Julia Chatys – Chcę Robić Wszystko Najlepiej

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Julia Trojanowska: Julio, jesteś aktorką teatralną, serialową, filmową i dubbingową, ale przewrotnie chciałabym zacząć od Twojej innej roli. Na See Bloggers prowadziłaś dwa panele dyskusyjne. To na pewno było wyzwanie.

Julia Chatys: Tak. Największym wyzwaniem było dla mnie odnalezienie się w roli osoby prowadzącej, szczególnie gdy bazą rozmowy był jedynie ogólny scenariusz. Zastanawiałam się, czy uda mi się zachować naturalność, płynność i swobodnie reagować na to, co pojawi się w trakcie rozmowy. Miałam też dwadzieścia kilka pytań pomocniczych, które miały pomóc mi prowadzić cały panel, nie przerywać gościom, a jednocześnie cały czas podążać w jednym kierunku. Myślałam, że zwariuję ze stresu. Nie zwariowałam. Na szczęście było to rozłożone na dwa dni – sobotę i niedzielę. Ale tak, to było przeżycie, które chętnie powtórzę.

 A czego dotyczyły panele?


Reklama

Bardzo ciekawych i aktualnych tematów: bycia autentycznym w świecie social mediów oraz radzenia sobie z krytyką i hejtem. To były bardzo ważne rozmowy. Mogłam poznać różne perspektywy, ale też prawdziwe historie, bo nasi goście opowiadali o swoim życiu. Niektóre z tych historii były naprawdę przerażające. Z publiczności również padały pytania – czasem bardzo kuriozalne i wręcz abstrakcyjne. Jedna pani opowiadała, że ktoś zgłosił jej konto, ponieważ pokazywała swoje dzieci. W sprawę byli zaangażowani nawet kurator i policja.

Naprawdę dziwne rzeczy dzieją się w przestrzeni internetowej. Cieszę się jednak, że mogłam poruszać ten temat, bo sama na szczęście nie doświadczyłam aż takiego hejtu. Mam nadzieję, że nie doświadczę, a jeśli już, to będę potrafiła sobie z nim poradzić.

To ważny głos, żeby się temu przeciwstawiać. Dobrze, że ten temat został poruszony. W ogóle tegoroczny See Bloggers był poświęcony samoakceptacji i pokazywaniu coraz bardziej prawdziwego oblicza. Zastanawialiśmy się, czy to jest dobre, czy złe, ale rozmawialiśmy też o tej nieprzyjaznej stronie świata mediów – o krytyce, hejcie i po prostu mowie nienawiści. Cieszę się, że mogłam poruszać tak ważne tematy, prowadzić te rozmowy i poznać ludzi, którzy opowiadali naprawdę skrajne historie. To jest trudne, kiedy ktoś źle życzy bliskim danej osoby albo w obrzydliwy sposób się o niej wypowiada tylko dlatego, że czuje się bezkarny za ekranem. To jest okropne i druzgocące. Jednocześnie taki był przekaz całego wydarzenia – żebyśmy o tym mówili, nie bali się, przeciwstawiali się temu i nie zgadzali się na takie zachowania. Poruszaliśmy też temat tego, jak sobie z hejtem radzić. Czy wchodzić w interakcję, czy ignorować, czy udać się do specjalisty – bo wszystko zależy od skali problemu.

To było dla mnie bardzo ważne doświadczenie. Zarówno od strony prowadzącej – tego, jak wygląda to technicznie – jak i od strony czysto ludzkiej. Towarzyszyło mi mnóstwo emocji. I to jeszcze w takiej pigułce, bo mieliśmy dosłownie 45 minut. W każdym panelu brało udział około pięciu–siedmiu osób, a każdemu trzeba było poświęcić mniej więcej tyle samo uwagi. To również było bardzo trudne do zrealizowania. Trzeba było żonglować czasem i odpowiednio prowadzić rozmowę oraz pytania, żeby całość przebiegała płynnie.

Powiedziałaś, że jeden z paneli dotyczył autentyczności w social mediach. Jesteś aktorką, ale prowadzisz też swoje media społecznościowe. Mam wrażenie, że to już taki nieodłączny element funkcjonowania w świecie mediów.

