Anna Próchniak – Aktorstwo to Sztuka Spotkania

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Karolina Ciesielska: Moim gościem jest Anna Próchniak – jedna z najciekawszych polskich aktorek, która zdobyła uznanie nie tylko na rodzimym rynku filmowym, ale coraz śmielej zaznacza swoją obecność także na arenie międzynarodowej. Całkiem niedawno wróciłaś z premiery dużej francuskiej produkcji. Co to za film?

Anna Próchniak: To Les Rayons et les Ombres (polski tytuł: Blaski i Cienie) w reżyserii Xaviera Giannoliego – twórcy między innymi obsypanych Cezarami Straconych złudzeń. W głównych rolach występują Jean Dujardin, August Diehl oraz Nastia Golubeva-Carax, córka Leosa Caraxa, dla której jest to pierwsza tak duża rola filmowa. Ja wcielam się w postać Lydii Rogers – gwiazdy paryskiego kabaretu i femme fatale.

To kostiumowa produkcja, której akcja rozgrywa się na przestrzeni kilkudziesięciu lat, choć osadzona jest przede wszystkim w Paryżu lat czterdziestych. Pełna niuansów opowieść o kolaborantach – przedstawicielach paryskich elit współpracujących z nazistami. Giannoli przygląda się swoim bohaterom z ogromną ciekawością, ale też niepokojem, unikając prostych ocen. Dzięki temu film wybrzmiewa bardzo współcześnie, wiele pytań, które stawia, pozostaje dziś zaskakująco aktualnych.


Reklama

Nie jest to jednak mój pierwszy francuski film. Pierwszą międzynarodową produkcją, która otworzyła mi drzwi do kolejnych projektów, były Niewinne – francusko-polska koprodukcja w reżyserii Anne Fontaine. To było już dwanaście lat temu… Le temps passe vite!

Karolina Ciesielska: Czyli Francja cały czas do ciebie wraca.

Anna Próchniak: Tak. Niewinne miały premierę na festiwalu Sundance, znalazły się w konkursie głównym i zebrały bardzo dobre recenzje za granicą. W Polsce, mam wrażenie, zostały przyjęte nieco bardziej powściągliwie. To jednak film, który jest dla mnie ważny i który na różnych etapach mojego życia zawodowego wracał do mnie wielokrotnie. Wielu ludzi, których spotykałam na zagranicznych planach, nawiązywało do Niewinnych, więc mam poczucie, że ta historia rzeczywiście zatacza koło.

Bardzo mnie to cieszy. Dzięki temu mogę pracować na planach różnych europejskich produkcji, a czasem także poza Europą. Bardzo cenię twórców, których przez te lata poznałam, i jestem wdzięczna za możliwość pracy z nimi. Kino francuskie pozostaje jednak szczególnie bliskie mojemu sercu.

Karolina Ciesielska: Świat cały czas bardzo ceni kino francuskie. Mówi się nawet – choć pewnie nie dotyczy to wszystkich filmów – że francuskie produkcje są często „bezkarnie bogate”. W tym przypadku budżet również był imponujący – ponad 30 milionów euro. To na pewno wpływało na twoją pracę. Jak pracowało ci się przy tak dużej produkcji i z tak rozbudowanymi scenografiami?

Anna Próchniak: Miałam szczęście pracować przy wielu produkcjach z dużymi budżetami, więc wiem, jak ogromny wpływ mają one na komfort pracy całej ekipy.

W przypadku tego filmu rzeczywiście dysponowaliśmy budżetem przekraczającym 30 milionów euro. Dzięki temu mogliśmy kręcić w samym Paryżu, co wcale nie jest oczywiste. To bardzo wymagające logistycznie miasto – nie ma miejsca na zaplecze techniczne czy kampery dla aktorów, więc często trzeba wynajmować hotele i organizować całą produkcję w zupełnie inny sposób.

Kręciliśmy między innymi na Champs-Élysées oraz w historycznych budynkach, do których na co dzień nie ma dostępu. Pracowaliśmy także w opuszczonych posiadłościach i zamkach pod Paryżem. To miejsca o niezwykłej historii, których właściciele często udostępniają je filmowcom, bo ich utrzymanie i renowacja są ogromnym wyzwaniem.

Niedawno, podczas festiwalu filmowego przy okazji Pojedynku, rozmawiałam z Dianą Dąbrowską o tym, czym dziś właściwie jest scenografia i jak rozwój technologii, w tym AI, może wpłynąć na pracę aktorów. Pomyślałam wtedy, że miałam naprawdę dużo szczęścia. Wielokrotnie pracowałam w przestrzeniach, które były autentyczne albo z niezwykłą precyzją odtworzone. To daje aktorowi ogromną swobodę – wystarczy wejść do takiej przestrzeni i ona natychmiast uruchamia wyobraźnię. Scenografowie fundują nam taki rodzaj teleportu.

