
Daleko mi do polityki, jeszcze dalej do religii, ale do historii całkiem blisko. Piszę ten tekst w prima aprilis i naprawdę chciałabym, żeby był żartem. Nie jest. Historia zatacza koło.
Jak i do mnie, tak i do Was na pewno dotarła informacja, że wysłannicy Boga palą książki. Tutaj, w Polsce. Wszyscy słyszeli o watykańskim Indeksie Ksiąg Zakazanych, który, bądź co bądź, zniesiono jeszcze w poprzednim stuleciu – w 1966 roku. Do dziś przed niektórymi publikacjami się ostrzega, bo mogą mieć one zły wpływ na postrzeganie danej instytucji. Jednak palenie książek J.K. Rowling, które są literaturą sensu stricto rozrywkową, to moim zdaniem istny strzał w kolano. Robert Graves ze swoim Królem Jezusem mógłby trafić na taki stos, ale Harry i jakiś Edward ze Zmierzchu? Ja na szczęście w procederze nie uczestniczyłam i moja książka pozostaje w biblioteczce. Zamknijcie mnie.
Serio to czytałam.
Czytam księgę zakazaną Król Jezus #RobertGraves . Dawno mnie tak nic nie wciągnęło.
— Monika Stawińska (@M_Stawinska) 8 grudnia 2017
Wracając do meritum. W Europie, jeszcze przed drugim obiegiem wydawniczym (bo przecież druk i kolportaż wielu publikacji w takim PRL-u był srogo zakazany), była wojna, wiecie, druga 1939—1945. Nawet światowa. I tam, uwaga, też byli knigopalacze z III Rzeszy, których w takim wypadku powinnam ich raczej nazwać Buchbrenner, das Buch od książki, brennen od spalania. Choć niemiecki poeta Heinrich Heine żył jeszcze wiek przed wojną, to powiedział coś, co powinniśmy mieć na uwadze patrząc na takie wydarzenia, mianowicie:
„Dort wo man Bücher verbrennt, verbrennt man am Ende auch Menschen” – co w wolnym tłumaczeniu oznacza „Tam, gdzie pali się książki, spali się wkrótce ludzi”. Palenie książek rozpoczęło się w 1933 roku. Mam informacje z pierwszej ręki jak to wyglądało. Znam pewnego starszego Niemca, jeździ na wózku elektrycznym i traktuje mnie jak wnuczkę. Czasem go odwiedzam. Miał w czasie tej akcji jakieś dziewięć lat. Pamięta doskonale. Wszystko się paliło, do cna, wynosiło się na zewnątrz, a to, co można było, chowało się pod podłogowe deski. I musieli to robić wszyscy, nawet elita. Pozbawieni książek, byli pozbawiani nie tylko rozrywki, ale też wiedzy i możliwości kształtowania własnych poglądów. Pięknie tę akcję obrazuje film The Book Thief – Złodziejka książek na podstawie książki Zusak Markus o tym samym tytule.
Akcja palenia książek z pomorza budzi we mnie rozbawienie połączone z politowaniem, bo nie wierzę w światowy impakt jednej parafii, ale warto pamiętać o tym, co było kiedyś. Na ścianie w sali historycznej w mojej szkole podstawowej wisiała kiedyś tablica: Historia magistra vitae est – historia nauczycielką życia. Pamiętajmy, bo się pogubimy, a tego przecież nie chcemy.
*Kniga (ros. Книга – książka) – słowo używane w języku staropolskim, później ewoluowało w ‘księgę’, a na końcu, jak przystało dla wielbiących zdrobnienia Polaków – ‘książkę’.

