Teraz już tak. W świecie filmu, teatru czy telewizji naprawdę trudno już znaleźć osobę, która w ogóle nie łączy internetu ze swoim zawodem. To już taki nieodłączny element naszej pracy.

Wydaje mi się, że zdarzają się nawet osoby odpowiedzialne za castingi, które wymagają posiadania social mediów.

Tak, to się często zdarza. Producenci zazwyczaj proszą o podanie konkretnych statystyk.

Chciałam zapytać właśnie o twoją perspektywę. Prowadzisz swoje social media, prowadziłaś też panel dotyczący autentyczności. Mam wrażenie, że emanujesz bardzo pozytywną energią i jesteś osobą autentyczną, która nie boi się mówić tego, co myśli. Jak to wygląda na twoim profilu?

Lubię pokazywać dużo swojej pracy, ale nie tylko wtedy, kiedy jestem wymuskana i „idealna”. Pokazuję się taką, jaka po prostu jestem. Kiedy wchodzę do studia, jestem w bluzie, w okularach, zakładam słuchawki. Albo kiedy jestem na rolkach, na spacerze czy z mamą. Raczej płynnie przeplatam świat zawodowy z prywatnym, codziennym. I to mi pasuje, bo to po prostu jestem ja. Właściwie na moim profilu można zobaczyć mnie w różnych wersjach – czy się to komuś podoba, czy nie, ale taka właśnie jestem.

Tak jak mówisz, pokazuję się jako osoba otwarta i bezpośrednia. Nawet nie wiem, jak miałoby to wyglądać inaczej. Oczywiście są tematy, których nie poruszam, bo po prostu nie potrzebuję dokładać sobie dodatkowego ognia. Natomiast cenne jest dla mnie pokazanie, że jestem naturalna. Nie chcę używać słowa „normalna”, bo każdy jest normalny na swój sposób. Po prostu jestem sobą, w swoim naturalnym środowisku. Nie wyobrażam sobie, żeby wszystko było perfekcyjne. Nie wyobrażam sobie, że zawsze musiałabym wyglądać tak jak dzisiaj – elegancko ubrana, umalowana, z ułożonymi włosami. Kiedy idę do pracy, na próbę czy do studia albo wychodzę ze znajomymi na spacer, przecież tak nie wyglądam. Nikt na co dzień tak nie funkcjonuje, więc dlaczego ja miałabym?

Myślę, że warto pokazywać taki naturalny wygląd i sposób bycia, a także nimi zarażać. Wydaje mi się, że już sam wygląd bardzo wpływa na to, jak jesteśmy odbierani przez innych. Mamy media po to, żeby ludzie mogli z nich czerpać i wybierać to, co im odpowiada, a co nie. Dlaczego więc nie pokazywać siebie w takiej wersji, którą ja akceptuję i z którą dobrze się czuję? Gdybym robiła to inaczej, byłoby mi po prostu niekomfortowo. Czułabym, że coś mnie uwiera. A nie lubię, kiedy coś mnie uwiera.

Mam wrażenie, że odbiorcy coraz częściej wyczuwają taki fałsz w social mediach.

Ja też zauważyłam, że coraz bardziej stawiamy na naturalność, bo widzowie tego od nas oczekują. Tak jak powiedziałaś – zauważają fałsz i bardzo im się to nie podoba. Potrafią wychwycić nawet drobne niuanse sztuczności czy nieautentyczności. Oczywiście wszystko zależy od perspektywy. Dla kogoś coś będzie fałszem, a dla mnie będzie prawdą. To jest też trochę tak, że ludziom wydaje się, że już nas dobrze znają. A człowiek przecież się zmienia. Zmienia się nasze podejście do życia, do siebie i do innych.

Powiedziałaś, że na szczęście nie doświadczyłaś hejtu w internecie. Zastanawiam się jednak, czy był taki moment, odkąd zaczęłaś aktywnie działać w social mediach, w którym poczułaś, że jakaś twoja granica została przekroczona. Może nie był to hejt, ale coś sprawiło, że poczułaś dyskomfort. Czy do tej pory social media są dla ciebie takim bezpiecznym miejscem?

