
Przez wiele lat zastanawiałam się, co takiego jest w samolotach, że nie mogę oderwać od nich wzroku. Przejeżdżając niedawno obok warszawskiego Okęcia, po raz kolejny uległam nieśmiertelnemu zachwytowi nad widokiem dreamlinerów – tych wielkich, śnieżnobiałych, metalowych ptaków. W ich obliczu wszystko dookoła – ekspresówka, samochody, budynki lotniska, a nawet drzewa i otwarte pole lotniska – jakoś tak bladło, wyglądało nijako. Wtedy w końcu ubrałam swoje wrażenia w słowa.
Samoloty są największymi wytworami ludzkich rąk w tak wysokim stopniu zanimizowanymi. Dopracowane co do grama i milimetra, jednocześnie mają w sobie coś z naturalnego piękna. Temu, co tworzy człowiek, dyryguje praktyczność, którą najczęściej uzyskuje się kosztem wyglądu – ale w przypadku samolotów piękno i praktyczność są nierozerwalnie ze sobą związane. Dzięki temu są niemal żywymi stworzeniami – mają skrzydła, ogony i „tułowia”, można też dopatrzeć się „pyska” i „nóg”. Ponadto bardzo często są barwne, a także połyskująco gładkie, co wymusza na nich aerodynamika, a poruszanie się w pędzącym, czystym powietrzu utrzymuje je w takim stanie.

Stanowią uprzedmiotowienie fizycznej wolności. To one pozwalają wznieść się ponad ziemię na niemal dowolną wysokość, sięgnąć chmur i je przewyższyć, lecieć w dowolnym kierunku, a nawet dać się poddać niespotykanym nigdzie indziej przeciążeniom. Przyznaję, pomijam tu ograniczenia i różnorodność przeznaczeń statków powietrznych, przepisy, względy bezpieczeństwa… Ale zapewniam, że na każde podniebne fantazje znajdzie się odpowiednia forma latania.

Samolot to także swoista enigma. Nie lubi przebywać na ziemi, a właśnie tam najczęściej można zobaczyć go z bliska. Jest nieporadny. Wsparty na minimalistycznym podwoziu porusza się powoli, jego skrzydła uginają się pod własnym ciężarem, a z wyłączonym silnikiem jest dosłownie i w przenośni przygaszony, do hangaru zaciągać go trzeba siłą. Ale dzięki swoim czułym rozpostartym skrzydłom reaguje na najlżejszy podmuch wiatru. Cały zaczyna drgać, jakby ze zniecierpliwieniem, kiedy znów będzie dane mu polatać.
Jednak widok samolotu w chwili, gdy poddaje się temu, do czego został stworzony – a więc z powietrza, z bliska, tzw. air-to-air, to widok rzadki, ale sprawiający dosłownie nieziemskie wrażenie. Taki widok zawsze napełnia mnie to ogromem tak pozytywnych emocji, że wręcz frustrujących, bo nie potrafię ich w pełni wyrazić.

Start samolotu lubię porównywać do potocznie zwanego „cudu narodzin”. To moment, w którym silnik ożywa ze swoją pełną mocą, a sam samolot szybko się rozpędza, żeby poddać się swojemu przeznaczeniu i wzbić się w niebo. Ten proces zwraca uwagę otoczenia, gdyż jest hałaśliwy, dynamiczny i efektowny. Nic tylko obserwować samolot, gdy przesuwa się coraz szybciej względem otoczenia, a potem wypatrywać momentu, w którym kółka odrywają się od ziemi.
Choć sama latam, to i tak zawsze zazdroszczę ludziom, którzy znajdują się w startującym samolocie. Gdy w końcu, po przeprowadzeniu żmudnych i długich przygotowań do lotu, po mało ekscytującym kołowaniu, wykonaniu list kontrolnych i otrzymaniu niezbędnych zgód wrzucają pełną moc. Przyspieszenie wciska ich w fotel, hałas silnika zagłusza wszystko inne, a jazda z dużą prędkością po pasie wstrząsa samolotem, by odpuścić w momencie, w którym podwozie przestaje być potrzebne, a samolot zostaje całkowicie wsparty przez powietrze. I pnie się radośnie w górę, niczym ptak, który odzyskał wolność.


















