
I znowu trzy dni problemów z zaparkowaniem samochodu przed własnym domem. Dlaczego? Otóż targi „Bliżej zdrowia, bliżej natury” przybyły do Górnośląskiego Centrum Kultury w Katowicach. Przybyły? Chyba raczej przyleciały, na miotłach. A po co przyleciały? Ano między innymi po chlebki Św. Antoniego, kryształki płodności, biżuterię przynoszącą szczęście albo żeby posłuchać wykładów o wokółziemskiej sieci krystalicznej, czy zaczerpnąć rady bioterapeuty. No i spotkać się z wróżką rzecz jasna. Dodajmy, zawodową wróżką.
No właśnie. Pamiętam jak wiele lat temu, ponad 300 polskich naukowców (prawie jak Spartan pod Termopilami) związanych z Centrum Fizyki Teoretycznej Polskiej Akademii Nauk, wystosowało list otwarty do ówczesnej Minister Pracy i Polityki Społecznej w sprawie tzw. klasyfikacji zawodów i specjalności dla potrzeb rynku pracy. O co był ten cały rwetes? Problem polegał na tym, że Ministerstwo zakwalifikowało do swojego wykazu takie zawody jak: wróżbita, astrolog, radiesteta i tym podobne. Dlaczego wywołało to aż takie poruszenie w świcie polskiej myśli ścisłej, że szacowne grono naukowców postanowiło zaprotestować w sposób, aż tak histeryczny?
Wiele pytań, na które odpowiedzi trudno szukać komuś, o powikłanej poglądowo mentalności, takiej jak moja. Z jednej strony racjonalny umysł, każe przyłączyć się do tego protestu (jakże już nieaktualnego), uznając argumenty prof. Łukasza Turskiego iż „uznawanie tego rodzaju szarlatanerii, jest nie do pomyślenia w XXI wieku”.Z drugiej znowu strony uważam, że twierdzenie iż: “Nie można się czuć bezpiecznie w państwie, w którym powstają takie dokumenty” jest cokolwiek przesadzone.
Pierwsze pytanie jakie nasuwało się przy okazji tej dyskusji, to czy faktycznie, jak twierdzili naukowcy PAN, zakwalifikowanie szarlatanerii do grupy oficjalnych zawodów, sprzyja szarzeniu zabobonów? Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej uzasadniało swoją decyzję tym, że informacje z dokumentu wykorzystują m.in. urzędy pracy, GUS i ZUS. Na jej podstawie urzędy pracy rejestrują bezrobotnych. Informację o zawodzie trzeba też podać, wnioskując o orzeczenie utraty zdolności do pracy. Nie bez znaczenia jest również fakt, że średni koszt wizyty u „wróżącej” wynosi 150-300 zł. Podobno cały rynek usług ezoterycznych w Polsce, wart jest dwa miliardy złotych. Trudno więc wymagać od państwa, aby te, tak chłonne udziału w naszych dochodach, przeszło nad tym faktem do porządku dziennego. Z punktu widzenia polityki fiskalnej, ale też wolności gospodarczej wydaje się, że problemu nie ma. Oczywiście zaraz podniosą się głosy, że idąc tym tropem, nie ma przeszkód aby zalegalizować (w pewnym sensie) inne dochodowe – nazwijmy to – „zawody”, jak dealer narkotyków, czy sutener. Ja jednak widzę różnicę. Profesor Richard Dawkins twierdził z irytacją w głosie (tak myślę), że nie ma różnicy pomiędzy wprowadzaniem na rynek niesprawdzonego leku, który może zaszkodzić choremu, co jak wiemy jest ścigane przez różne organa, a wpieraniem ludziom, że można przewidzieć ich przyszłość. Oszustwo jest oszustwem. Niby tak. Ale skala, a przede wszystkim skutki tych działalności dla odbiorców usług, są moim zdaniem diametralnie różne. Tak więc czy Ministerstwo w swoich działaniach przyczyniło się do szerzenia zabobonu? Trudno powiedzieć. Bo czy fakt zasypywania nas w telewizji informacjami o jakimś, jak to mówił Witkacy, przedwcześnie zdegenerowanym artyściątku, przyczynia się do schlebiania najniższym gustom? Na pewno tak. Ale czy wykluczenie tego typu indywiduów z mediów, na przykład na skutek listu otwartego filharmoników, spowoduje, że nagle sale koncertowe zapełnią się melomanami, składającymi się z dziewczyn w białych kozakach? Wiadomo, że nie. Dlatego też mam wątpliwości, co do powstałych, na skutek ministerialnych decyzji, szkód na zdrowej tkance, racjonalnego społeczeństwa.
