irena, moja bohaterka w „Czarnej Wołdze”, ma też pewne… przebłyski. Dosłownie nawet, bo musiałam się nauczyć połykać ogień.

Jak mówiłaś wcześniej, po tych mrocznych rolach marzy ci się coś lżejszego?

Bardzo. Chciałabym zagrać w czymś zabawnym, czymś lżejszym, przy czym można się zrelaksować. Choć paradoksalnie to bywa trudniejsze. Dla mnie na przykład łatwiej jest się rozpłakać niż kogoś rozśmieszyć. Zwłaszcza w tych czasach. Ale warto próbować, bo jednak dużo przyjemniej jest się śmiać niż płakać.

W takim razie życzę ci komedii. Może nawet czarnej komedii – żeby pasowała do wszystkich tych mrocznych tytułów.

To byłby piękny tryptyk.

Fot. Michał Orliński

Reklama

Kosmetyki do opalania – jak wybrać je dobrze, by chronić skórę i cieszyć się słońcem?

Wraz z nadejściem cieplejszych, wiosennych i letnich dni coraz więcej czasu spędza się na spacerach, w ogrodzie, podczas wyjazdów i aktywności na świeżym powietrzu, dlatego ochrona skóry przed promieniowaniem UV staje się ważnym elementem codziennej pielęgnacji. Właśnie wtedy kosmetyki do opalania przestają być wyłącznie dodatkiem do wakacyjnej torby, a zaczynają pełnić rolę świadomie wybieranego wsparcia, które pomaga ograniczać ryzyko oparzeń, fotostarzenia i dyskomfortu związanego z nadmierną ekspozycją na słońce.

Jak Cię widzą tak Ci płacą | Ranita Sobańska i Ela Lepianka

Ranita Sobańska w rozmowie z Elą Lepianką — kreatorką wizerunku, CEO Uneel i mentorką liderów — o tym:

– kiedy firmy zaczynają tracić pieniądze przez wizerunek
– jak niespójny wizerunek zespołu potrafi podważyć nawet najlepszy positioning
– co realnie blokuje liderów w zmianie: ego, brak świadomości czy strach przed oceną