Dziwne jest to, że ludzie zwracają uwagę na… stopy (śmiech). To brzmi głupio, ale naprawdę tak jest. To jest dla mnie bardzo śmieszne i nigdy nie wiem, co na takie komentarze odpowiedzieć. Bardzo bawią mnie też komentarze, kiedy ludzie myślą, że jestem swoją postacią z serialu. Że to jest moje prawdziwe życie, że serialowy mąż jest moim prawdziwym mężem.

A czy jest coś, co przeszkadza mi w tym, co publikuję? Nie, nie mam czegoś takiego. W ogóle lubię mieszać treści. Tak jak zrobiłam podsumowanie See Bloggers – był tam miks tego, co się działo, z kim się spotkałam i co robiłam, a do tego dorzuciłam zdjęcie z domu z książką, którą dostałam właśnie na See Bloggers – „Odwaga bycia nielubianym”. Polecam, bardzo dobra pozycja. I to jest właśnie dla mnie takie moje. Taki miszmasz. Nie czuję, żeby mój feed musiał wyglądać bardzo czysto i idealnie. Były takie próby – nazwijmy to – bardzo „beauty”. Do pewnego momentu to się sprawdzało, ale później poczułam, że trzeba to trochę przełamać, pomieszać. I to mi zdecydowanie bardziej odpowiada. Ale żeby nie było – bardzo lubię też takie beauty wersje. Tylko one pojawiają się wtedy, kiedy są potrzebne. Wiele rzeczy robię po prostu dlatego, że pasują do konkretnej sytuacji.

Zaczęłyśmy od twojej nowej roli, czyli prowadzenia paneli na See Bloggers, i od twojej działalności w social mediach. Ale przede wszystkim jesteś aktorką i to aktorką z ogromnym doświadczeniem. Powiedziałyśmy już, że media społecznościowe mocno zrosły się z branżą filmową i kreatywną. Czy z twojej perspektywy ta branża bardzo zmieniła się przez lata, odkąd w niej działasz? Czy mechanizmy pozostały takie same?

Przede wszystkim zmieniło się to, że zanim zostanę zaproszona na casting, muszę nagrać self-tape. Self-tape’y bardzo mocno weszły do naszego świata i na stałe się w nim zakorzeniły. Dzisiaj to właściwie pierwszy etap ubiegania się o rolę. Praktycznie nie ma już możliwości, żeby ktoś zaprosił cię na casting bez wcześniejszego nagrania. Dopiero kiedy przejdziesz ten pierwszy etap kwalifikacji, możesz liczyć na kolejne spotkanie. To jest trudna forma, bo nagrywasz scenę i właściwie sama decydujesz: „Dobra, to było okej”. Osoba, która ci partneruje, może powiedzieć: „Jula, to było spoko”, ale tak naprawdę nie wiesz, czy właśnie tego szukają osoby odpowiedzialne za casting. Gdybyśmy spotykali się na żywo, ktoś mógłby zareagować, poprowadzić cię i coś podpowiedzieć. Przy self-tape’ach tego nie ma, więc to zawsze jest trochę pięćdziesiąt na pięćdziesiąt. To chyba największa zmiana.

Druga kwestia to właśnie media społecznościowe. Przy niektórych rolach liczy się też siła twojego Instagrama, liczba wyświetleń czy statystyki. To nie jest żadna tajemnica. Wydaje mi się nawet, że to naturalny mechanizm, bo produkcjom zależy na dotarciu do jak najszerszego grona odbiorców. Rozumiem to – dzięki temu zdobywają nowych widzów. A z takich technicznych zmian na planie, których jeszcze sama nie doświadczyłam, ale mam nadzieję, że kiedyś doświadczę, pojawiła się funkcja koordynatora intymności.