Moim zdaniem należy raczej zastanowić się – trzymając się terminologii ekonomicznej – nad samym popytem. Tu tkwi sedno problemu. Co powoduje, że ludzie XXI wieku, tak licznie i tak bezkrytycznie poddają się mistycznej terapii, wydając lekką ręką, swoje ciężko zarobione pieniądze?
Chodzicie do wróżki? Wierzycie, iż człowiek obdarzony paranormalnymi mocami może przewidzieć waszą przyszłość, lub jakąkolwiek? Pewnie powiecie, że nie. Ale gdzieś w mrocznych zakamarkach waszego umysłu, tli się jednak iskierka nadziei.
Na czym więc polega tak naprawdę tzw. wróżenie. Najprościej rzecz ujmując, na przekazywaniu nam informacji, których i tak jesteśmy świadomi. Odczytywanie przyszłości przy pomocy magicznych przedmiotów (zazwyczaj wykonanych w zupełnie realnych fabrykach, czy warsztatach), to nieudolna próba wymigania się od odpowiedzialności za swoje życie.
Wróżący, jasnowidz, człowiek często inteligentny, jak każdy sprawny oszust, wmawia nam, że widzi to, czego inni zobaczyć nie mogą, a za swoją tajemną wyjątkowość, talent, fachowość, każe nam słono płacić. Chorobliwe pragnienie ludzkości do życia w otoczeniu dobrych duszków, dziwnych znaków i objawień, zasila budżety całej rzeszy uśmiechniętych szarlatanów. I zapewne będzie to czynić jeszcze długo, co przewiduję, nie zaglądając przy tym w kryształową kulę. „Kryzys w branży szarlatanów” nie grozi.
Na czym polega fenomen wiary w przewidywanie przyszłości? Na potrzebie. Potrzebie istnienia alternatywy wobec tego, co jest w stanie zaproponować nam świat realny. Ona to usprawiedliwia szydzenie z ludzkiej słabości i tego strachu przed rzeczywistością – która jest, jaka jest.
Z przewidywaniem przyszłości, jest jak z grą w loterię. Dwa, trzy razy w tygodniu, pokaźna grupa obywateli danego kraju, pewnie kilkaset tysięcy, przystępuje do zakładów, a następnie trzymając w dłoniach swoje kupony, wpatruje się z nadzieją w rząd wylosowywanych liczb. Czy te powtarzalne – trzy razy w tygodniu – zdarzenie, ta świadomość uczestniczenia milionów ludzi w zbiorowym polowaniu na luksus, kogokolwiek z nas interesuje? Oczywiście, że nie. Nie interesuje to również samych grających. I bardzo słusznie. Inaczej sytuacja się ma w momencie ogłoszenia wyników, kiedy dowiadujemy się, że jeden z nas, grających, wygrywa pokaźną sumę pieniędzy, stając się tym samym człowiekiem zamożnym, ba, może i nawet szczęśliwym. Ta informacja to dowód. Dowód na to, iż grając, mamy szansę, jakieś jeden do czternastu milionów, na to by stać się kiedyś beneficjentem takiego szczęścia. Rachunek prawdopodobieństwa i tyle.
Mechanizm ten sprawdza się również, nie tyle w udowodnieniu twierdzenia, iż przewidywanie przyszłości jest prawdziwe, bo nie jest. Raczej do tego, by wykazać pokrętną logikę piewców wszelakich sztuk paranormalnych, otoczonych kartami tarota, szklanymi kulami, czarnymi kotami i wypchanymi nietoperzami.
Analogicznie.