Podobnie jest z kostiumami. W tym filmie wiele z nich było autentycznych albo szytych specjalnie dla nas na podstawie historycznych wzorów. To niezwykłe uczucie nosić ubrania, które niczego nie udają. One po prostu należą do świata opowieści i bardzo pomagają w budowaniu postaci.

Karolina Ciesielska: A czy pomaga granie u boku laureata Oscara, Jeana Dujardina, który przecież otrzymał tę nagrodę za Artystę? Czy praca z nim i obserwowanie go na planie czegoś uczy?

Anna Próchniak: Zdecydowanie. Pamiętam, jak oglądałam Artystę w kinie w 2012. Ten film zrobił na mnie ogromne wrażenie i nigdy nie przypuszczałam, że kiedyś spotkam Jeana na planie.

Miałam już okazję pracować z wybitnymi twórcami i aktorami z Europy czy Stanów Zjednoczonych, ale to spotkanie i było dla mnie szczególnie wyjątkowe. Zwłaszcza że miałam grać po francusku. Jean jest Francuzem, a dla mnie nie jest to język, którym posługuję się swobodnie. Na co dzień pracuję głównie po angielsku albo po polsku. Francuskiego uczyłam się pare lat i między innymi dzięki tym podstawom dostałam tę rolę, ale mimo wszystko było to dla mnie spore wyzwanie.

Praca z Jeanem okazała się fascynującym doświadczeniem. Uwielbiam obserwować moich partnerów filmowych, a on jest niezwykłym perfekcjonistą. Sama również mam w sobie rys perfekcjonizmu, więc w wielu jego zachowaniach odnajdywałam coś bardzo znajomego. Równie ciekawa była dla mnie dynamika między nim a reżyserem Xavierem Giannolim. Miałam wrażenie, że porozumiewają się niemal bez słów i doskonale rozumieją swój sposób pracy.

Fascynowało mnie obserwowanie kolejnych dubli. Jean operuje pauzą i bardzo subtelnymi zmianami, które ostatecznie robią ogromną różnicę. Czasem wystarczyło nieco inne spojrzenie, minimalnie zmienione tempo albo ledwie zauważalny grymas twarzy, żeby scena nabrała zupełnie innego znaczenia. Mam poczucie, że jest aktorem niezwykle precyzyjnym i technicznym, ale jednocześnie cała ta technika pozostaje w służbie emocji. To imponujący warsztat.

Poza tym jest fantastycznym partnerem – profesjonalnym, uważnym, inteligentnym i obdarzonym świetnym poczuciem humoru. To było doświadczenie, z którego naprawdę wiele wyniosłam, ale też po prostu ogromna przyjemność.

Karolina Ciesielska: Zostańmy jeszcze na chwilę przy tym planie. Często słyszy się, zwłaszcza w kontekście kina francuskiego, że dużą rolę odgrywa w nim improwizacja. Czy w tym przypadku również tak było?

Anna Próchniak: Tak i było jej naprawdę dużo. Xavier powiedział mi o tym już podczas naszej pierwszej rozmowy, kiedy zaproponował mi rolę. Byłam wtedy w Szkocji, na planie poprzedniego projektu. Rozmawialiśmy przez FaceTime, a on pokazywał mi magazyny kostiumów, moodboardy i przygotowania do filmu.

Pod koniec rozmowy Xavier powiedział: „Napisałem scenariusz, ale się nim nie przejmuj, bo i tak wszystko będziemy zmieniać na bieżąco”. Przyznam, że trochę mnie to przeraziło – od razu odezwał się mój perfekcjonizm. Czym innym jest improwizować w języku, który zna się bardzo dobrze, a czym innym w takim, w którym nie czuje się jeszcze jak ryba w wodzie. Xavier rzeczywiście często przepisywał sceny i zachęcał nas do improwizacji. Na początku było to dla mnie bardzo trudne. Samo wejście na nowy plan jest za każdym razem wyzwaniem, a tutaj dochodził jeszcze język. Pracowałam z coachem językowym, Alice Cavillan, która pomagała również Augustowi Diehlowi. Bardzo zależało mi na tym, żeby najpierw dobrze opanować tekst i poczuć się pewnie. Ale już po jakimś czasie, kiedy poczułam się pewniej, zaczęłam pytać, czy mogę coś dopowiedzieć, coś zmienić, bardziej pobawić się sceną.

To był proces zanurzania się w języku. Kiedy mieszkasz w Paryżu, francuski otacza cię przez cały dzień – na ulicy, na planie, w rozmowach z ekipą. Z każdym dniem coraz bardziej się osłuchiwałam, coraz więcej sobie przypominałam. Zdjęcia trwały kilka miesięcy, więc mogłam pozwolić sobie na ten proces.

Dziś jestem z siebie naprawdę dumna, że udało mi się przez to przejść. Mam jednak w sobie coś z tancerki – zostało mi przekonanie, że pewne rzeczy po prostu trzeba wypracować. Nie wszystko przychodzi od razu.

Karolina Ciesielska: Właśnie chciałam o to zapytać. U ciebie dyscyplina i przygotowanie są chyba bardziej naturalne niż improwizacja. Ale doświadczenie baletowe mogłaś tutaj jednak wykorzystać.

