Właśnie trafiła do mnie przepiękna monografia, stworzona w 2003 roku przez Zofię Tomczyk-Watrak pod tytułem „Teatr ekspresji. Wojciech Misiuro. O estetyce i symbolice ciała”. Teatr Ekspresji Wojciecha Misiuro, to ważny etap mojego życia. Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, byłem świadkiem, kilku premier tej trójmiejskiej grupy artystów. Nie opuszczałem żadnego ze spektakli, które odbywały się w Teatrze Rozrywki w Chorzowie (przez pewien czas, tymczasowej scenie i patronackiej siedzibie Teatru Ekspresji).
Dla młodego człowieka, wchodzącego wówczas, nie tylko w dojrzałe życie, ale w zupełnie nową rzeczywistość ustrojową i społeczną, po smutnym, szarym i jednowymiarowym okresie PRL, to była emocjonalna i estetyczna petarda. Połączenie tańca nowoczesnego, pantomimy i baletu w hedonistycznej, mocno dekadenckiej oprawie, kipiącej radością z cielesności. Aktorzy występujący na scenie wyglądali, jak bogowie. Wysportowani i piękni, nie przypominali dzisiejszych karykatur z siłowni, których proporcje zostały mocno zachwiane przez diety wysokobiałkowe i pęd do muskulaturowej groteski. Elżbieta Eltermann, Krzysztof Baliński czy Andrzej Chorab, byli ucieleśnieniem wizji Leonarda da Vinci, rysującego człowieka witruwiańskiego, czy rzeźby dłuta Michała Anioła przedstawiającej Dawida. Wojciech Misiuro, uczeń Henryka Tomaszewskiego, rzeźbił swoich aktorów, tworząc z nich istnych nadludzi, umieszczonych jednak w rockowej estetyce. Nigdy nie zapomnę takich spektakli, jak: „Umarli potrafią tańczyć”, „ZUN”, „Dantończycy” czy „Idole perwersji”.
Początek lat dziewięćdziesiątych, to był dobry czas dla tego Teatru z punktu widzenia wolności scenicznej. Młode pokolenie widzów, szybko przerodziło się w fanów teatru Misiuro, którego twórczość, była odpowiedzią na poziom naszej, szczeniackiej egzaltacji. Byliśmy w podobnym wieku, co występujący na scenie aktorzy, a to tylko ułatwiało nam identyfikowanie się z bohaterami spektakli i współodczuwanie emocji z nimi związanych. Wszyscy zachłysnęliśmy się wolnością, nie zwracając uwagi na skowyt partyjnych dewot, które owszem, istniały już w przestrzeni politycznej III Rzeczypospolitej, ale miały jeszcze mało do powiedzenia i mogły – co najwyżej – machnąć sobie znak krzyża na widok wagin i penisów, pląsających po instytucjonalnej scenie.
Myślę, że w dzisiejszej Polsce, a szczególnie kulturze pod rządami ministra Glińskiego, takie spektakle byłyby po prostu, nie do pomyślenia. Zresztą przypomina mi się pewna impreza po jednym ze spektakli, kiedy wieczorem w kawiarni Teatru Rozrywki, wraz z zespołem, opijaliśmy kolejne przedstawienie. Jeden z aktorów Ekspresji (nazwiska nie podam) wszedł na stół i śpiewając pieśń kościelną „Czarna Madonna” zaczął się rozbierać. Takie były czasy, taka była wówczas atmosfera, takie było powietrze. Tym bardziej się cieszę, że miałem to szczęście i mogłem choć przez chwilę, takim właśnie powietrzem, oddychać.



