Każdej godziny, na całym świecie, kilkaset tysięcy (dane moim zdaniem sporo zaniżone) oszustów w turbanach, wróży w oparach kadzideł, tej samej ilości biednych ludzi o mających ich spotkać zdarzeniach. Przyjmując więc, że każdej godziny, dokonywanych jest kilkaset tysięcy wróżeń, to przypuszczalnie, w ciągu roku, na całym świecie, możemy mówić już o setkach milinów ludzi dowiadujących się, co ich czeka (czyli, jak się przed złym przestrzec, a dobremu dopomóc). I znów pytanie. Czy ta świadomość, jest nam do czegokolwiek potrzebna? Czy fakt uczestniczenia milionów ludzi w tym paranormalnym szaleństwie ma zakrzątać nasze, umęczone życiem, umysły? Absolutnie nie. Wystarczy jednak, że raz na tych kilka, kilkaset milionów przypadków, zupełnie nietrafionych przepowiedni, gdzieś w jakimś zakątku świata, na przykład w kamienicy przy Rue de Belfort w Lionie, Pani Arletta Bove, znana jako Wróżka Satarda, powie – iż córka Pana Villiers zniknie w niewyjaśnionych okolicznościach, by po trzech miesiącach wrócić w stanie błogosławionym, a następnie okaże się to – zweryfikowaną przez czas – prawdą, i zaraz wszyscy klękną z zachwytu. Szustka padła! Wieść ta okrąży świat wiele razy (najlepiej siedem – w końcu to magia), jako dowód na to, że antycypowanie przyszłości, jest możliwe. Co to kogo obchodzi, iż wspomniany przeze mnie rachunek prawdopodobieństwa, uprawdopodabnia taki zbieg okoliczności w dużym stopniu. To nie ma już żadnego znaczenia. Każdemu niedowiarkowi przedstawiony zostanie przykład Pani Bove, Pana Villiers i jego córki, jako niepodważalny dowód istnienia na świecie mocy, sił i zjawisk, których – sceptycznym umysłem – ogarnąć nie można.
Oczywiście to skrajny przykład, gdzie wróżba składa się z bardzo szczegółowej informacji i to o zdarzeniu, które nie przytrafia się co dnia. Takich wróżb, każdy szanujący się wróżbita unika jak ognia, ponieważ prawdopodobieństwo wystąpienia takiego zdarzenia, jest raczej liche. I znowu posłużę się przykładem z życia hazardzisty. Przychodząc do punktu bukmacherskiego z postanowieniem postawienia zakładu na wynik mającego się odbyć spotkania piłkarskiego, tak naprawdę podejmujemy się próby czego? Tak jest, przewidzenia przyszłości. Stajemy się wróżbitami. Analizując sytuację, opierając się również na własnym doświadczeniu, zastanawiamy się jakie wyniki najbliższych spotkań piłkarskich, będą najbardziej prawdopodobne. Oczywiście, możemy próbować przewidzieć wynik kompletnie oderwany od zdrowego rozsądku zawodowego kibica, licząc na tzw. fuks. Tak jak uczyniła to pani Bove vel Satarda. Ale przecież nie jesteśmy, aż tak szaleni. To samo robią profesjonalni jasnowidze. Mówią nam o rzeczach, których wystąpienie w przyszłości jest najbardziej prawdopodobne, które sami możemy przewidzieć, ale robią to w sposób wywołujący u nas wrażenie czegoś niezwykłego, nierzeczywistego, przynależnego tylko osobom wybranym przez „moc”. Rzecz jasna, prócz całego arsenału najdziwniejszych, czarownych przedmiotów, szarlatani uzbrojeni są w prawdziwie magiczne narzędzie – naszą bezgraniczną wiarę w ich nadprzyrodzone moce, wsparte pragnieniem usłyszenia o czekającym nas szczęściu. To sprzymierzeniec, którego siła jest nie do przecenienia. Jeśli powiem wam, że w nadchodzącym tygodniu, czeka was kilka dni niepewności, udręki, możliwych nieprzyjemności, od których odpoczniemy pod koniec tygodnia, a w niedzielę widzę przed wami jakąś podróż, to czy mówię coś niezwykłego? Oczywiście nie. Prawie każdy z nas, przeważnie pięć dni w tygodniu, goni do pracy na spotkanie z głupim i wymagającym szefem, w sobotę wysypia się jak nigdy, a w niedziele jedzie na obiad do teściów. Jeśli dodam do tego szklaną kulę, talię dziwacznych kart i niski głos tolkienowskiego Gandalfa, czyli całe te teatralne misterium, wiara w moją nadprzyrodzoną moc wzrasta w siedzącym naprzeciw nieszczęśniku, jak grzyby po deszczu.
Nie ulega wątpliwości, przepowiadanie przyszłości, to przysłowiowe nabijanie ludzi w butelkę. Butelkę zrobioną z tego samego szkła, z którego zrobiona jest tajemnicza kula. Jeśli komuś to odpowiada, jego sprawa. Mnie nie.
A teraz jadę szukać miejsca do zaparkowania samochodu. Chyba, że jest jakiś szczęśliwy kamień – kamień od wolnych miejsc parkingowych.

















