
„Gdyby za marzenia karano – dostałabym dożywocie” – tak brzmiało wymyślone przeze mnie pierwsze zdanie książki, którą zapragnęłam napisać w wieku dziesięciu lat.
Zdanie napisałam w niebieskim notesie i schowałam do szuflady myśląc, że kiedyś coś tam się może samo napisze i samo spełni.
Nie napisało się.
Do notesu i pisania wróciłam po dwudziestu latach, myśląc, że trochę już przeżyłam, więc pisać mam o czym.
A i owszem – miałam.
Książkę napisałam i schowałam.
Niewydana leży do dziś.
Gdyby miała opowiedzieć o wszystkich niewykorzystanych szansach w swoim życiu- mówiłaby długo.
Opowiadałaby o małych krokach do przodu i milowych do tyłu.
O tym jak zasłaniając się innymi, uciekam od odpowiedzi na pytanie „kim jestem?”, wierząc we wszystkich, tylko nie w siebie.
A jak można polegać na kimś, kto nie wie kim jest i dokąd zmierza? Nie potrafi określić swoich celów i marzeń?Jest nijaki?
Odkąd pamiętam bałam się,że ludzie odkryją moje prawdziwe oblicze,przejrzą mnie na wskroś, zobaczą ciemny cień nade mną, przestrasza się i uciekną.
Oblicze które ukrywam za instagramowymi pozami, wymuszonymi uśmiechami i mądrymi sentencjami, których znaczenia czasem nie rozumiem.
W życiu jestem ostrożna. Dawkuję innym siebie z dozą uważności, aby nie przesadzić.
Nie zmęczyć sobą za szybko.
Przyglądam się z boku, jak inni idą po swoje, myśląc że to mnie nie dotyczy, a sukces jest poza moim zasięgiem.
Tak naprawdę nie chce mi się zrobić więcej niż robię, bo to wymaga wysiłku, wycierając sobie twarz hasłem: nie zasługuję na to.
Jak mawia stare chińskie przysłowie, jeśli nie wiesz dokąd zmierzasz, na pewno tam nie dotrzesz.
Błąkam się więc gdzieś pomiędzy tym jak jest, a tym jak być powinno.
I szukam siebie.
Po omacku, z moją niewiarą na plecach.
fot.: Paulina Pawłowska





