A jeżeli chodzi o tempo pracy? Mam wrażenie, że wszyscy o tym mówią – i zresztą sami tego doświadczamy – że tempo życia się zmienia. Pracujemy więcej, intensywniej i szybciej. Czy w branży filmowej odczuwasz to samo? Czy tempo pracy również się zmieniło i czy ma to wpływ na jakość?

Na pewno tak. Zrozumiałam to dopiero po latach pracy na planie i przy serialach. Dobrze byłoby, gdyby każdy dubel był od razu dobry, bo niestety nie ma już czasu na wielokrotne powtórki. Trzeba zrobić jak najlepiej i jak najwięcej, bo goni nas czas – termin emisji, harmonogram produkcji, a także zobowiązania zawodowe innych ludzi. Myślę, że kiedyś samo pójście na plan, na próbę czy do studia nagraniowego było czymś wyjątkowym. A teraz, mówię to z własnego doświadczenia, zdarza się, że jednego dnia mam trzy studia nagraniowe i jeszcze kilka spraw do załatwienia. Następnego dnia mam próbę i dwa kolejne nagrania, a kolejnego – plan zdjęciowy. I nagle myślę sobie: „Kurczę, jeszcze bym coś zrobiła”. To jest niewiarygodne, bo kiedyś taki grafik rozkładał się na cały tydzień. Teraz, przy takiej liczbie projektów, doba jakby się skurczyła i tego wszystkiego jest naprawdę dużo.

Mam też w sobie coś takiego, że bardzo chcę robić wszystko jak najlepiej. Czasami jednak nie ma możliwości powtórzenia sceny i muszę zaufać, że wyszło dobrze. Uczę się też akceptować własne błędy. Cały czas nad tym pracuję. Jeśli na piętnaście scen dwanaście wyszło naprawdę dobrze, a trzy po prostu dobrze, to i tak powinno być w porządku. A ja i tak mam w głowie: „Mogłam zrobić to lepiej”. To ciągle we mnie jest. Ale przy takiej liczbie obowiązków człowiek w pewnym momencie się eksploatuje. Ma określoną wydolność i tych błędów siłą rzeczy pojawia się więcej. I znowu wracamy do tego samego – do przyzwolenia sobie na błąd. Ja cały czas się tego uczę.

Jesteś wobec siebie bardzo krytyczna?

Bardzo. I chyba to się szybko nie zmieni.

Jak sobie z tym radzisz?

W ogóle sobie z tym nie radzę. Zaczęłam czytać *Odwagę bycia nielubianym*. Może ta książka mi pomoże. Ona jest też o akceptacji. A tak serio – lubię sobie wszystko później przeanalizować, jeśli coś mi nie wyjdzie. Bardzo dużo rzeczy analizuję. Naszą rozmowę też zacznę analizować – zastanawiać się, czy dobrze odpowiedziałam, czy powiedziałam wszystko, a może mogłam ująć coś inaczej. Mam wrażenie, że z każdym dniem jest coraz gorzej (śmiech). Powinno być odwrotnie – powinnam trochę bardziej odpuszczać.

Z drugiej strony to ma też swoje dobre strony, bo cały czas dążę do rozwoju i do tego, żeby wskakiwać na kolejny poziom. To jest rozwijające, ale jednocześnie trzeba uważać na tego wewnętrznego krytyka. Oczywiście pokora jest w tym najważniejsza, ale nie można dać się zwariować. Trzeba też mierzyć siły na zamiary. Ja wszystko przeżywam. Zawsze analizuję wszystko kilka razy i zawsze uważam, że mogłam zrobić coś lepiej. Mało tego – jeśli ktoś powie: „Było super, ale tutaj można było jeszcze coś poprawić”, to ja od razu myślę: „Czyli mogłam zrobić to inaczej”. Zupełnie pomijam to, że wcześniej usłyszałam: „Było super”.

A był jakiś projekt, przy którym twój wewnętrzny krytyk się nie odezwał? Taki, po którym od początku do końca miałaś poczucie, że zrobiłaś wszystko najlepiej, jak potrafiłaś?

