
Kinga Burzyńska: Po obejrzeniu przeze mnie trzeciego sezonu serialu „1670” w naszym wspaniałym studiu pojawili się jeszcze wspanialsi: Michał Sikorski i Dobromir Dymecki. I od twojej podwójnej tożsamości, Dobromir, chciałabym zacząć. Kimże ów Bogdan okazuje się na początku trzeciego sezonu? Zacznijmy od faktów.
Dobromir Dymecki: Fakty są takie, że Bogdan traci pamięć w wyniku postrzału. I nagle okazuje się, że budzi się jako zupełnie inny człowiek, z nową tożsamością. Bogdan staje się Kozakiem. Od tego zaczynamy trzeci sezon.


Kinga Burzyńska: Mało tego, staje się przywódcą Kozaków.
Dobromir Dymecki: Mało tego, jest także lachożercą, czyli żądnym zemsty Kozakiem. Wojownikiem, który chce zemścić się na Lachach, czyli po prostu na Polakach. Ma wielką bliznę na sercu w kształcie granic współczesnej Polski. Bogdan jeszcze nie do końca rozumie, że ta blizna to właśnie przyszła Polska, ale to już jest mniejsza o to (śmiech).
Kinga Burzyńska: Ale skoro jesteśmy przy Bogdanie, to muszę cię zapytać o tę wspaniałą charakteryzację. Na pewno musiała ci pomóc w tworzeniu nowego Bogdana.
Dobromir Dymecki: Absolutnie. Charakteryzacja była świetna, ale też oczywiście wymagała dużo poświęcenia, bo trwała jakieś trzy–cztery godziny. Trzeba było przyjechać wcześniej, a wcześniej to oznaczało między czwartą a piątą. Było to czasochłonne, ale wspaniałe.
Kinga Burzyńska: Z której strony miałeś doklejany ten wąs? Bo czasami jest z jednej strony tak załamany, aż za ucho…
Dobromir Dymecki: To taki tribute do „Ogniem i mieczem”, do Kozaka Maćka Kozłowskiego, który również tak wspaniale nosił tego wąsa.
Kinga Burzyńska: Moim zdaniem ogromną siłą trzeciego sezonu jest jego fabularność – postacie zostały pogłębione psychologicznie. To ekscytujące, że w tym Bogdanie jest jeszcze tak wiele.
Dobromir Dymecki: Oczywiście, że tak. Śmieję się, bo Bogdan jest trochę taką postacią, która w każdym sezonie przechodzi dosyć radykalną przemianę. W pierwszym był biedny, brudny i głodny. W drugim – bogaty, umyty i szukał żony, a w trzecim jest Kozakiem, który szuka zemsty. Mamy tu wątek kina odwetu. Za każdym razem muszę więc właściwie budować nową postać i nowe oblicze Bogdana. I to za każdym razem jest wyzwaniem.
Kinga Burzyńska: Mówisz o tej przemianie i o budowaniu postaci ciągle na nowo. Michał natomiast wciąż musi pchać ten wózek z księdzem Jakubem (śmiech).
Michał Sikorski: Tyle naładowałem do tego wózka, a okazało się, że trzeba będzie pchać go dalej (śmiech).


