
Od jakiegoś czasu Lil Wayne znajduje się na zawodowym zakręcie. Jego obniżka artystycznej formy, która trwa mniej więcej od wydanego dziesięć lat temu albumu “Rebirth” oraz problemy wydawnicze rodem z korporacyjno-prawnego piekła, mocno nadszarpnęły kiedyś niekwestionowaną pozycję legendarnego amerykańskiego rapera. Teraz autor niezapomnianego hitu “Lollipop” znów próbuje otrzepać się z kurzu i po raz kolejny celuje w feniksowe odrodzenie. Niestety, to już trzecia, albo czwarta próba efektownego zmartwychwstania, którą ciężko uznać za udaną.
Wrogiem “Funeral” jest ewolucja, jaką przeszedł hip-hop. Nowe gatunkowe standardy sprawiają, że następca “Tha Carter V” nie robi takiego wrażenia, jakie potencjalnie mógłby zrobić wypuszczony w świat na początku XXI wieku. Dawno temu, gdy głównonurtowym hip-hopem rządzili apologeci pustego hedonizmu spod znaku “bling-blingowego” błysku, Wayne wydawał się bogiem mikrofonu. Również nawiązywał do imprezowej ikonografii, lecz jednocześnie dodawał do niej szczyptę wywrotowego eksperymentu. Potrafił zaskoczyć zgrabną grą słowną, czy puentą niczym wprawny freestyle’owiec, a także ujarzmić całkiem awangardowe bity (“A Milli”, “6 Foot 7 Foot”). Dzięki przeniesieniu wartości undergroundowych na grunt MTV, założyciel Young Money Entertainment został uznany przez masy za jednostkę ponadprzeciętną.
Natomiast obecnie granica między mainstreamem i sceną podziemną całkowicie się zatarła. Nagle, najpopularniejsi artyści mają wręcz obowiązek przełamywania schematów, a eksperymentowanie stało się modą. Nikogo już nie dziwi, że Travis Scott zdobywa miliony wyświetleń swoim psychodelicznym, autotune’owym popem, a miks poezji z progresywnym jazz-funkiem zgarnia kolejne Grammy. Największe gwiazdy rapu połknęły filozofię transgresji i uczynili z niej efektowny gadżet, tak, jak kiedyś wspomniani wcześniej specjaliści od balangowych hitów i złotych łańcuchów.
Konkurując z takim towarzystwem, nie wystarczy być artystą, który tylko trochę odkleja się od schematu. W 2005 roku delikatne estetyczne dekonstrukcje Wayne’a rzeczywiście wydawały się nowatorskie. Natomiast zestawiając je np. z chmarą soundcloudowców przebijających się do świadomości tłumów brudnym, chropowatym stylem, wypadają po prostu niemrawo.



