Anna Próchniak: Myślę, że tak. Balet nauczył mnie dyscypliny i dążenia do perfekcji. Jest choreografia, którą trzeba wykonać jak najlepiej. Ale nauczył mnie też czegoś równie ważnego – że każde trudne zadanie można rozłożyć na mniejsze elementy i cierpliwie je przepracowywać. Jako dziecko właściwie nigdy nie kwestionowałam wyzwań, które przede mną stawiano. Po prostu je podejmowałam. Tutaj takim wyzwaniem było improwizowanie w języku, którym nie posługuję się biegle. Wiedziałam, że potrzebuję czasu, ale też wierzyłam, że znajdę własny sposób, żeby się w tym odnaleźć.

Karolina Ciesielska: Natomiast balet na pewno ci się tam przydał, bo grałaś tancerkę i mogłaś wykorzystać to, że właściwie wychowałaś się w tańcu.

Anna Próchniak: Tak, absolutnie. Od dawna marzyłam o tym, żeby zagrać tancerkę. Moja bohaterka jest gwiazdą paryskiego kabaretu i choć samych scen tanecznych nie ma wiele, były one dla mnie wyjątkową przyjemnością.

Na planie pracowałam z artystkami zajmującymi się tańcem kabaretowym i burleską. To były kobiety z bardzo różnych środowisk i o bardzo różnych doświadczeniach. Jedna z nich, podobnie jak ja, przez wiele lat trenowała balet, a dziś zajmuje się wyłącznie burleską. Opowiadała mi o tym, jak bardzo zmieniła się jej relacja z własnym ciałem.

Karolina Ciesielska: To ciekawe przejście. W balecie ciało jest zdyscyplinowane, a w burlesce – jakby uwolnione.

Anna Próchniak: Tak. W balecie ciało podlega bardzo rygorystycznym zasadom. Ma być perfekcyjne, szczupłe, zdyscyplinowane i podporządkowane określonej estetyce. Burleska wydaje mi się jej przeciwieństwem. To celebracja kobiecości, wolności i różnorodności. Ciało nie musi odpowiadać żadnemu wzorcowi – jest wystarczające i piękne takie, jakie jest. Bardzo poruszyło mnie to podejście.

Pamiętam też, że nie miałam wtedy właściwie czasu na przestawienie się z jednej produkcji na drugą. Wróciłam ze Szkocji, zostawiłam jedną walizkę, spakowałam drugą i pojechałam do Paryża. Pracę zaczęliśmy od prób tanecznych i to okazało się dla mnie idealnym sposobem wejścia w nową rolę.

Ja zawsze zaczynam budowanie postaci od ciała. To dla mnie fundament pracy aktorskiej. Równolegle odbywały się przymiarki kostiumów, więc miałam czas, żeby odkrywać tę postać właśnie poprzez ruch i kostium. To był ogromny komfort. Mogłam spokojnie „wylądować” w nowym świecie. Najpierw oswoiłam ciało bohaterki, a dopiero później jej język. To bardzo mi pomogło.

Karolina Ciesielska: W którym momencie pojawiło się aktorstwo?

Anna Próchniak: W liceum trafiłam do klasy dziennikarsko-teatralnej. Przygotowywaliśmy spektakle, pracowaliśmy nad prozą i wierszem, mieliśmy też zajęcia z aktorami teatralnymi. W pewnym sensie był to już wstęp do egzaminów do szkoły aktorskiej.

Mimo to po maturze wybrałam Wydział Teatru Tańca. Taniec nadal był dla mnie niezwykle ważny, ale w trakcie studiów zaczęłam szukać czegoś więcej. Fascynował mnie teatr fizyczny, zwłaszcza zespoły z Niderlandów, takie jak DV8. Interesowało mnie łączenie różnych środków wyrazu – ruchu, głosu i aktorstwa. Nie chciałam wybierać jednej dyscypliny. Pociągało mnie myślenie o performerze jako o artyście, który swobodnie porusza się między nimi.

To były bardzo inspirujące studia. Mieliśmy zajęcia między innymi z Barbarą Hanicką, oglądaliśmy spektakle Krzysztofa Warlikowskiego, Grzegorza Jarzyny, performance Mariny Abramović i wielu innych twórców teatru fizycznego – wielu z nich przyjeżdżało poźniej prowadzić z nami warsztaty. Jednocześnie pracowaliśmy z Janem Peszkiem, Jerzym Stuhrem, Jerzym Święchem czy Grzegorzem Mielczarkiem. 

I to właśnie zajęcia z Janem Peszkiem okazały się dla mnie przełomowe. W jego pracy fascynowało mnie to, jak naturalnie łączył różne tradycje teatralne i jak ogromną wagę przywiązywał do ciała. Jego wieloletnie doświadczenia związane z pracą w Japonii i fascynacja teatrem Butoh oraz teatrem fizycznym były w tym bardzo wyraźnie obecne, podobnie jak w jego monodramach opartych na tekstach Bogusława Schaeffera.

