Piwo pić pod oknem bez pytań o byt

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Wiele rzeczy zaskoczy mnie pewnie jeszcze i wiele wciąż zaskakuje. Nic jednak bardziej niż ludzki brak perspektyw.

Zdarzyła mi się bowiem pewna historia, która skłoniła do dalszych refleksji na temat stanu człowieczeństwa. Otóż, w niedzielę, około godziny dwunastej, czyli samo południe, już po-kościelne, już po-śniadaniowo-rodzinne, piękne i słoneczne, aż by się chciało pójść do parku i zażyć kąpieli w witaminie D i tego powietrza brudnego w płuca wpuścić nieco. I gdy ten pomysł z głowy do nóg zrealizować chciałem, doszły mnie nagle dźwięki wiadomości lokalnych. Z szóstego piętra słyszałem to wyraźnie, jak gdybym siedział w samochodzie i na pełen regulator puszczał sobie te informacje z powodów nudy życiowej i ogólnego złego samopoczucia.

Zaniepokojony tą kwestią wyjrzałem przez okno i zobaczyłem grupkę osób, płci różnych, które konsumowały napoje alkoholowe o zawartości 6% na ławce, pomiędzy dwoma blokami mieszkalnymi. Cztery osoby owe, popalając jednocześnie papierosy na przyniesionej przez siebie, stojącej popielniczce (sic!), jak gdyby nigdy nic relaksowały się w południe swoim towarzystwem i dużą ilością przekleństw. Dźwięk natomiast, który do mych uszu doszedł niespodziewanie, pochodził z ogromnego boombox’a, który stał, mniej więcej, dziesięć metrów od grupy. Co ciekawe, boombox ów podłączony był przedłużaczem do prądu, który dalej pociągnięty został do mieszkania parterowego, gdzie, jak sądzę, zamieszkiwały owe osoby.

I teraz tak. Konflikt był nieunikniony. Okolica spokojna, osoby starsze, matki z dziećmi i tak dalej. Tego rodzaju sytuacja mogła się utrzymać maksymalnie pół godziny bez interwencji którejkolwiek ze stron. Ba, uczestnicy wyżej wspomnianej imprezy powinni wiedzieć jak najlepiej, że to się nie może udać, co więcej, powinni być dodatkowo ostrożni z uwagi na picie alkoholu w miejscu jak najbardziej zakazanym. Co zresztą szybko się potwierdziło, bo policja przyjechała po dwudziestu pięciu minutach, skutecznie roznosząc całą imprezę. Pytanie jest następujące – dlaczego?

Dlaczego, skoro to wszystko było wiadome i oczywiste z góry, dlaczego te osoby zdecydowały się jednak na tego rodzaju transgresję? Dlaczego, świadomym będąc łamania prawa i zasad współżycia społecznego, wzięły na siebie to, z góry skazane na porażkę, ryzyko? Czy tu chodzi o potrzebę zamętu, żeby móc się pokłócić z funkcjonariuszami i potem opowiadać wszystkim na mieście jak to policja jest zupełnie bez sensu i łapie niewinnych ludzi, którzy tylko se piwko pod blokiem piją, a nie zajmują się przestępcami, pedofilami czy innymi? Czy po to, by pokazać swoją siłę woli, że nikt nie będzie im mówił co mają robić, bo oni są sobie sterem i okrętem? Czy może to po prostu nieświadomość zupełna, inaczej nazywa głupotą, czy debilizmem powszednim, że nawet nie zaświeciła im w głowie myśl, jakoby to, co robili, robili ze szkodą dla powszechnego człowieka i siebie samych?

Odpowiedzi może być wiele, mnie natomiast interesuje jedna. Otóż – robili tak, bo chcieli. Chcieli usiąść i pić piwo, paląc szlugi przy tej popielniczce co sobie ją przynieśli (swoją drogą – jest to godny już podziwu nawet wysiłek przygotowawczy), nie zważając na nikogo i wszystkich, nie zważając na bóle i udręki sąsiadów, stawiając się na podium świata i z tego oto podium patrząc na wszystkich w pogardzie dla ich potrzeb i żali. O, jak to brzmi dumnie, jak to brzmi potężnie nawet.

I, gdy patrzę na życie swoje, pełne wątpliwości i braku pewności, czasem myślę sobie, że tej buńczuczności mi brak. Tego wkładania do kieszeni swoich rozterek, by kwitnąć w przeświadczeniu, że oto – ja, ja żyję i tylko jedno życie mam. Konsekwencje są dla zjadaczy chleba, JA jestem konsekwencją i JA tylko znaczę. I choć w tym przypadku brzmi to komicznie, ale można sobie wyobrazić wielu innych, z podobną energią życiową, którzy postanawiają założyć biznes, zostać artystami, pisać bez opamiętania każdego dnia, nawet jeśli nikt nie czyta, zdobyć nieznany ląd i ten ląd spalić. Nawet jeśli to złe, to ci ludzie mówią światu jak jest, po czym ten świat, jeśli są wystarczająco perswazyjni, takim się staje. I tego właśnie, tym chlejusom pod moim oknem – zazdroszczę.

Reklama