Chyba przy niektórych produkcjach dubbingowych. Nie wiem, czy nie było tak przy „Lilo i Stitch”. Chociaż kiedy poszłam do kina na premierę, pomyślałam: „O, to tak to brzmiało? Wydawało mi się, że nagrałam to trochę inaczej”. Ale rzeczywiście ta przestrzeń audio bardzo mnie uspokaja. Zamykam się w studiu, odcinam od wszystkiego. Nikt na mnie nie patrzy. Jestem tylko ja i mikrofon. Tak, chyba właśnie „Lilo i Stitch” było takim projektem, przy którym najmniej się siebie czepiałam. Podobnie było z serialem „Ironheart” Marvela. Tam też się trochę biczowałam, ale kiedy później tego słuchałam, pomyślałam: „No, całkiem nieźle”.

Czy dubbing jest właśnie przestrzenią, w której czujesz się najbardziej swobodnie?

Chyba powiedziałabym, że czuję się tam inaczej. Nie wiem, czy w stu procentach swobodnie, bo są też projekty, z którymi naprawdę się zmagam. Czasami trudno jest mi zagrać daną postać. Zdarza się, że któregoś dnia nie mogę jej złapać, nawet jeśli już wcześniej ją grałam. Coś zapomnę, coś nie idzie. Wtedy bardzo się na siebie denerwuję. Muszę wziąć dwa głębokie oddechy i jeszcze raz nagrać te kwestie. Ale jest w tym coś tajemniczego. Wchodzisz do studia, za szybą siedzą reżyser i realizator, a w swojej – jak ja to mówię – „kajucie” jesteś tylko ty i mikrofon. Zakładasz słuchawki. Ja zawsze proszę, żeby zgasić światło. Mam przed sobą monitor i zaczynam grać.

Jak w ogóle przygotowujesz się do roli dubbingowej? Kiedy przygotowujesz się do roli na planie filmowym, masz czas, żeby poznać postać, wejść w jej świat, dowiedzieć się o niej więcej… A jeżeli to jest dubbing i pracujesz właściwie tylko jednym środkiem wyrazu, czyli głosem, to jak wygląda przygotowanie do takiej roli?

Do roli Riri Williams w „Ironheart” przygotowywałam się w ten sposób, że obejrzałam wszystkie produkcje Marvela. Niektóre części są mi bliższe, inne trochę mniej, ale musiałam zrozumieć, kim jest Riri, skąd się wzięła i dlaczego pojawia się właśnie w tym miejscu historii. Kilkukrotnie oglądałam „Czarną Panterę: Wakanda w moim sercu”, bo właśnie tam po raz pierwszy pojawia się moja bohaterka. Oczywiście wcześniej nie widzę materiałów z produkcji, którą będę dubbingować. Mogę obejrzeć tylko wcześniejsze filmy czy odsłony. Natomiast już w studiu, zanim nagrałam każdą scenę, oglądałam ją dwa lub trzy razy. Potem było pierwsze podejście, drugie, szybka analiza i nagrywaliśmy dalej. Przy serialu było już łatwiej, bo wcześniej zrobiłam filmową część tej historii.

Natomiast jeśli mówimy o serialach audio, to przygotowanie wygląda właściwie tak samo jak do roli filmowej. Dostaję scenariusz, czytam go od początku do końca i zastanawiam się, kim jest moja bohaterka. Już podczas lektury wyobrażam sobie, jak wygląda, jak się zachowuje i jak myśli. W ogóle nie myślę wtedy głosem. Myślę całą sobą. Tak jakbym miała zagrać tę postać na planie, a nie przed mikrofonem. Zastanawiam się, jak bym ją przedstawiła. Potem wchodzę do studia i albo gram sama, albo z partnerem. I po prostu działamy. Na przykład przy serialu „SuperNova” dla Audioteki miałam przyjemność grać między innymi z Janem Fryczem. Przy „Last Night” grałam z Piotrem Polakiem. Miałam też przyjemność pracować z Jackiem Borcuchem przy „Terapeucie”, którego Jacek również reżyserował. To są fantastyczne spotkania. Zawsze po takich projektach mam poczucie, że chciałabym jeszcze raz. To jest trochę jak praca na planie, tylko szybciej, bo sesji jest mniej. Sama praca pozostaje jednak taka sama – analiza postaci i siebie w tej postaci. Nic się nie zmienia. Zawsze mówię, że jedyna różnica polega na tym, że nie widać mojej twarzy.