Kinga Burzyńska: Ale to jest fajne, bo moim zdaniem wyrzucasz z tego wózka tę nadekspresję. Jakub w tej trzeciej serii wydaje się bardziej przebiegły niż wcześniej.
Michał Sikorski: On po prostu dojrzewa. Dojrzewa do dużego miasta, zmienia się. Odkrywa w sobie coś, o czym nie wiedział, że w nim drzemie.
Kinga Burzyńska: A co?
Michał Sikorski: Miłość! Fascynacja!
Kinga Burzyńska: W tej pogłębionej psychologii postaci jest też wspaniała relacja z ojcem. Powiedz, od czego zaczyna twoja postać i jak Jakub wraca w trzecim sezonie?
Michał Sikorski: Jakub na koniec drugiego sezonu wyjeżdża do Warszawy. Zdradził ojca, choć sam Jakub nie uważa, że go zdradził – nastąpiła po prostu zmiana parafii. W trzecim sezonie wraca wysłany przez obowiązki, jako część tamtejszego CKE, razem z komisją egzaminacyjną na maturę szlachecką. Co chwilę wysyłają go do Adamczychy, żeby załatwiał jakieś sprawy i nadzorował budowę szkoły. Ale przychodzi taki moment, że zaczyna tęsknić za ojcem. Za tym jego szaleństwem. Okazuje się, że Jakub nie zdawał sobie sprawy, że mu tego brakuje, ale kiedy widzi, jakie powalone rzeczy ojciec robi, aż chce mu się wrócić.
Kinga Burzyńska: Zawsze wyzwaniem w przypadku serialu, który – nie bójmy się tego określenia – stał się kultowy, jest czytanie kolejnego scenariusza. Z jakimi emocjami czytaliście tę trzecią część? Z obawą, z zaciekawieniem, czy jednak z taką pewnością, że twórcy znowu napiszą coś interesującego?
Michał Sikorski: Na pewno z ciekawością – zawsze jesteśmy ciekawi tego, co nowego wymyślili. No i się nie zawiedliśmy.

Dobromir Dymecki: Moja sytuacja była jeszcze troszkę inna, bo kiedy kończy się drugi sezon, twórcy chcieli zabić Bogdana. Zacząłem więc pytać, lobbować i mówić: „No ale jak to? Dlaczego? Jesteście pewni?”. Oni nie byli do końca pewni, ale chyba takim decydującym głosem był sam Netflix i widzowie, którzy powiedział, że nie chcą, żeby Bogdan ginął, bo jest jedną z ulubionych postaci. I stąd Bogdan ma tak nieoczekiwany zwrot. Zawsze czekamy z ciekawością na to, co tam wymyślą.
Kinga Burzyńska: Czy to oznacza, że macie z tego frajdę? Od strony produkcyjnej to przecież wymagające przedsięwzięcie. Na czym ta ciężka praca polegała w przypadku trzeciego sezonu?
Michał Sikorski: Podobnie jak w drugim sezonie kręciliśmy latem, które było bardzo gorące. Temperatura dawała się we znaki. Zresztą w pierwszym sezonie też nie było łatwo – wtedy zmagaliśmy się z mrozem i błotem. Sutanny i wszystkie szaty „piły wodę”, przez co pod koniec dnia były dużo cięższe niż na początku. Temperatura naprawdę utrudniała pracę. Trzeba było z nią walczyć.
Kinga Burzyńska: A były jakieś szczególnie ekstremalne zdjęcia? Coś, co pamiętacie jako najtrudniejsze, najciekawsze albo po prostu najbardziej wymagające?
Dobromir Dymecki: Dla mnie chyba najbardziej ekstremalny był obóz kozacki, a do tego dochodziła jeszcze charakteryzacja. Sam plan trwał dwanaście godzin, a razem z charakteryzacją wychodziło trzynaście-czternaście godzin w pełnej dyspozycji i z energią. Łyska, którą mi przyklejano, nie przepuszczała wody, więc zaczynała mi się pocić głowa. Miałem na sobie bardzo grube, kozackie sukno – strasznie ciężkie. Do tego dochodziła choreografia, a trzeba było być naprawdę skupionym, bo niektóre sceny robiliśmy w jednym ujęciu. Nie było montażu – wszystko musiało być zrobione od początku do końca, za jednym razem, bez możliwości błędu.

Poziom skupienia był więc ogromny. Pamiętam, że wchodziłem na plan, dawałem z siebie sto procent, a później schodziłem, siadałem i po prostu się nie ruszałem, żeby nie tracić energii. Chciałem cały czas pozostać skupiony i wykorzystywać tę energię tylko podczas ujęć. Ale naprawdę, ta ekipa jest wspaniała. To jest najlepsza ekipa na świecie. Ci ludzie są niezwykle pomocni i zaangażowani. Naprawdę czułem się tam bardzo zaopiekowany. Pomimo tego, że warunki były trudne, umówmy się – robimy serial.
Michał Sikorski: Nie bójmy się powiedzieć: kultowy (śmiech).