Fascynowało mnie to, że w jego sposobie myślenia o aktorstwie ciało jest równie ważnym narzędziem jak słowo. Nigdy nie zamykał się w jednej definicji aktora. Pokazywał, że można czerpać z różnych dziedzin i budować własny język.

Wtedy pomyślałam: „A może jednak filmówka?”. Zostałam przyjęta do Szkoły Filmowej w Łodzi na drugi rok wydziału aktorskiego. Początki nie były łatwe, bo dołączyłam do grupy, która znała się już od roku, ale bardzo szybko poczułam, że podjęłam właściwą decyzję.

Karolina Ciesielska: To brzmi jak droga marzeń.

Anna Próchniak: Tak, ale to jest też droga, na której trzeba uważnie słuchać intuicji i tego, co dzieje się wokół. Korzystać z okazji, które się pojawiają, i mieć odwagę podejmować wyzwania. Bardzo wiele rzeczy w moim życiu wydarzyło się właśnie dlatego, że powiedziałam „tak” w odpowiednim momencie. 

Karolina Ciesielska: Ale ty tej pierwszej okazji właściwie nie chciałaś wykorzystać. Z tego, co wiem, Filip Marczewski zaciągnął cię na casting do Bez wstydu.

Anna Próchniak: Właśnie tak było. Dopiero co trafiłam do filmówki. Wiedziałam, że pierwsze lata studiów właściwie nie wolno było nam grać ani w filmach, ani w telewizji. Z tego co wiem dziś szkoły podchodzą do tego trochę bardziej elastycznie, bo wszyscy wiedzą, że zawodu aktora nie da się nauczyć wyłącznie na uczelni.

Pamiętam, że siedziałam na korytarzu między zajęciami. Obok trwały castingi do Bez wstydu Filipa Marczewskiego, który przygotowywał swój debiutancki film. Filip kilka razy wychodził z sali, aż w końcu zapytał, czy nie chciałabym spróbować. Odpowiedziałam, że przecież nie powinnam, bo jestem dopiero na drugim roku. A on powiedział tylko: „Wejdź i zobaczmy co będzie”.

Weszłam na casting. Potem dostałam zaproszenie na kolejny etap w Warszawie, a ostatecznie rolę. To było dla mnie bardzo ważne potwierdzenie, że decyzja o zmianie szkoły była słuszna.

Jakiś czas później rozpoczęły się castingi do Miasta 44 Jana Komasy. Dostałam rolę po wieloetapowych, trwających kilka miesięcy zdjęciach próbnych, ale sam film ostatecznie powstał dopiero dwa lata później.

Karolina Ciesielska: Początkowo miałaś zagrać inną rolę.

Anna Próchniak: Tak. Początkowo miałam zagrać Biedronkę i zaczęłam już przygotowania. Scenariusz towarzyszył mi przez bardzo długi czas. W międzyczasie zrezygnowałam z kilku innych propozycji, a potem, kiedy okazało się, że zdjęcia zostają przesunięte o rok. Rok później historia się powtórzyła. W międzyczasie zmieniła się obsada, ewoluował także scenariusz i ostatecznie Janek zaproponował mi rolę Kamy. Dziś myślę, że tak właśnie miało być. Czasem trzeba po prostu zaufać procesowi.

Karolina Ciesielska: Mam wrażenie, że Miasto 44 przyniosło ci największą rozpoznawalność w Polsce. Czujesz się rozpoznawalną aktorką?

Anna Próchniak: Szczerze mówiąc, nie zastanawiam się nad tym zbyt często. Bardziej zaskakuje mnie to, że bywam rozpoznawana w Londynie. Zdarza się, że ktoś zaczepia mnie na ulicy albo rozpoznaje na lotnisku czy w kawiarni. To zawsze jest dla mnie trochę surrealistyczne ale też bardzo miłe!

Myślę, że wynika to z tego, że przez ostatnie lata sporo pracowałam w Wielkiej Brytanii. Oprócz Tatuażysty z Auschwitz zagrałam w produkcjach BBC i Channel 4, a część filmów, w których wystąpiłam, jest tam dostępna na platformach. 

Karolina Ciesielska: Kiedy właściwie zaczęła się twoja międzynarodowa kariera? Czy był moment, w którym postanowiłaś, że wychodzisz poza Polskę?

Anna Próchniak: Nigdy nie podjęłam takiej decyzji. To nie był plan ani kolejny punkt na liście do odhaczenia. Wszystko działo się bardzo organicznie.

Myślę, że pierwszym sygnałem było Bez wstydu. Grałam tam Romkę Irminę. Film miał premierę na festiwalu w Karlowych Warach i pamiętam, że ukazała się bardzo dobra recenzja w „Variety”, w której znalazło się też kilka ciepłych słów o mojej roli. Miałam wtedy dwadzieścia jeden lat i wydawało mi się to kompletnie nierealne. Pomyślałam: „Napisało o mnie Variety. Jak to w ogóle możliwe?”.

