
Już od małego przestrzegają przed nieznajomymi z cukierkami. I przed nieprzechodzeniem na czerwonym świetle. Uczą szacunku do starszych, bo są bardziej doświadczeni. Przestrzegają przed wchodzeniem w dyskusję z nauczycielem – wie więcej. A dziecko dopiero przyszło na świat, jeszcze nie jest prawdziwą osobą, nie ma wyrobionego zdania, a jego umysł chłonie jak gąbka. Chłonie, a i owszem – wszystko. Dlatego też w jego głowie powstają dysonanse, bo jak to jest, że on nie może krzyczeć na Panią, a Pani na niego może. I mama też.
Ostatnimi czasy widziałam dosyć absurdalną sytuację. Matka wybrała się z dzieckiem na rolki. I jadą tak sobie jeszcze przed parkiem, kiedy chłopak nagle się przewrócił. Dwie sekundy po zdarzeniu, kobieta krzyknęła „wstawaj, czego tak leżysz?!”. Kilka dni później inna matka biegła z pociechą do autobusu. Ludzie chyba czasami zapominają, że maluchy mają o wiele krótsze nogi i muszą nimi ekspresowo przebierać, aby nadążyć za dorosłym. A więc biegnie coraz szybciej, bo pojazd im ucieknie. Nagle, nogi dziecka nie wyrobiły. Przewróciło się. A matka zdała sobie sprawę z sytuacji dopiero w momencie, kiedy o to dziecko się potknęła i przewróciła. No wiecie, zdarza się, w Warszawie życie pędzi.
Wypadki chodzą po ludziach, nie będę nikomu wypominać, jednak jak nauczyć dziecko świata, jeżeli sami nie jesteśmy z nim pogodzeni? Przeogromne dawki negatywnych emocji uchodzą w momencie kulminacyjnym, często w chwili, gdzie mamy tuż obok drugiego człowieka. Rzucamy wtedy często piłkę kolejnej osobie. I jak to kiedyś określono, tak powstaje łańcuch krzyku. Albo piramida.
Zastanawiałam się kiedyś czy powinnam podejść do rodzica, który źle się zwracał do swojego dziecka. Niby nie moja sprawa, a jednak chciałoby się pomóc. Mam tylko wrażenie, że cała złość zostałaby odbita do mnie. Może poleciałyby jakieś wyzwiska, bo przecież nikt tak nie zna swojego dziecka jak własny rodzic. Wiecie, jak to jest, kiedy podchodzi osoba, której wydaje się, że wie lepiej. Reakcja jest podobna do „ale spokojnie”.
Nie chcę tutaj siać nienawiści na rodziców ani nikogo innego. Z moich obserwacji wynika, że na świecie jest za mało zrozumienia. Traktujemy dzieci jak dorosłych, ale w naszych głowach cały czas jawi się myśl, że to „tylko” dziecko. Nie tolerujemy innej od naszej inności, sprzeciwiamy się, kiedy ktoś próbuje uzasadnić swoje stanowisko (odmienne od naszego, oczywiście). Dlatego czasami dyskusja kończy się słowami „bo ja tak mówię”. A czymże jest to „ja”, że jest większe od „ja” mojego? Liczymy wzrostem? Wagą? Latami?
Szacunek należy się każdej osobie, niezależnie czy jest to pani po menopauzie, pan przed kryzysem wieku średniego, czterolatek czy babcia obchodząca właśnie 98. urodziny.


