Dobromir Dymecki: Więc naprawdę nie ma tutaj co narzekać. Narzekać mogą inni, a my robimy swoje. Chociaż faktycznie, momentami nie jest łatwo.
Kinga Burzyńska: A czego musieliście się nauczyć? Mam na myśli rzeczy związane z rzemiosłem stricte aktorskim.
Dobromir Dymecki: Choreografia była trudna. Te ujęcia bardzo często są realizowane w master shotach, więc trzeba bardzo szybko nauczyć się całego układu: co, gdzie i kto ma stanąć. Trzeba być naprawdę maksymalnie skupionym. Przy moim ADHD i skłonności do rozproszenia muszę włożyć sporo wysiłku, żeby wszystko ze sobą połączyć. Tekst jest bardzo precyzyjny, więc nie ma tu właściwie miejsca na improwizację ani na myślenie: „A może tak, a może inaczej, a może zrobię tę scenę w trochę inny sposób”. Musisz być precyzyjny, dobrze podać tekst i przede wszystkim utrzymać koncentrację.
Kinga Burzyńska: Zachwyciła mnie też żona Korybuta Wiśniowieckiego. Skąd właściwie wziął się ten wątek miłosny?
Michał Sikorski: To było chyba nasze największe zaskoczenie podczas lektury scenariusza. Tym bardziej że ten wątek w ogóle nie jest wcześniej budowany – po prostu pojawia się w trzecim odcinku. Nagle ojciec Jakub, który do tej pory nie miał żadnych uczuć, a już na pewno nie przejawiał żadnej seksualności, mówi: „Zakochałem się!”. I tak właśnie przedstawia tę kobietę. To rzeczywiście pojawia się trochę znikąd. Ale jestem wielkim fanem tego wątku.
Miałem też przepiękny taniec. Aneta Jankowska zrobiła świetną robotę, przygotowując nas do tego tańca. Czułem się trochę, jakbym był w „Tańcu z gwiazdami”. Spotykaliśmy się z Julką Rosnowską na sali tanecznej i trenowaliśmy. Nie umiem tańczyć, ale pamiętam jeszcze podstawy walca ze szkoły teatralnej. A teraz w tym mózgu, który ledwo nauczył się dwóch kroków walca, musiałem zrobić coś zupełnie odwrotnego, bo tańczyłem kroki kobiece.
Kinga Burzyńska: To uchylmy więc trochę rąbka tajemnicy tej relacji.


Michał Sikorski: Poznajemy ją, gdy ja już po prostu opowiadam całą historię – że jestem zakochany. Pojawia się też opowieść o tym, jak ludzie poznawali się w tamtych czasach, o historycznym tle romansów. Więc dla widzów ona rzeczywiście pojawia się… znienacka. W ostatnim odcinku dochodzi też do pewnego kontaktu. Mam nadzieję, że jeśli powstanie ciąg dalszy, to tego kontaktu będzie jeszcze więcej.
Kinga Burzyńska: A co was najbardziej zafascynowało w scenariuszu? Czytacie przecież ich mnóstwo – dobrych i złych. Co wam się w nim tak po ludzku najbardziej spodobało?
Dobromir Dymecki: My patrzymy na to trochę inaczej, bo znamy już to uniwersum. Dlatego mniej interesuje mnie może to, o czym ta historia jest w sensie socjologicznym, a bardziej to, jak rozwijają się bohaterowie. I to jest dla mnie najbardziej fascynujące. Jestem najbardziej ciekaw tego, co się z nimi wydarzy, jakie będą mieli kolejne przygody.