W Szkole Filmowej w Łodzi jest sala ze sceną, którą studenci nazywają „Spełnia”. Krąży o niej legenda, że jeśli stanie się na niej i wypowie swoje marzenie z odpowiednią intencją, to ono się spełni. Podczas jednej z nocnych prób do egzaminu z Szekspira byliśmy tam z Filipem Pławiakiem. Filip powiedział, że chciałby grać w filmach. Ja powiedziałam, że chciałabym zagrać w filmie francuskim i w filmie o Powstaniu Warszawskim. Nie wiem skąd mi to przyszło do głowy – o castingach do Miasta 44 mieliśmy usłyszeć dopiero za rok.  

Karolina Ciesielska: Bardzo szybko się spełniło.

Anna Próchniak: Tak. I chyba dlatego tak dobrze pamiętam tamtą noc. W tamtym marzeniu nie było żadnej strategii ani kalkulacji. Była po prostu ogromna szczerość, ciekawość, czystość intencji i pragnienie, żeby robić rzeczy, które mnie poruszają.

Filipowi też bardzo szybko się udało i nadal się udaje. Od początku miałam poczucie, że jest wyjątkowym aktorem. Zagrał wiele wspaniałych ról i bardzo się cieszę, że mogliśmy obserwować początki swoich dróg zawodowych równolegle. Bardzo mocno mu kibicuję.

Karolina Ciesielska: Bardzo cię za to podziwiam i bardzo lubię to, jak dobrze mówisz o swoich kolegach aktorach i partnerach filmowych. Wielokrotnie słyszałam, z jakim uznaniem wypowiadasz się choćby o Jakubie Gierszale, z którym miałaś okazję grać – i w Pojedynku, który miał premierę kilka miesięcy temu, i wcześniej w Najlepszym. To zawsze jest piękne, kiedy aktorzy doceniają swoich partnerów na planie.

Anna Próchniak: Dziękuję, że to zauważasz. Rzeczywiście staram się dostrzegać w ludziach to, co jest w nich dobre – i podkreślać to. Mam poczucie, że w naszym zawodzie bardzo łatwo skupić się na sobie. To do pewnego stopnia naturalne – w końcu to siebie wystawiamy na ocenę i pracujemy własną wrażliwością. Ale równie ważne jest dla mnie kierowanie uwagi na innych.

To chyba po prostu mój sposób bycia. Lubię słuchać ludzi, doceniać ich pracę i być wdzięczna za to, że nasze drogi się przecinają. Wydaje mi się, że dzięki temu ta praca staje się nie tylko ciekawsza, ale też zwyczajnie bardziej ludzka. Aktorstwo jest dla mnie sztuką spotkania. Nawet jeśli kamera skupia się na jednej osobie, dobra scena zawsze rodzi się między ludźmi.

A wracając do międzynarodowych produkcji – Niewinne Anne Fontaine z genialnymi zdjęciami Caroline Champetier były dla mnie pierwszym doświadczeniem pracy w zespole międzynarodowym. Na planie spotkały się wspaniałe polskie aktorki – Agata Buzek, Agata Kulesza i Joanna Kulig – a główną rolę francuskiej lekarki z Czerwonego Krzyża zagrała Lou de Laâge. To był naprawdę wyjątkowy kobiecy zespół.

Karolina Ciesielska: Tyle świetnych aktorek, a jednak pamiętam, że w Polsce film nie został przyjęty aż tak entuzjastycznie. Tymczasem dziś właściwie każda z was ma imponującą karierę.

Anna Próchniak: To prawda. Premiera w Sundance, kilka nominacji do Cezarów i świetne recenzje na świecie – a w Polsce raczej chłodne przyjęcie. 

To był pamiętam czas, kiedy Agata Kulesza była już po Idzie. Na planie Niewinnych zastanawiała się, czy w ogóle lecieć na Oscary. Mówiła: „Czego ja tam będę szukać?”. A my wszystkie powtarzałyśmy jej: „Agata, jesteś naszym Adamem Małyszem. Musisz tam polecieć” (śmiech).

Karolina Ciesielska: Dziś takie sytuacje zdarzają się coraz częściej, ale czasami ma się wrażenie, że to jedyna, niepowtarzalna szansa, więc warto z niej skorzystać.

Anna Próchniak: Absolutnie! 

A to, co wydarzyło się dla mnie później, potoczyło się już bardzo naturalnie. Jedno doświadczenie prowadziło do kolejnego.

Pamiętam, że podczas castingu do Tatuażysty z Auschwitz reżyserka obsady, Kelly Valentine Hendry, poprosiła o moje sceny z Niewinnych. Ostatecznie nie dostała samych scen, tylko cały film. Po jednym ze spotkań na Zoomie powiedziała mi, że chciała obejrzeć tylko moje fragmenty, ale film zrobił na niej takie wrażenie, że nie mogła się oderwać. 

