Mój cień faluje tuż przede mną na ziemi. Plecy nagrzewa słońce. Wciskam stopami pedały i wprawiam koła w ruch. Zupełnie, jakbym sama wynalazła ten kształt.
Jesień – pora, kiedy jedni ludzie chodzą w krótkim rękawku, a drudzy w grubych kurtkach. Nie wiedzieć czemu, kalendarz wyznacza styl ubierania i życia. Jesień, ubierasz się ciepło, choć wcale nie czujesz chłodu. Jesteś przygnębiony, choć wcale nie działa na Ciebie przesilenie. Społeczeństwo siedzi w domach, choć mogłoby wyjść. Na wybory może wychyli żydowskie nosy.
Morze jest wreszcie piękne. Wyjechali turyści, dzieci poszły do szkoły, wrócili studenci. Jest pusto i cicho, tylko ptaki drą się jak w filmach psychopatycznego Hitchcocka. Muchy mam we włosach, choć mówi się, że ma się je w nosie, dwie zresztą utopiły się w dnach moich nieokreślonych oczu. Jakiś dzieciak zabija robala, nie zważając na rozpaczliwe protesty swoich małoletnich kompanów i pouczenia przedszkolanki, która dla niego nie jest żadnym autorytetem.
Siadam na ławce przy dwóch drzewach, które pozbawiono koron. Światło. Słońce. Wyjmuję książkę do nauki prastarej niemoty.
Przestaję myśleć po polsku. Wrona zrzuca z drzewa kamień tuż pod moje nogi.
Autentyk.


















