To samo od nowa, to samo od nowa – Rammstein

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

No nareszcie!” – krzyknęli niedawno wszyscy fani Rammstein. Niemiecka grupa kazała im czekać aż dziesięć lat na następcę albumu “Liebe is fur alle da” i dopiero w połowie zeszłego miesiąca muzycy zaspokoili wygłodniałych wrażeń fanów. Najnowsze wydawnictwo, czyli po prostu “Rammstein”, składa się z jedenastu premierowych utworów przeznaczonych do bardzo głośnego słuchania. Mimo upływu czasu ekipa od kultowej “Mutter” wciąż brzmi jak za starych czasów. Niestety, akurat w tym przypadku, artystyczną konsekwencję ciężko uznać za zaletę.

Mówiąc wprost, giganci industrialnego rocka nagrali płytę po to, by zadowolić najwierniejszych wyznawców, zapominając przy tym o reszcie populacji. O ile karykaturalny metal oparty na skandalizujących rymowankach porywał tłumy w 2001 roku, tak teraz w epoce minimalistycznego gitarowego grania, jedynie śmieszy. Członkowie słynnej formacji dalej kochają cyrkowo-teatralną estetykę i niestety nie zauważyli, że dziś jest ona nieco niesmaczna. Panowie z Berlina idą śladami Marylina Mansona, który kiedyś szokował klasę średnią, a obecnie stoi w jednym rzędzie z Rodem Stewartem i jemu podobnymi dinozaurami estrady.

Nawet jeśli zaakceptowałbym wspomniany strach przed jakąkolwiek zmianą, to i tak wciąż miałbym obiekcje do jakości kompozycji. Aktualnie, pionierzy tzw. Neue Deutsche Harte (melodyjnego połączenia elektroniki i ciężkich brzmień) zjadają własny ogon. Twórcy uprawiają recykling poprzednich pomysłów, i to na dodatek bez choćby odrobiny polotu. Udające wzniosłość riffy cierpią na przewlekły brak wyobraźni, w patetycznych refrenach ciężko znaleźć choćby namiastkę chwytliwości, a syntezatorowe dekoracje wydają się zaaranżowane po kosztach. Till Lindemann oraz koledzy nigdy nie kryli zamiłowania do stadionowej pompatyczności, ale tym razem wydali na świat zdecydowanie drugoligowy kompakt.

Przyglądając się z bliska tekstom piosenek, a także analizując wideoklipy, można dojść do jeszcze jednego, przykrego wniosku. Otóż, kontrowersyjne treści przekazywane przez Rammstein całkowicie straciły siłę oddziaływania. Artyści niby krążą wokół tej samej mrocznej tematyki co kiedyś, jednak gubią kluczowy element układanki – poczucie humoru. Łopatologiczny nihilizm “Sehnsucht” albo “Reise, reise” był lekkostrawny właśnie dzięki odpowiedniej dawce zgryźliwego dowcipu, a także autoironii. Tymczasem, najświeższe dzieło zespołu, nawet gdy próbuje rozbawić, wypada gorzej niż nieśmieszny stand-upper.

Nie ma co owijać w bawełnę, powrót ikon współczesnej muzyki popularnej rozczarowuje. Dekada milczenia zwieńczona tak sztampowym krążkiem każe mi podejrzewać, że legendarny sekstet przestał się przykładać do swojej roboty, a przecież słuchacze zasługują na znacznie więcej niż garść patentów z piosenkowego repetytorium.

Reklama