
Święta, święta i po świętach. Skończyły się, ale niesmak pozostał. Nie po jedzeniu, bo to akurat było pełne smaku i troski o najbliższych, ale po wrażeniu jakie wywarły na mnie moje ukochane Raczki. Pomarudziłem, pomarudziłem i wyjechałem, ale im więcej kilometrów dzieliło mnie od miejsca, w którym się wychowałem, tym bardziej stawało się jasne, że owa refleksja dotyczy tyleż Raczek, co znacznie większej części naszej rzeczywistości.
Raczki stały się tylko soczewką, która wyostrza rozmazany obraz. Zaniedbane, zadymione, pełne kiczu i samozadowolenia lokalnej władzy, żyjącej w przekonaniu o słuszności swoich arbitralnych, z nikim niekonsultowanych decyzji. Kolejne wycięte drzewa, ogołocony z roślinności park, zaniedbany historyczny rynek z zalegającym od miesięcy gratem reklamującym skup złomu, sypiące się elewacje, gryzący smród wydobywającej się z kominów toksycznej sadzy, absurdalny projekt rozbudowy remizy.
Dawna fontanna, którą pamiętam jeszcze z rodzinnych zdjęć – przykład niezłej modernistycznej architektury – wymieniona na jakiś talerzowaty, podświetlony koszmarek, który jak się dowiedziałem…jest rozwiązaniem czasowym. Co poza tym? Nowe samochody mieszkańców i zadbane prywatne domostwa. To, co wspólne – historia, ekologia, ład przestrzenny, potrzeby oraz zdanie wspólnoty – pominięte, unieważnione, poddane woli rządzących. Ale ja wsłuchuję się w to, co mówią rządzący i moja reakcja nie jest bynajmniej deklaracją polityczną. Pycha i zaniedbanie to grzechy ponadpartyjne. Niech słyszą i oni – rozwiązania czasowe mają to do siebie, że są…czasowe.



