Pierwszy sezon był przede wszystkim sezonem ekspozycyjnym, sezonem otwarcia. Poznaliśmy bohaterów, obserwowaliśmy ich różne przygody i dopiero budowaliśmy ten świat. Teraz, żeby historia mogła się dalej rozwijać, bohaterowie potrzebują kolejnych doświadczeń i fabularnego rozpędu. Dzięki temu historia pozostaje ciekawa nie tylko dla nas, ale przede wszystkim dla widzów.
Michał Sikorski: Czekamy chyba zawsze na to, czego jeszcze nie było. W tym sensie pojawił się tutaj lot w kosmos i bunt chłopski. Wiedząc, jak pracuje scenografia, jakie są wszystkie piony, zastanawiamy się: „Jezu, co oni wymyślą, co zrobią?”. I za każdym razem jest to fascynujące i potrafi nas zaskoczyć.
Dobromir Dymecki: To jest też wieloetapowe. Czytasz scenę, wyobrażasz sobie, jak coś będzie wyglądało, a później wchodzisz na plan i widzisz gotową scenografię. Często okazuje się, że te rzeczy są dużo fajniejsze, niż sobie wyobrażałeś. Tak samo z kostiumami – jedziesz na przymiarki i patrzysz, co wymyśliła Kasia. To taka wieloetapowa podróż.
Michał Sikorski: To właśnie najbardziej rozbudza wyobraźnię. O ile scena przy stole w domu, w Dworku Adamczewskim, mniej więcej wiadomo, jak wygląda, o tyle tutaj nagle masz chłopa lecącego w kosmos albo tłum chłopów z pochodniami, który okrąża dworek.

Kinga Burzyńska: Zapytam prywatnie – wy się lubicie?
Dobromir Dymecki: Nie (śmiech). Musimy cały czas odgrywać taką szopkę.
Michał Sikorski: Każdy odjeżdża osobnym samochodem (śmiech).
Dobromir Dymecki: To jest zaskakujące, ale właśnie a propos lubienia się – i to jest dla mnie nawet trochę wzruszające – mamy na planie takie kampero-budy, czyli kontenery, w których każdy z nas ma osobny pokój. A na dobrą sprawę później okazuje się, że wszyscy siedzimy w jednym. Po prostu się lubimy i lubimy ze sobą spędzać czas. Pomimo tego, że proponuje nam się bycie osobno, i tak zawsze ktoś idzie do Bartka na kawę albo po prostu się schodzimy. Cały czas jesteśmy razem.
Michał Sikorski: I nie tylko w gronie aktorskim. Są tam też dziewczyny z biura, ludzie z innych pionów.
Dobromir Dymecki: Tak, tworzy się tam takie obozowisko. W Kolbuszowej powstaje cała społeczność i to jest nieprawdopodobne. Ma to w sobie jakiś urok, taką specyfikę tej pracy – jesteśmy ze sobą cały czas i w ogóle nam się to nie nudzi.

Kinga Burzyńska: I to jest bardzo ładne, szczególnie że wy przecież nie macie wspólnie aż tak dużo wspólnej przestrzeni.
Michał Sikorski: Właśnie nie mamy. Co ciekawe, po pierwszym sezonie widzowie bardzo pokochali ten duet. Ten wyjazd na egzorcyzmy był jednym z ich ulubionych motywów. A scenarzysta nas rozdzielił.
Dobromir Dymecki: Tak. Uważam, że to był błąd.
Kinga Burzyńska: Czy teraz, przy okazji wywiadów i rozmów, wracacie do tamtego czasu? Czy już wiecie, że powstaje kolejny sezon i znowu będziecie lobbować za tym, żeby wasze postaci pojawiły się w czwartym sezonie? Czy nie macie jeszcze dosyć? Podejrzewam, że spotykacie na ulicy ludzi, którzy zaczepiają was imionami waszych bohaterów.
Dobromir Dymecki: Czy mamy dość? Nie, absolutnie. Cały czas jestem bardzo ciekawy, co będzie dalej.
Kinga Burzyńska: Michał, ty nie masz dość Jakuba?
Michał Sikorski: Nie. Wydaje mi się, że właśnie bardzo ciekawe jest to, co się wydarzy. To, co Kuba Różyłło pisze, jest naprawdę interesujące. Jesteśmy bardzo ciekawi dalszego ciągu, ale wydaje mi się, że pewnie w końcu nadejdzie kres tej przygody.
Kinga Burzyńska: Wyjdźmy na moment z „1670”. Co dzieje się w waszych życiach zawodowych? Teraz oczywiście promujecie serial, ale bardzo chcę was o to zapytać: co robicie poza Adamczychą?
Michał Sikorski: Dobromir gra w „Ranczo”, a ja mogę powiedzieć, że nie gram w „Ranczo” (śmiech).
Kinga Burzyńska: To ja w takim razie powiem, że Michał wygrał „LOL”.
Michał Sikorski: Tak, „LOL” był niesamowitą przygodą. Ale tam występuję jako ja. Niestety. (Śmiech)
Dobromir Dymecki: Mogę dodać że za chwilę mam premierę filmu „Czas, który nie nadszedł” w Gdyni, w reżyserii Julki Rogowskiej. To wspaniały debiut, dystopijny melodramat. Przez wakacje graliśmy też „Szekspira pod gwiazdami”, takie plenerowe widowisko.