Po Niewinnych pojawiały się kolejne zagraniczne propozycje. Nie wszystkie doszły do skutku – przez wiele miesięcy przygotowywałam się choćby do głównej roli w czeskiej produkcji, ale ostatecznie nie udało się nam zgrać terminów. Później zagrałam w niezależnym, niskobudżetowym filmie kręconym w Belfaście, w Irlandii Północnej Bad Day for the Cut, gdzie razem z Józkiem Pawłowskim zagraliśmy rodzeństwo. I ku naszemu zaskoczeniu on również rok po Niewinnych trafił na festiwal Sundance!

Karolina Ciesielska: No i oczywiście Tatuażysta z Auschwitz.

Anna Próchniak: Tak, ale to już było wiele lat później. W międzyczasie zagrałam jeszcze główną kobiecą rolę w filmie Vultures na Islandii. Pewnego dnia na plan do reżysera Börkura Sigþórssona przyleciała jego agentka z Londynu. Rozmawiałyśmy o Niewinnych, o Polskiej Szkole Plakatu i o Kieślowskim. W pewnym momencie zapytała, czy nie chciałabym mieć agenta w Londynie. Powiedziała, że jej znajoma szuka młodych twarzy i nowych talentów. Umówiłyśmy się na spotkanie w Independent i niedługo później podpisałam z nimi kontrakt. 

To wszystko wydarzało się bardzo naturalnie. Potem był jeszcze łotewsko-belgijski Oleg, którego premiera odbyła się w Cannes, i kilka seriali, które zrealizowałam w Wielkiej Brytanii. Tatuażysta z Auschwitz przyszedł dopiero później. Zdjęcia realizowaliśmy w 2023 roku.

To nie był tak zwany overnight success. Mam poczucie, że na ten moment pracowałam przez wiele lat – wszystkimi wcześniejszymi projektami, konsekwencją i determinacją. Krok po kroku. 

Karolina Ciesielska: Ale się udało. To była bardzo ważna rola, myślę, że także dla twojej międzynarodowej kariery. Serial był bardzo głośny, miał ogromną promocję i odniósł sukces. Otrzymałaś też nominację do BAFTA Scotland Awards, a znalazłaś się w gronie nominowanych obok Tildy Swinton i Saoirse Ronan. Samo znalezienie się w takim towarzystwie jest już pewnego rodzaju wygraną.

Anna Próchniak: Tak, absolutnie. Odebrałam to jako kolejne ważne potwierdzenie. Podobnie jak wtedy, gdy przeniosłam się do filmówki i dostałam moją debiutancką rolę w Bez wstydu. Z czasem ta droga zawodowa staje się jednak coraz bardziej wymagająca. Wiąże się z koniecznością podejmowania trudnych, czasem bezkompromisowych decyzji. Bywa, że oznacza to również świadome rezygnowanie z projektów – bo nie są zgodne z kierunkiem, w którym chcę się rozwijać – czy dłuższe przerwy w pracy. 

Karolina Ciesielska: Samo podejmowanie takich decyzji pewnie jest bardzo trudne.

Anna Próchniak: I tak i nie. Wiele decyzji podjęłam intuicyjnie bo bardzo silnie czułam że „to jest to” albo “że to nie dla mnie”. Są jednak momenty, kiedy zaczynasz się zastanawiać, czy droga, którą wybrałaś, rzeczywiście jest właściwa. I właśnie dlatego nominacja do BAFTA Scotland była dla mnie tak ważna. Nie dlatego, że nagle coś zmieniła, ale dlatego, że na chwilę uciszyła ten wewnętrzny głos, który od czasu do czasu pyta: „Czy na pewno idę we właściwym kierunku? Czy to w ogóle ma sens?”. To było dla mnie bardzo cenne potwierdzenie, że warto ufać własnym wyborom.

Karolina Ciesielska: Ostatecznie rola w Tatuażyście z Auschwitz okazała się dla ciebie bardzo znacząca. Mówisz o sukcesie i docenieniu przez krytyków, ale myślę, że także przez widzów. Promocja serialu była ogromna, więc na pewno przyniesie to kolejne efekty. Jednocześnie była to chyba bardzo trudna rola – samo przygotowanie do niej, a nawet konieczność ogolenia głowy. Jakim doświadczeniem był ten projekt?

Anna Próchniak: Wiesz, wydaje mi się, że włosy to tylko włosy. Oczywiście bardzo zmieniają wygląd, ale w tym przypadku ta decyzja miała głębszy sens. Była radykalna, osadzona w konkretnej historii, kontekście i bardzo pomogła mi zbliżyć się do postaci.

Jak wspominałam, zawsze zaczynam budowanie roli od ciała. Rozmawiałyśmy już o scenografii i kostiumach – one pomagają aktorowi uwierzyć w świat filmu. Tutaj podobną rolę odegrała fizyczna transformacja. Nie wyobrażam sobie grania tej postaci w prostetycznej łysce” stworzonej przez charakteryzację. To nie byłoby to samo.