A jesteś teraz w jakimś procesie twórczym?

Tak. Zaraz zaczynam nowe projekty dubbingowe, ale w tej chwili jestem przede wszystkim w trakcie prób do spektaklu „Zakonnice w przebraniu”. To będzie bardzo przyjemna komedia. Reżyseruje Wojtek Błach i właśnie nad tym teraz pracujemy. Pierwszy spektakl zagramy 26 sierpnia, a drugi odbędzie się 2 września w Scenie Relax.

A teatr to też jest dla ciebie taka szczególna przestrzeń? Lubisz przeskakiwać między planem zdjęciowym, sceną teatralną i dubbingiem?

Bardzo. Pamiętam, że kiedy miałam niecałe dwanaście lat, grałam w spektaklu „Dziecko w krainie muzyki”. Grałam dziewczynkę, która poszukuje odpowiedzi na różne pytania i trafia do niezwykłej krainy muzyki, gdzie spotyka wielu bohaterów. To było niesamowite doświadczenie. Występowałam u boku Olafa Lubaszenki, Dominiki Ostałowskiej czy Ireny Santor. Dla mnie byli wtedy trochę jak ciocie i wujkowie. Przy okazji odkrywałam kolejne sceny teatralne. Graliśmy w Teatrze Dramatycznym, w Sali Kongresowej, jeździliśmy też po innych miastach. Dlatego powrót do teatru po latach był dla mnie czymś wyjątkowym. Tak naprawdę z teatrem na nowo połączyłam się jakieś cztery lata temu.

Swoje pierwsze kroki stawiałaś właśnie na scenie teatralnej, prawda?

Tak naprawdę mój pierwszy epizod był przed kamerą. Miałam siedem lat, czyli to było prawie dwadzieścia trzy lata temu. To była reklama margaryny. Kiedy miałam dziewięć lat, zagrałam w filmie dyplomowym Karoliny Bielawskiej „Koniec lata”. Potem, gdy miałam dziesięć lat, pojawił się teatr.

Mam wrażenie, że ta branża nie ma już przed tobą żadnych tajemnic.

Na pewno ma jeszcze jakieś ciemne zakamarki, o których nie wiem. Ale może kiedyś się dowiem. Zawsze zostaje jakaś tajemnica. Poza tym, co to byłaby za frajda, gdybyśmy wszystko wiedzieli? To też nawiązanie do wewnętrznego krytyka. Nawet jeśli przy jakimś projekcie wydaje mi się, że już to mam, mogę działać to i tak zawsze znajdzie się jakiś element który mnie zaskoczy. I dobrze, bo inaczej nie byłoby już tej radości z odkrywania. Lepiej wiedzieć mniej i cały czas coś eksplorować.

A czy są jeszcze jakieś wyzwania, których przez te dwadzieścia trzy lata kariery nie miałaś okazji doświadczyć, a bardzo chciałabyś je dopisać do swojego portfolio?

Film. Pełnometrażowy film jako dorosła aktorka. Kiedy byłam dzieckiem, nastolatką, a później jeszcze chwilę po studiach, grałam już w produkcjach pełnometrażowych. Teraz chciałabym spełnić swoje marzenie i dostać rolę, która byłaby prawdziwym aktorskim rollercoasterem. Taką, o jakiej nawet mi się nie śniło. 

Bardzo bym tego chciała. Już sama myśl o tym sprawia mi ogromną radość, bo często wyobrażam sobie, jak wyglądałby mój wymarzony plan filmowy. Bardzo chciałabym też jeszcze raz zagrać Ofelię z Hamleta, już jako dorosła kobieta. To była moja rola dyplomowa – spektakl „4xHamlet”. Wtedy bardzo to przeżywałam. Chciałabym zmierzyć się z tą postacią jeszcze raz, ale już z innym doświadczeniem.

Fot. Katarzyna Ewa Żak

Reklama