Kinga Burzyńska: Spektakl „Szekspir pod gwiazdami” to bardzo ciekawe doświadczenie. Jak się gra dla publiczności przy różnej pogodzie, czasem w dość ekstremalnych warunkach?
Dobromir Dymecki: To było wspaniałe doświadczenie, bo wszystko było tam nieprzewidywalne. Zaczynaliśmy, kiedy słońce jeszcze świeciło, a kończyliśmy, kiedy robiło się ciemno. W trakcie spektaklu zachodziło więc słońce i to było naprawdę niezwykłe. Był też ten dreszcz związany z tym, czy zacznie padać, czy będzie lampa, czy wydarzy się coś jeszcze. Ale warszawska publiczność pokochała ten spektakl. Mimo że widownia jest ogromna – mieści około 800 osób – bilety właściwie się wyprzedawały. Graliśmy od wtorku do niedzieli, zarówno w tygodniu, jak i w weekendy. Ewidentnie czegoś takiego brakowało w Warszawie. Latem oferta teatralna jest dość ograniczona, bo teatry przestają grać, więc powstaje pewna pustka.
Kinga Burzyńska: Zastanawialiście się, które teksty z nowego sezonu „1670” przejdą do języka potocznego? Myślę też, że prace magisterskie na filmoznawstwie już powstają.
Dobromir Dymecki: Tak, powstają! Ludzie oglądają „1670”, kochają ten serial i piszą o nim prace dyplomowe.
Kinga Burzyńska: Netflix opowiada wam o tym, jak serial jest odbierany na świecie?
Dobromir Dymecki: Właśnie powstał raport przygotowany przez Netflix na temat kulturowego i społecznego wpływu „1670” oraz tego, jak elementy serialu przeniknęły do życia Polaków.
Michał Sikorski: Dużo więcej chłopców ma na imię Bogdan!


Kinga Burzyńska: W raporcie jest też informacja o odwiedzinach w Kolbuszowej, gadżetach czy rekwizytach zaczerpniętych z „1670”, które zaczęły funkcjonować w rzeczywistości. Nie wiem, co wydarzy się po trzecim sezonie. Czy katapulta na Księżyc i czapka, którą dostaje Sebastian Stankiewicz, żeby tam polecieć, też staną się czymś takim? Być może.
Dobromir Dymecki: Tak. A najbardziej zaskakujące są chyba dla nas tatuaże.
Michał Sikorski: Tego nikt nie był w stanie sobie wyobrazić – że ludzie będą tatuować sobie nasze postaci.
Kinga Burzyńska: Życzę wam, żeby powstały kolejne sezony i żeby wasze postaci dalej się rozwijały. Żeby Bogdan jeszcze głębiej sięgał w siebie, a ksiądz Jakub zaznawał kolejnych uciech doczesnych i duchowych. Bardzo serdecznie zapraszamy do oglądania trzeciego sezonu serialu „1670”.
Michał Sikorski: Jeśli chcecie więcej, to trzeba komentować. Dajcie więcej! Drugi sezon powstał właśnie dlatego, że ludzie pisali: „Chcemy drugi sezon!”. I nasz poczciwy Netflix powiedział: „Tak”.
Dobromir Dymecki: Dajcie więcej! Lajkujcie na Netflixie, piszcie komentarze i wywierajcie presję, bo presja ma sens.
Fot. Katarzyna Ewa Żak
