Bardzo dobrze wspominam pracę przy Tatuażyście z Auschwitz. Produkcja z ogromną odpowiedzialnością podchodziła zarówno do samego tematu, jak i do ludzi, którzy nad nim pracowali. Na planie obecni byli psychologowie z organizacji Solas Mind, z których wsparcia w razie potrzeby mogła korzystać zarówno obsada, jak i ekipa. Ja akurat pracowałam ze swoim terapeutą i bardzo doceniałam to, że produkcja w pełni to respektowała. Jeśli moja sesja wypadała w trakcie dnia zdjęciowego, plan układano tak, żebym mogła spokojnie odbyć ją online, w kamperze. To pokazywało, że dobrostan psychiczny nie był traktowany jako dodatek, ale jako integralna część procesu pracy.

Był z nami także koordynator intymności a jego rola wykraczała daleko poza sceny intymne. W tym serialu nagość pojawia się w kontekście przemocy i odczłowieczenia, dlatego stworzenie aktorom bezpiecznych warunków pracy było niezwykle istotne.

Jeśli chodzi o przygotowanie do roli, miałam dostęp do ogromnej liczby materiałów: świadectw, pamiętników, fotografii, konsultantów historycznych i specjalistów zajmujących się poszczególnymi zagadnieniami. Mogłam zadawać pytania praktycznie na każdy temat. Kiedy przygotowywałam się do finałowych odcinków, dużo czytałam o PTSD u osób, które przeżyły Zagładę. Rozmawiałam również ze specjalistką zajmującą się tym tematem.

Ogromnym przywilejem był też dostęp do archiwum świadectw stworzonego przez Stevena Spielberga. Mogłam oglądać wielogodzinne rozmowy z osobami, które przeżyły Holokaust. Myślę, że właśnie te świadectwa były dla mnie najważniejszym elementem przygotowań. Nic nie zastąpi spotkania z czyjąś prawdziwą historią.

Karolina Ciesielska: Te nagrania są chyba dostępne w różnych muzeach?

Anna Próchniak: Nie wszystkie. Część jest dostępna jedynie w miejscach związanych z konkretną osobą. Żeby zobaczyć świadectwo Gity, musiałam pojechać do jej rodzinnego miasta na Słowacji. Dopiero tam, w bibliotece, mogłam je obejrzeć. Niektóre nagrania są dostępne na specjalnej platformie VOD, do której trzeba mieć dostęp, a część – jeśli rodziny wyraziły zgodę – można znaleźć także na YouTubie. Być może niektóre trafiają również do muzeów czy miejsc pamięci. W każdym razie dostęp do materiałów źródłowych, dokumentów i świadectw był dla mnie bardzo pomocny w budowaniu postaci.

Karolina Ciesielska: To na pewno daje też duży komfort pracy. A jakie filmy oglądasz prywatnie?

Anna Próchniak: Wiesz co, ja oglądam głównie horrory (śmiech)

Karolina Ciesielska: Naprawdę?

Anna Próchniak: Tak. Bardzo lubię horrory. Paradoksalnie mnie uspokajają. Mam wrażenie, że na co dzień noszę w sobie dużo napięcia. Moim naturalnym stanem jest fight or flight – oczywiście pracuję nad tym, ale to wciąż stan, który moje ciało zna najlepiej. Kiedy oglądam horror, to napięcie odpuszcza, bo mogę całą uwagę skierować na coś zewnętrznego.

Byłam niedawno na Obsession Curry’ego Barkera – 26-letniego reżysera, który wywodzi się z YouTube’a. Film powstał za zaledwie 750 tysięcy dolarów, a zarobił już około 400 milionów. To niesamowity wynik.

Podobnie jest z Backrooms. Film stworzył Kane Parsons, który również zaczynał na YouTubie. Produkcja także zbliża się do 400 milionów dolarów wpływów. Mam poczucie, że dzieje się dziś coś bardzo ciekawego. Do kina wchodzą zupełnie nowe głosy – bardzo młodzi twórcy, którzy wychowali się w internecie, a dziś realizują filmy dla dużych studiów i osiągają spektakularne sukcesy. To daje ogromną nadzieję i pokazuje, że kino wciąż potrafi się odradzać.

Z drugiej strony jestem też wielką fanką dokumentów. Uwielbiam Wernera Herzoga, więc bardzo czekałam na jego najnowszy film Sny o słoniach, który zobaczyłam podczas festiwalu Millennium Docs Against Gravity. Zachwycili mnie także Kandydaci śmierci Macieja Cuske i Closure Michała Marczaka.

Staram się też być na bieżąco z kinem europejskim. Jestem członkinią Europejskiej Akademii Filmowej, więc bardzo to ułatwia sprawę. Ostatnio widziałam Ojczyznę Pawła Pawlikowskiego i zeszłoroczną Romeríę Carli Simón.

Karolina Ciesielska: A tę miłość do kina ktoś w tobie zaszczepił, czy przyszła do ciebie sama?

Anna Próchniak: Chyba moi rodzice. Odkąd pamiętam, oglądaliśmy razem bardzo różne filmy – od kina popularnego po ambitne kino autorskie. Jednego dnia był Bond, drugiego Bergman. Nikt nie mówił mi, że jedne filmy są ważniejsze od drugich. Po prostu oglądaliśmy wszystko i rozmawialiśmy o tym. Myślę, że właśnie tak zaczęła się moja edukacja filmowa.

Bardzo wcześnie zrozumiałam też, że kino potrafi pomóc oswoić rzeczy, z którymi trudno poradzić sobie w codziennym życiu. Zwłaszcza kiedy jest się nastolatką i próbuje się zrozumieć siebie, innych i świat. Dzięki bohaterom filmowym mogłam zobaczyć własne emocje z innej perspektywy. To było dla mnie bardzo ważne.

Karolina Ciesielska: A filmy Toma Forda cię przekonują?

Anna Próchniak: Bardzo. Lubię twórców, którzy mają wyrazisty język wizualny i konsekwentnie budują własny świat. U Toma Forda estetyka nigdy nie jest celem samym w sobie – zawsze opowiada o bohaterach i ich emocjach.

Karolina Ciesielska: Pytam dlatego, że miałaś okazję pracować przy artystycznym projekcie – krótkim metrażu Marcina Kempskiego. W filmie występujesz obok Jerzego Skolimowskiego i Bartosza Bieleni. Czy możemy już coś więcej powiedzieć? Plakat już krąży w sieci i jest bardzo sugestywny.

Anna Próchniak: Tak, jego estetyka mocno nawiązuje do kina ekspresjonistycznego i stylistyki lat 20. i 30. XX wieku. Taki właśnie był zamysł Marcina. Bardzo cenię jego wyobraźnię i konsekwencję. Od lat z zainteresowaniem obserwuję jego twórczość. Konsekwentnie buduje własny, rozpoznawalny język wizualny – najpierw jako fotograf, później także jako reżyser kampanii high fashion. Pracował między innymi dla Diora, Louis Vuitton i Jean Paula Gaultiera, więc ma ogromne doświadczenie w tworzeniu obrazów. Bardzo byłam ciekawa, jak ten świat przeniesie do kina.

Karolina Ciesielska: Ten film też będzie high fashion, czy pójdzie w inną stronę?

Anna Próchniak: Trochę tak, trochę nie. Na pewno będzie w nim bardzo dużo wyobraźni Marcina. W jego pracach zawsze pojawia się pewien rodzaj abstrakcji i metafory. Film będzie czarno-biały – tyle mogę na razie powiedzieć. Jest trochę baśnią, trochę…

Karolina Ciesielska: …satyrą?

Anna Próchniak: Chyba bardziej przypowieścią. W końcu to właśnie w baśniach i mitach odbijają się uniwersalne problemy. Mam poczucie, że ten film też będzie opowiadał o czymś bardzo aktualnym, tylko za pomocą metafory.

Nie widziałam jeszcze ostatecznej wersji. Wiem, że Marcin wciąż montuje film razem z Przemkiem Chruścielewskim. Powstaje też oryginalna muzyka Marcina Maseckiego. Sama jestem bardzo ciekawa efektu.

To była dla mnie naprawdę twórcza praca. Spotkali się tam ludzie z bardzo różnych światów. Za charakteryzację odpowiadają mistrz Waldemar Pokromski i Marianna Yurkiewicz – z którą pracuję od kilkunastu lat i której ufam bezgranicznie; kostiumy przygotowuje Karla Gruszecka, scenografię Anna Szczęsny. Spotykają się tam kino i świat high fashion. Myślę, że może z tego powstać coś naprawdę interesującego.

Karolina Ciesielska: To ja też jestem bardzo ciekawa. Życzę ci samych takich projektów, z których czerpiesz tyle przyjemności, żeby spełniały się twoje filmowe marzenia. I może kiedyś, żebyś sama mogła stworzyć coś filmowego.

Anna Próchniak: Pracuję nad tym! Rozwijam swój scenariusz. Mam też kilka projektów, które do mnie trafiły i które wspólnie z ich twórcami rozwijamy, próbując doprowadzić je do realizacji. Jest wśród nich trochę kina gatunkowego, trochę horroru, ale też zupełnie inne historie. Na jeden z tych projektów szczególnie czekam i bardzo mnie ekscytuje, ale zdecydowanie za wcześnie, żeby cokolwiek zapeszać.

Słyszałam, że czasem ludzie zakładają, że skoro pracuję za granicą, to już właściwie wyjechałam z Polski. A ja nadal tu mieszkam i bardzo chciałabym częściej pracować właśnie tutaj!

Możliwość pracy na międzynarodowych planach jest dla mnie ogromnie cenna, ale równie bliskie są mi projekty powstające w Polsce. Bardzo cenię twórców, którzy mają własny język i odważnie opowiadają historie, dlatego z przyjemnością chętnie zaangażuję się w takie projekty tu, w Polsce.

Fot. Michał Orliński

Reklama